Oskarmeister
Liczba postów: 6,823
Liczba wątków: 18
"Plan B" - Chciałbym w tym miejscu pochwalić i bić brawa Kindze Dębskiej za zrobienie w końcu dobrego wielowątkowego filmu w Polsce. W filmie prawie na samym starcie dostajemy solidne dramaty. W zasadzie cała piątka głównych bohaterów (Dorociński, Preis, Gąsiorowska, Olszówka, Gorol, która moim zdaniem powinna być na plakacie) przeżywa właśnie jakiś dramat, albo większy albo mniejszy. Nie znaczy to jednak, że przez cały seans będziemy zmuszeni do siedzenia z grobową miną. Film co chwila daje nam powód do uśmiechu, albo i do szczerego śmiania, i jest po prostu uroczy, a zwłaszcza Dorociński z psem. Żaden wątek nie przynudza, ani nie jest na siłę, doczepiłbym się tylko do jednej rzeczy w fabule: To, że podczas pogrzebu okazuje się, że Olszówka spotykała się z żonatym facetem. Nieco uwłacza to jej postaci, a już na pewno w tym momencie miałem gdzieś śmierć postaci Stelmaszyka.
Nie dostajemy tu żadnej patologii, ani chorób. W końcu, do cholery! Cała historia jest o zwykłych ludziach, którzy znaleźli się w ciężkiej sytuacji. Z jednej strony uważam, że film powinien być dłuższy, bo 1h20 minut dają nam wystarczające informacje o postaciach, lecz chciałbym pobyć z nimi trochę dłużej, co właściwie jest solidnym pozytywem. Z drugiej strony uważam, że nie zakończenie wątków, a pokazanie jak postaci zaczynają wychodzić na prostą jest bardzo ciekawym zabiegiem i poczułem się zaskoczony. Główna obsada, którą wymieniłem wcześniej w nawiasie sprawiła się bardzo dobrze. Marcin Dorociński miał świetny duet z pieskiem, Romie Gąsiorowskiej bardzo ładnie w blondzie, a Małgorzacie Gorol życzę więcej ról, bo sprawdza się super. A, i Daria Zawiałow oczywiście na ogromny plus. 8.5/10.
19-08-2018, 02:51
Oskarmeister
Liczba postów: 6,823
Liczba wątków: 18
"Moje córki krowy" - Pani Kinga Dębska ponownie mnie zachwyciła i dała mi kolejny bardzo dobry film. Plusy chyba będą mniej więcej takie same jak przy "Planie B". Dialogi, postaci, świetna obsada. Tym razem jest tu jedna historia, w dodatku o wiele bardziej dramatyczna niż w tegorocznej produkcji Dębskiej. Reżyserka umie przedstawiać emocje i związane z nimi wydarzenia, i mimo, że mamy tu poważny temat, to wiele razy można się uśmiechnąć. Na paleniu trawki popłakałem się ze śmiechu. 8.5/10. Czekam już na każdy film Kingi Dębskiej, a w prawdopodobnie jeszcze w tym roku wyjdzie "Zabawa, zabawa". W głównych rolach Agata Kulesza i Marcin Dorociński, których uwielbiam, a pieczę nad nimi sprawować będzie właśnie Dębska.
04-09-2018, 02:22
Banned
Liczba postów: 34,153
Liczba wątków: 77
Yuma
Wow, już dawno nie widziałem takiej chujni :)
19-11-2018, 14:36
Stały bywalec
Liczba postów: 10,412
Liczba wątków: 11
Underdog (2018, reż. Maciej Kawulski)
Mam tak, że jeżeli film w opisuje fabuły wspomni o sportach walki, to z urzędu chcę go obejrzeć. Zwiastuny i recenzje oraz wszystkie inne sygnały mogą być najgorsze na świecie - nadal chcę to zobaczyć. Pójdę nawet krok dalej i dodam, że w trakcie seansu to uczucie nadal działa. Tym sposobem dochodzę do pierwszego problemu z filmem "Underdog", który reklamowany jest jako pierwsza w Polsce produkcja o MMA. W nim nie ma MMA. Nie ma tutaj mowy o jakimś "KSW: The Movie" - absolutnie nic z tych rzeczy. I ok - to w sumie samo w sobie nic złego, więc nie chodzi mi o to, że takie podejście jest problemem samym w sobie. Nie jest. Przecież najlepsze dramaty sportowe w historii również nie były nigdy filmami ściśle o sporcie, który brały za punkt wyjścia. Problemem jest to, że w "Underdogu" tego MMA mogłoby w ogóle nie być. No tylko wtedy film by nie powstał - taki paradoks.
