Stały bywalec
Liczba postów: 3,005
Liczba wątków: 8
Night in Paradise (2020)
Kierowany osobistą zemstą Tae-Gu zadziera z gangsterami z różnych klanów. Po wymierzeniu sprawiedliwości ukrywa się u handlarza bronią na wyspie Jeju, gdzie poznaje jego siostrzenicę, śmiertelnie chorą Jae-Yeon. Film Park Hoon - junga , którego możecie kojarzyć ze scenariusza do Ujrzałem diabła z 2010 roku, ale jest też autorem Manyeo/Wiedźma część 1 (koreańskie kino superbohaterskie, oczywiście z kategorią +18 jeśli chodzi o brutalność), Daeho/The Tiger, V.I.P., New World. Wszystkie te filmy są to dobre produkcje, a Noc w raju to słabszy film tego reżysera i scenarzysty. Choć to nie znaczy że to kiepski film.
Pewnie gdyby to był pierwszy film Hoon - junga, który bym obejrzał, albo w ogóle jeden z pierwszych koreańskich filmów, to zachwycałbym się. Widocznie za dużo koreańskiego dobrego kina obejrzałem.Już dawno przyzwyczaiłem się do tego, że filmy koreańskie są długie i w większości to są produkcje na których czas zlatuje szybko, ale nie w przypadku Nocy w raju, która jest dostępna na Netflixie. Pierwszy raz w przypadku filmu tego twórcy odniosłem wrażenie, że historia jest rozwleczona, można by trochę powycinać.
Po 30 minutach dostałem film o trudnej przyjaźni, ale jest to relacja platoniczna. Nie ma romansu między parą głównych bohaterów, których łączy wyrok śmierci, w jednym przypadku od gangusów, a w drugim choroba. Pierwsze 20-30 minut to dobre męskie kino, ale później akcja za bardzo zwalnia. Czasami są mocniejsze sceny, ale dominuje wątek obyczajowy i dopiero od 80 minuty jest ostro, wiec nie polecam widzom o słabych nerwach. Jeśli widzieliście filmy koreańskie, to wiecie jak potrafią być przesadnie krwawe i brutalne.
Jak to bywa w koreańskich filmach bohaterowie są bardzo wytrzymali na ból, krew leje się litrami, potrafią rozwalić kilkunastu wrogów w krótkim czasie, ale mnie to nie przeszkadza, takie jest to kino. Zdjęcia, reżysera, montaż, choreografia mordobić, sceny pościgów na typowym poziomie dla produkcji z Azji. Aktorsko też nie mogę nic zarzucić nie tylko dwójce głównych aktorów, ale reszcie obsady. Jak już napisałem problem film ma z tempem i dlatego to najsłabsza produkcja reżysera New World. Postawię 6/10 głównie za pierwsze 20-30 minut i ostatnie 40 minut.
[
10-04-2021, 20:14
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-04-2021, 22:55 przez michax.)
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,524
Liczba wątków: 374
nawrocki napisał(a):The Empty Man - James Badge Dale w roli byłego policjanta, który prowadzi śledztwo w sprawie zaginiecia córki swojej przyjaciółki.
Próbowałem to skończyć, ale odpadłem po godzinie. Nie lubię takich filmów - ani jednej normalnej osoby, wszyscy pojebani, zeschizowani, straumatyzowani, mrocznie filozofujący (nawet detektyw na komisariacie). Gdyby to chociaż straszne było, ale ni chu ja - sztampa na maska (scena w saunie).
0/10
nawrocki napisał(a):Hunter Hunter - czyli rzecz o żyjącej w leśnej chacie rodzince, utrzymującej się z handlu futrami, której spokój zakłóca wilk. Ojciec rusza na polowanie i tak zaczyna się dość ponura, powolna, trzymająca w napięciu historia.
Tu już było znacznie lepiej. Gdzieś tak do finału, bo finał wszystko popsuł swoją przedramatyzowaną, absurdalnie brutalną dosłownością. No i mam problem z zaakceptowaniem faktu, że
doświadczony survivalista-myśliwy daje się podejść i zabić, a jego żona pod nieobecność męża zostawia córkę z nieznajomym, który przecież mógł wszystko zmyślić - i jak się później okazało, dokładnie tak zrobił.