Jeżeli ktoś przeoczy pierwsze 5 minut filmu, to nie będzie za bardzo miał pojęcia, że główny bohater to postać ze świata mieszanych sztuk walki. Bo "Underdog" to prosta, nawet jakoś tam życiowa historia o człowieku, który się pogubił i czuje, że przegrał. Jest to jednak napisane bardzo ciężką ręką, więc bohater ma brata na wózku, trudne relacje z ojcem, pije, ma parszywą robotę. Wszystkie te wątki składają się na pierwszy sygnał ostrzegawczy przed tym, że ktoś przedobrzył. Drugi chowa się w dialogach. Bohaterowie w tym filmie nie rozmawiają - wymieniają się hasłami, które w założeniu miały być cool. Nie mam tutaj normalnych dialogów, bo po co skoro w każdym zdaniu można próbować wsadzić one-linera. Trzecie ostrzeżenie to reżyseria i idąca za nią cała warstwa realizacyjna. Debiutujący w roli reżysera filmowego szef KSW chciał dobrze - autentycznie w to wierzę. No tylko właśnie tak bardzo chciał dobrze, że starał się za bardzo. Tym sposobem pół filmu nakręcono w zwolnionym tempie, pod co drugą scenę podłożono jakieś piosenki, a na sceny nakładano presety kolorystyczne z jakiejś paczki "blockbuster look", czy czegoś podobnego. Krótko mówiąc rozciągnięto tutaj stylistykę ze spotów reklamujących gale KSW do 120 minut. No nie jest to najłatwiejsza w odbiorze forma.
Film skupia się w 100% na głównym bohaterze i tutaj twórcy mieli szczęście, że trafili na niezłego Lubosa. Gość tworzy swoją rolę w zasadzie bez scenariusza - ten służy mu niestety wyłącznie przy treści wypowiadanych zdań. Chociaż miejscami miałem wrażenie, że aktor dodawał coś od siebie, bo kilka fragmentów było na wyraźnie lepszym poziomie. No i Lubos dwoi się i troi w tej historii o niczym. No a sam oglądam to ze świadomością, że gdzieś tam w tle jest to MMA i zaraz może reżyserowi się o tym przypomni. No i przypomina, bo od połowy film jest montażem treningowym. Klarując - przez pół filmu na ekranie widać Lubosa zakopującego się w różnych życiowych problemach, a następnie można podziwiać go ćwiczącego w zwolnionym tempie. No i gdzieś tam jeszcze ma miejsce walka, którą z jakiegoś powodu jednak nakręcono w taki sposób, żeby absolutnie nie przypominała rzeczywistej walki MMA.
Jak to jest, że film robiony w zasadzie przez federację zajmującą się sportami walki, REŻYSEROWANY przez szefa tej federacji nie posiada żadnej normalnej sceny walki? Wydano pieniądze, wykonano sporo pracy, zrobiono film kinowy i zmarnowano szansę na zaprezentowanie swojego sportu na wielkim ekranie. To jest coś czego nie pojmuję. Zatrudniono tutaj przecież nawet do jednej z ról polską ikonę MMA - Mameda Khalidova. No i co? Po to, żeby mógł sobie pogadać przed kamerą? Dziwna decyzja. Warto dodać, że wspomniany Mamed wypadł spoko. Z nim zresztą wiąże się chyba najlepsza scena w filmie, które bardzo fajnie rozbija klasyczny model fabularny w filmach sportowych, a więc konflikt protagonisty z antagonistą. Gdyby tak ktoś to wszystko lepiej ogarnął - szkoda, że zmarnowano tak dobry pomysł.
Moja sympatia, a w zasadzie wręcz fakt bycia fanboyem filmów ze sportem w tle nie pozwala mi tak jednoznacznie "Underdoga" nie lubić. Czuję, że komuś tutaj zależało. No, ale właśnie paradoksalnie to też ten film pogrzebało. Czasami nie jest dobrze, jak chce się za bardzo. Tak samo jak nie jest najlepszym pomysłem robienie filmu o MMA bez MMA.
3/10 ale z takim żółwikiem dla twórców
.
11-01-2019, 23:38
Oskarmeister
Liczba postów: 6,823
Liczba wątków: 18
Pani Kinga Dębska mnie po prostu rozpieszcza swoimi filmami. W przeciwieństwie do jej dwóch poprzednich filmów, ten nie jest już tak uroczy (może tylko na samym początku), a cholernie mocny. To co przeżywają dwie postacie grane przez Kolak i Kuleszę nie jest tak dobitnie pokazane jak jedna szczególna scena z udziałem najmłodszej głównej bohaterki. Komediowa forma znana ze zwiastuna przejawia się tylko parę razy, ale nic absolutnie nie zapowiadało takiej sceny, od której chciało się odwrócić głowę. Parę ważnych plusów:
- Miły klimat na początku. Brodka i Hey, bardzo ładne ujęcie jadącej Marii Dębskiej na rowerze (slalomem, ale jednak) na tle ładnej Warszawy.
- Maria Dębska. Ta aktorka zasługuje na osobny punkt. Jej postać miała największy rozwój w ciągu filmu, no i miała bardzo trudną rolę. No i cholernie miło się na nią patrzy. O niej będzie głośno.
- Reszta aktorstwa. Kolak pokazała największy i najgorszy stadium alkoholizmu, i było to niemal przerażające. Agata Kulesza gra tu tak swojsko, że jak się ją ogląda nie myśli się kompletnie o odgrywaniu roli. Jej maniera jest tak swobodna i lekka, że aż (mimo swojej powagi) przyjemna. Marcin Dorociński nie miał może tu dużo do grania, ale wspólne sceny z Kuleszą miał bardzo dobre. Panowie policjanci mi nie przeszkadzali, a wręcz bawili. Cameo Dziędziela bardzo dobre.
- Ładne zdjęcia.
- Alkoholizm, albo raczej alkoholicy nie są pokazani jako wyłącznie rzygające i srające pod siebie menelstwo. W tym przypadku to wysoko postawione dwie kobiety, oraz wzorowa studentka/pracownica, które swoją chorobę ukrywają pod ładną aparycją. Jednak jest za to dobitnie pokazana bohaterka bliska przegraniu z nałogiem, która wygląda niemal jak trup, ale jest to już w momencie, gdy wszystko jest u niej niemal rozwalone.
I tu pojawia się plus/minus. Dostajemy ponownie otwarte zakończenie i tu plus, bo sam mogę sobie dopowiedzieć resztę historii (zresztą mimo tej otwartej furtki dostajemy wskazówki na tacy). Minus, bo film jest krótki (1h28 z napisami), i więcej scen z tymi postaciami by nie zaszkodziło. Sala była niemal pełna, i i z boku i z góry słyszałem zdziwienie, że to już koniec.
Dobiła mnie jeszcze prawie ostatnia scena z rodzicami najmłodszej bohaterki. Na ekranie płacz szczęścia i sielanka, a ja siedzę w totalnej miazdze, zszokowany tą całą sytuacją, i bezsilny. Z jednej strony fajnie i miło, że tam się tak dzieje, ale gdy zna się prawdę, ciężki temat.
Jestem bardzo zadowolony z tego filmu. 9.5/10 i jak zwykle - czekam na kolejny film pani Dębskiej.
24-01-2019, 01:35
.