6+/10
11-04-2021, 16:35
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-04-2021, 16:35 przez Mental.)
Agent Putina
Liczba postów: 4,323
Liczba wątków: 21
Mental, ojciec o ile pamiętam leżał martwy przy noszach z plamą krwi w miejscu nogi. Widocznie wcześniej znalazł rannego Lou i go ciągnął, a ten zaatakował z zaskoczenia. A że żona zachowała się irracjonalnie - nic nie wiedziała o trupach, poza tym ledwo wyrabiała nerwowo, tak była skupiona na wilku. I nie zgadzam się, scena skórowania jest super, zwłaszcza wrzeszczenie w twarz przed zdjęciem tejże.
11-04-2021, 22:53
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,524
Liczba wątków: 374
@Paszczak
Znika twój mąż, nagle znajdujesz w lesie nieznajomego typa i zostawiasz go z córką - no spoko. Mówimy o ludziach, którzy uciekli od "cywilizacji", bo zapewne mieli mocno ograniczone zaufanie do wszystkiego i wszystkich. Po prostu nie kupuję tego. Co do skórowania - głupia była ta scena. Koleś dawno straciłby przytomność. A to jego latające CGI oczko trochę mnie rozbawiło, a chyba nie taka była intencja twórców.
12-04-2021, 00:29
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-04-2021, 00:34 przez Mental.)
Stały bywalec
Liczba postów: 6,770
Liczba wątków: 6
Są tu jeszcze jacyś fani Talking Heads i Byrne'a? Tak czy inaczej, daję tutaj bo atuty wizualne przynajmniej dorównują tym muzycznym. David Byrne: American Utopia to koncertowy film stanowiący zapis występu towarzyszącego wydaniu ostatniego solowego albumy Byrne'a. Kariery solowej, szczególnie po Talking Heads przyznaję nie śledzę specjalnie, ale macierzysty band lubię a tutaj nowe kawałki przeplatają się z hitami Talking Heads. Sam występ jest też w dosyć prostej linii spadkobiercą Stop Making Sense. Też prosta scenografia i zabawa z nią, światłem. Raczej spontaniczny koncertowy występ uzupełniony tylko typowymi dla Byrne'a scenicznymi ruchami ze Stop Making Sense ustępuje w Utopii miejsca pełnej, dosyć precyzyjnej choreografii. Dodatkowo mamy krótką narrację Byrne'a pomiędzy kawałkami łączącymi je w jedną, luźną całość. Jego osobowość i dosyć specyficzny styl z jednej strony jest dla mnie trochę na granicy tolerancji dla "teatralności", z drugiej - ogólnie bardzo szanuję za inteligencję, charyzmę i sprawne poruszanie się w obrębie różnych artystycznych zainteresowań i połączenie tego w całkiem oryginalny, wiarygodny "produkt". W dodatku przez tyle lat. Działając jednak na obrzeżach mainstreamu, raczej bez poczucia odcinania kuponów od dawnych sukcesów. Może nie jestem obiektywny, ale nie mam problemu z graniem od lat kawałków takich jak Once In A Lifetime czy This Must Be The Place.
Choreografia i scenografia jest tu dosyć prosta, bez efekciarstwa, ale jednocześnie naprawdę fajnie się to ogląda. Prostota środków sprawia, że każda wizualna sztuczka robi wrażenie. Nie bez powodu film miał premierę na Festiwalu w Toronto. Broni się moim zdaniem nie tylko muzyką i może być chyba ciekawy nie tylko dla fanów. Ja jakimś wielkim też nie jestem. Aha, wspominałem, że reżyserował to Spike Lee? ;P Nie wiem na ile jakość tutaj to jego zasługa, ale biorąc pod uwagę entuzjastyczne recenzje samego występu (przed jego nagraniem przez Spike'a), wydaje mi się, że uznanie należy się tu głównie choreografom, Byrne'owi a Lee dodał tu może trochę wizualiów i ładnie wszystko sfilmował. Tak czy inaczej, myślę, że warto odrzucić uprzedzenia, bo całość, nawet jeśli nie dorobi się porównywalnego statusu, jest przynajmniej tak dobra, jak Stop Making Sense, jeśli chodzi o walory filmowe.