Liczba postów: 27,581
Liczba wątków: 60
A film o którym piszesz to ma jakiś tytuł? Bo nie padł w twojej wypowiedzi...
24-01-2019, 07:53
Oskarmeister
Liczba postów: 6,823
Liczba wątków: 18
"Zabawa, zabawa", aż zapomniałem.
24-01-2019, 08:53
Rzeźnik ze wschodu
Liczba postów: 1,020
Liczba wątków: 9
![[Obrazek: monument-jagoda-szelc-1-1.jpg]](https://film.org.pl/wp-content/uploads/2018/09/monument-jagoda-szelc-1-1.jpg) Dzięki uprzejmości Białostockiego Ośrodka Kultury oraz Velvet Spoon czyli dystrybutora w ramach trwającego w naszym mieście festiwalu "Underground/Independent" miałem okazję przedpremierowo (oficjalnie bowiem film ten wchodzi do polskich kin w przyszły piątek) obejrzeć najnowszy film Jagody Szelc czyli "Monument".
Swoją drogą jakże mógłbym z tej możliwości nie skorzystać, skoro był to jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie tytułów roku? Głównie dlatego, iż byłem ciekaw czy po wspaniałym debiucie, jakim była „Wieża, jasny dzień” Jagoda Szelc będzie w stanie po raz kolejny wznieść się na podobnie wysoki poziom. Czy nie ulegnie pokusie, by kosztem porzucenia własnej, oryginalnej i nietuzinkowej wizji artystycznej spróbować dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców?
Po seansie jednak mogę śmiało odetchnąć z ulgą i stwierdzić, że moje obawy okazały się równie istotne, jak „łzy w deszczu”. Jagoda Szelc po raz kolejny dostarczyła nam prawdziwą filmową ucztę. Nic więc dziwnego, że powoli wyrasta na mojego ulubionego polskiego twórcę. Podziwu godna jest bowiem odwaga z jaką, ta wciąż przecież młoda jeszcze reżyserka, podąża wytyczoną przez siebie ścieżką kina „autorskiego” nie zwracając uwagi na powszechnie obowiązujące konwencje i schematy. Przeciwnie! Wnosi do polskiego kina „twórczy ferment” ponieważ bawi się niedopowiedzeniami, żongluje gatunkami oraz potrafi umiejętnie stopniować napięcie dzięki czemu tworzy produkcje nieszablonowe, trudne do jednoznacznego „zaszufladkowania” czy definitywnej interpretacji. Zresztą podczas towarzyszącego projekcji spotkania Szelc wręcz zachęcała do tego, aby nie bać się odbierać tej produkcji indywidualnie przez pryzmat własnej wrażliwości. Jak to bowiem słusznie ujęła „każdy widz tak na prawdę ogląda swój własny film”.
Dla mnie osobiście najważniejsze jest to, że podobnie jak to miało miejsce w „Wieży...”, śledząc przedstawianą nam historię już od pierwszych scen czujemy podskórny niepokój, choć nie umiemy określić jego źródła. Mamy jednak pewność (a z każdą upływającą sekundą to przekonanie tylko narasta) że coś ewidentnie jest nie tak. Że dotychczasowy porządek zaczyna rozpadać się na naszych oczach a rzeczywistość ulega potwornej deformacji. W tym miejscu warto także moim zdaniem zauważyć pokrewieństwo, jakie moim zdaniem łączy twórczość Jagody Szelc z dokonaniami takich mistrzów kina jak Stanley Kubrick (Przede wszystkim mam tu na myśli „Lśnienie” z uwagi na miejsce akcji, jednak czy tytułowy monument nie jest odwołaniem do „2001 Odyseja Kosmiczna”?), Peter Weir („Piknik pod wiszącą skałą”), Yorgos Lanthimos (choćby dlatego, że gra aktorska jest podobnie nienaturalna a bohaterowie „autystyczni”), Lars von Trier (jedna z finałowych scen przywodzi na myśl „Idiotów”) czy dokonania mistrza filmowego oniryzmu Davida Lyncha ( niczym w "Blue Velvet" tego autora do pozornie uporządkowanego świata i racjonalnego świata wdarł się jakiś "piekielny pierwiastek").
Podsumowując Gorąco polecam obejrzeć "Monument" każdemu, kto nie boi się kina niesztampowego, oryginalnego i zmuszającego do myślenia. Produkcji przemawiających niemalże wprost do naszej podświadomości. Jest to bowiem jeden z tych obrazów, które nie koniecznie trzeba rozumieć, co raczej czuć. Takich dzieł w Polsce nie ma wielu, zatem każdą próbę należy doceniać.
Najlepszy film 2021: Titane
Najlepszy film 2020: Pewnego razu w Hollywood
Najlepszy film 2019: Parasite
Najlepszy film 2018: Suspiria
11-03-2019, 01:57
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-03-2019, 01:58 przez Bradesinarus.)
Stały bywalec
Liczba postów: 12,467
Liczba wątków: 29
Mała wielka miłość - komedia romantyczna od reżysera Kac Wawy. Zaskakująco dość sympatyczny filmik i bezboleśnie to się ogląda. Ot, typowa komedia romantyczna ze wszystkimi tropami i (w tym wielkie rozstanie w 2-gim akcie czy przyjaciel-gej). Można spokojnie obejrzeć z drugą połówką.
W skali szkolnej komedii romantycznych - 4+
13-04-2019, 00:49
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
Tytus, Romek i A'Tomek wśród złodziei marzeń (2002)
Potraktuję ten film jako nieudaną próbę przypodobania się bohaterów PRL-owskiego komiksu kolejnemu pokoleniu. Animacja jak na polskie realia nie szczypie aż tak po oczach, choć momentami mam wrażenie, że twórcy chcieli zrobić z tego na siłę taką własną 100x leniwszą "Żółtą łódź podwodną". Dostajemy tutaj takie idiotyzmy jak "podjarany Tytus + woda = chili" (WTF?) czy ten duet helikoptera i kaczki pieprzących takie głupoty, jakby wracali z dłuuugiej alkoholowej biesiady.
Poza tym twórcy chcą dzieciakom przekabacić całkiem niegłupie przesłanie polegające na tym by nie wierzyć w siłę reklamy. Nawet bym trochę szanował ten film, gdyby nie fakt że ci twórcy to banda hipokrytów i pojazdem głównych bohaterów uczynili latający tramwaj... z wielką jak byk podobizną Płk. Sandersa.
I kto był na tyle mądry by jako głosy Romka i A'Tomka obsadzić te charakterystyczne basy Malajkata i Gąsowskiego? To prawie tak jakby Bolka i Lolka mieli grać Linda i Zbrojewicz.
4/10
14-06-2019, 12:48
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-05-2020, 20:24 przez Kryst_007.)
Banned
Liczba postów: 34,153
Liczba wątków: 77
Stara baśń: Kiedy słońce było bogiem
Spodziewałem się nieoglądalnego gówna, dostałem gówno które jest nie tylko oglądalne, ale dostarczyło mi sporo frajdy.
Reżyseria w zasadzie nie istnieje, montaż jest koszmarny, a aktorstwo przypomniało mi szkolne przedstawienia. Dość powiedzieć że waha się ono między beznamiętnym czytaniem z kartki a bełkotem spod monopolowego, to kolejny polski film który oglądałem z polskimi napisami. (dzięki, Netflix!) O jakimkolwiek rozmachu nie ma mowy, a dodatkowego smaczku dodaje żenująca jakość obrazu. No i są jeszcze genialne efekty specjalne - blue screen skutkujący częściowo przezroczystą głową Żebrowskiego w jednym z finałowych ujęć to coś czego na pewno nie zapomnę :)
12-07-2019, 22:56
Stały bywalec
Liczba postów: 10,412
Liczba wątków: 11
Fighter
Jest to film bardzo słaby. Taki wręcz na granicy między filmem profesjonalnym, a amatorskim. Udane elementy jakieś? Aktorstwo od biedy. Stramowski jest ok w roli postaci, której w zasadzie nie da się lubić, ale jest ludzka. Maciąg ok, zwłaszcza w zestawieniu z koszmarną Olą Szwed, która szarżuje nawet tylko patrząc. Poza tym jest bardzo źle. Scenariusz to jakieś bohomazy, które wyraźnie były przepisywanie wielokrotnie i chyba w trakcie ktoś ciągle o czymś zapominał, ale coś innego dodawał. Dramaturgia budowana jest na bardzo tanich motywach. Przede wszystkim mam pytanie do twórców tego typu filmów (bo w "Underdogu", z którym "Fighter" ma aż za dużo wspólnego, było tak samo): dlaczego robiąc film o zawodniku sztuk walki tak bardzo chcecie mieć bohatera nie chcącego z tymi sztukami walki mieć nic wspólnego? To może działać w jakiejś trzeciej części serii, ale nie w wypadku samodzielnego filmu. Jak się chce film o pięściarzu, to niech gość w tym filmie sobie jest pięściarzem. Po co taniocha w postaci odejścia i zmuszania go do powrotu? W tym wzorcowym dla wszystkich "Rockym" Rocky chciał walczyć. Warto o tym pamiętać.
W zwiastunie dobre wrażenie robiły zdjęcia. W samym filmie nie wiem jakie były, bo kolorystyka jest tak męcząca, że w ogóle nie pamiętam kadrów. Śmieszny patent wyszedł z pewnym barem zrobionym w autobusie. Widać, że pan reżyser strasznie zapatrzony w Amerykę. Chciał na siłę trochę stworzyć takie miejsce znane z tamtejszych filmów. W tym wypadku wyszło to nawet naturalnie. Można uznać, że bohaterowie sobie wykreowali takie coś właśnie. Bo czemu nie? Szkoda, że twórca jednak nie rozwinął w żaden sposób postaci właśnie. Zamiast tego piętrzy niezbyt zgrabnie dramaty, które prowadzą w sumie donikąd.
Poza tym znajdują się w tym dziele jeszcze FATALNE dialogi i najgorzej nakręcona walka w historii gatunku. To już robiona na modłę spotów tv pokazówka z "Underdoga" była lepsza.
3/10
.
19-07-2019, 20:11
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
Pokolenie (1954)
Debiut, jak i przepustka do kariery Andrzeja Wajdy. Film, który po latach można spokojnie potraktować jako komunistyczny produkt propagandowy. Niestety okrutnie ciężko się to ogląda w obecnych czasach.
Przede wszystkim sama historia nie jest tu zbytnio angażująca. Losy tych chłopaków były mi mocno obojętne i nie sądzę, że wiele z filmu zapamiętam. Co do reżyserii - momentami Wajda ujawnia swój talent potwierdzający się w kolejnych dziełach, a momentami mocno ona szwankuje. Rozwala szczególnie to jak aktorzy udają przyjęcie strzałów, mimo że nie mają na sobie żadnych śladów po pociskach xD Ogólnie w przeciwieństwie do późniejszego Wajdy, to styl tego filmu bardziej się kojarzy z włoskim neorealizmem. Szkoda, że udźwiękowienie tak mocno nadgryzło ząb czasu i ciężko zrozumieć jakikolwiek dialog.
Niestety przy słuchaniu tej śpiewki o silnych i walecznych komunistach, to nie jestem wytrwały nawet ja, ale warto być w sumie wyrozumiałym, bo w Polsce grasował wówczas stalinizm i wtedy lubił on mieszać swoją propagandę do wszelakiej formy sztuki. Ciekawe, że ten sam Wajda dekady później nakręci tak antykomunistyczne dzieło jak "Człowiek z żelaza" i jego postać stanie się postrzegana jako przykład artysty wystawiającego się naprzeciw podupadającego systemu.
Warto jednak głównie jako ciekawostkę, szczególnie jako debiut tylu rozpoznawalnych polskich artystów - główną paczkę stanowią młodzi Łomnicki, Janczar, Polański i Kotys, z czego tylko ten ostatni raczej nie osiągnął nigdy wybitności, ale przecież cała Polska pokochała go za Paździocha :) A na samym początku też młody Cybulski wskakujący do pociągu się przewija.
5/10
10-08-2019, 10:18
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-08-2019, 13:57 przez Kryst_007.)
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
Kanał (1957)
Co za wielkie kino! Istny dowód na to, że krążąca w polskich mediach teza "Andrzej Wajda mistrzem" nie została jednak wyssana z palca. Aż żal patrzeć jak jego reżyserska klasa podupadła na starość.
Co tu pisać - niesamowita gra klimatem i scenografią. Z tego co się po seansie dowiedziałem, to mało kto był w stanie kręcić film w prawdziwym kanale i tylko Wajda miał na tyle wielkie jaja by sobie z taką scenerią poradzić. Widmo beznadziei jest tu doskonale nakreślone - bohaterowie przez 2/3 filmu podążają w ciemnym szambie do swojego końca. Absolutne przeciwieństwo hollywoodzkiego kina - zaskakuje tu nawet fakt, że w tamtych czasach polskie kino mogło pozwolić sobie na wulgaryzmy, podczas gdy amerykański przemysł filmowy był jeszcze nawiedzany przez "Kodeks Haysa".
Bohaterowie dobrze napisani i świetnie zagrani. Ode mnie największe brawa dla Teresy Iżewskiej i Emila Karewicza. "Stokrotka" to jedna z najtwardszych babek na jakie trafiłem w całym swoim obcowaniu z polską kinematografią - silna fizycznie i psychicznie. Z tego co Wikipedia mówi, to Iżewska jest pochowana na cmentarzu na którym znajduje się także większość Ś.P. członków mojej rodziny, więc przy okazji Wszystkich Świętych odwiedzę jej grób i złożę jakiś hołd. Karewicz rewelacyjny szczególnie w swojej ostatniej scenie. Te łzy gdy orientuje się, że ta mroczna, obrzydliwa, ciasna droga cały czas prowadziła go do niewoli.
Kolosalny postęp u Wajdy po "Pokoleniu" i można już odnieść wrażenie, że tym razem wiedział jak chce nakręcić film albo po prostu miał bardziej wolną rękę. Nawet jakość dźwięku jak na film tylko 2-3 lata młodszy bije na łeb poprzednika i da się usłyszeć 90% dialogów (swoją drogą naprawdę świetnych).
Aż robi wrażenie jak w powojennym polskim kinie młodsi twórcy zawstydzali starszych. Szkoda, że w obecnych czasach takie PISF zamiast dać szansę kolejnyn obiecującym nazwiskom woli faworyzować wygasłych dziadków, którzy już nic ciekawego w kinie nie mają do powiedzenia.
9/10
12-08-2019, 13:29
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-08-2019, 13:30 przez Kryst_007.)
Nowy
Liczba postów: 7
Liczba wątków: 0
(12-08-2019, 13:29)Kryst_007 napisał(a): Kanał (1957)
Karewicz rewelacyjny szczególnie w swojej ostatniej scenie. Te łzy gdy orientuje się, że ta mroczna, obrzydliwa, ciasna droga cały czas prowadziła go do niewoli.
Do żadnej niewoli. Mądry chwilę później dostał kulę w łeb. Zwróć uwagę na ciała rozstrzelanych pod murem, do którego chwiejnym krokiem podchodzi Karewicz.
Jeśli jeszcze masz wątpliwości, to przypomnij sobie słowa narratora z początku filmu - że to są ostatnie godziny ich życia.
Reasumując - wszyscy bohaterowie Kanału zginęli.
Wysłane z mojego Redmi 6 przy użyciu Tapatalka
18-08-2019, 18:33
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
No tak, racja. Też tak z początku sądziłem, ale czytając co nieco o filmie, to zrozumiałem, że jednak trafił do niewoli, a nie został roztrzelany , co mi trochę namieszało przy odbiorze tej oto prostej sceny :P
BTW. Na przyszłość zaznaczaj spoilery jakby co ;)
18-08-2019, 20:13
Nowy
Liczba postów: 7
Liczba wątków: 0
Tyle tylko, że to nie jest spoiler - narrator mówi o tym bez ogródek w pierwszych słowach filmu. Wydaje mi się, że taki był wręcz zamiar twórców - żeby nami wstrząsnąć już na wstępie pozbawiają nas "głupiej" nadziei.
Jak mówi Michał (Władysław Scheybal) - bzdura, melodramat.
A jeszcze tak a propos - ten film to idealne połączenie tezy (czyli tego, co uwielbiają polscy reżyserzy) i rzemiosła (czego z kolei nie lubią). Ten film jest niemal hitchcockowski pod względem formy (moim zdaniem).
Wysłane z mojego Redmi 6 przy użyciu Tapatalka
18-08-2019, 20:40
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
No tak, chociaż narrator nie mówi widzowi w jaki spośob oni kończą... ale dobra. Nie czepiam się :)
18-08-2019, 20:43
Stały bywalec
Liczba postów: 18,489
Liczba wątków: 148
Na bank się uda
Miałem dwie godziny wolnego, musiałem to jakoś zagospodarować. Niestety akurat o pasującej godzinie leciało tylko to. Poszedłem więc. Żałuję.
Miał chyba wyjść polski heist movie w stylu Guya Ritchiego i Stevena Soderbergha. A wyszło nudno, mało śmiesznie i schematycznie. Przede wszystkim ten film jest piekielnie nieśmieszny, przynajmniej dla mnie. No, ale on chyba jest on kierowany do ludzi, których bawią polskie kabarety i nadużywanie w dialogach słów typu "dupa" albo "k*rwa".
To jeden z takich filmów, gdzie można znaleźć wiele rzeczy zaczerpniętych ze starszych tego typu produkcji, ale przedstawionych w dużo bardziej toporny i nieciekawy sposób. Twisty, które są tylko po to, żeby być twistami - jeśli dla kogoś nie jest to pierwszy film w życiu to pewnie po 30 minutach będzie miał całą intrygę ułożoną.
Nie wiem czy jest to doszukiwanie się na siłę plusów, ale wydaje mi się, że montaż wybijał się nieco lepiej od reszty. No i obsada jest nie najgorsza. "Na bank się uda" to taki film, o którym tak naprawdę nic nie można powiedzieć oprócz tego, że jest nijaki. 3/10, ale to chyba i tak za dużo.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
19-08-2019, 21:07
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
Wszystko na sprzedaż (1968)
W sumie będzie krócej tym razem.
Wajda bawi się w Godarda i Felliniego oraz oddaje hołd Cybulskiemu, nie popadając przy tym w laurkę. Widać też tu trochę samokrytycyzmu ze strony reżysera (warto pamiętać, że Łapicki gra tu właściwie Wajdę). Do tego fajnym zabiegiem jest to owijanie niby-Cybulskiego tajemnicą - ciągle się o nim mówi, a nie pokazuje się ani na moment, ani też nie wymienia się jego imienia lub nazwiska (po prostu mówi się o nim "Aktor"). Do tego dochodzi kilka naprawdę udanych scen z karuzelą na czele. Całokształtnie to historia jednak obojętna.
Trochę o aktorstwie. Czyżewska - co za aktorka, co za rola! To jak oddaje tutaj setki emocji samą mimiką twarzy jest niebywałe. Dziwne, że jak wyjechała do USA, to nie dane było jej zrobić tam należytej kariery. Przy roli takiej jak ta byłby pewnie nawet Oscar. Niestety z kolei Tyszkiewicz to jej przeciwwaga i momentami można ją określić stolarskimi przymiotnikami, a Olbrychski po prostu się przewinie i czasem coś sobie pogra, ale bez szału.
7/10
23-08-2019, 11:53
|