No i nie chcąc mieć nikogo na sumieniu, muszę dodać, że ten Spike to pół biedy. Pojawiają się też wątki polityczne, w tym nawiązanie do BLM. No przyznam, że nawet taki lewak jak ja, miał wątpliwości czy wizerunek Floyda to był dobry pomysł. Żeby nie było, że nie ostrzegałem.
13-04-2021, 11:18
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-04-2021, 11:18 przez PropJoe.)
.
Liczba postów: 27,535
Liczba wątków: 60
Uwielbiam Stop Making Senses, ale zarejestrowanych koncertów słucham na tyle rzadko, że średnio interesuje mnie ten w reżyserii Spike'a. Zakładam że do Demme'a i tak nie ma startu, tak samo jak w przypadku ich normalnych filmografii :p
13-04-2021, 11:34
Stały bywalec
Liczba postów: 6,770
Liczba wątków: 6
No właśnie niepotrzebnie chyba narzuciłem takie porównania, ale nie ma sensu moim zdaniem porównywać tu Demme'a z Lee. Po pierwsze, tak jak pisałem, wydaje mi się, że udział Lee nie jest tu kluczowy. Występ był świetnie oceniany zanim na potrzeby rejestracji jako film Spike się za niego zabrał. Pewnie coś tam od siebie dołożył, ale co by o nim nie myśleć, szczególnie ostatnio, nie jest moim zdaniem totalnym beztalenciem, ma jednak oko do wizualiów. Serio proponuję odrzucić uprzedzenia. Po trzecie, też uwielbiam Stop Making Sense, ale pierwsze wrażenie jest takie, że Utopia nie jest gorsza (żona uważa, że nawet lepsza). Może jak kiedyś dojdę do porównywalnej ze Stop Making Sense liczby seansów, zmienię zdanie. Ale w tej chwili, poza tym, że muzycznie Byrne w 2021 to oczywiście nie to samo co Talking Heads w 1983 oraz tymi politycznymi wstawkami, nie widzę wiele, w czym Utopia nie mogłaby przynajmniej konkurować z Stop Making Sense jak równy z równym.
13-04-2021, 11:43
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13-04-2021, 12:15 przez PropJoe.)
Sympatyczny forumowicz :)
Liczba postów: 4,113
Liczba wątków: 6
(11-04-2021, 16:35)Mental napisał(a): No i mam problem z zaakceptowaniem faktu, że
doświadczony survivalista-myśliwy daje się podejść i zabić, a jego żona pod nieobecność męża zostawia córkę z nieznajomym, który przecież mógł wszystko zmyślić - i jak się później okazało, dokładnie tak zrobił.
6+/10
Ja mam w tym filmie problem z zaakceptowaniem wielu rzeczy a najbardziej postępowania tatki myśliwego. Niniejszym awansował w moim rankingu na najgłupszą postać filmową ever i jest szansa że długo nikt go nie pobije. W filmach postacie często się zachowują jak kretyni ale ten koleś przebił wszystko. Nawet to wytłumaczyli.. ale mogę gościa podsumować jednym zdaniem - co za głupi c**j.
13-04-2021, 21:29
Sympatyczny forumowicz :)
Liczba postów: 4,113
Liczba wątków: 6
Jesteś sobie takim traperem/myśliwym. Pewnego dnia w odległości najwyraźniej może pół dnia drogi od domu znajdujesz ciała w "biwaku seryjnego mordercy". W lesie żyją z Tobą żona i córka. Co robisz ? Nie wsadzasz ich w samochód szczęśliwy że nic im się nie stało i pędzisz na policję tylko zostawiasz je w domu i NIC IM NIE MÓWISZ ŻE TU W OKOLICY JEST SERYJNY MORDERCA... i idziesz "polować na wilka" jak prawdziwy samotny twardziel. Bo nie chcesz żeby ci się tu pętali. Kij z tym że nawet w międzyczasie gość może zawadzić o Twój dom ( w końcu niedaleko...)
13-04-2021, 22:07
Użytkownik
Liczba postów: 211
Liczba wątków: 0
American Graffiti (1973) - Kurde, odnoszę wrażenie że sukces "Star Warsów" bardziej zaszkodził, jak pomógł Lucasowi. Przy całym moim uwielbieniu do oryginalnej trylogii, ale podejrzewam ze gdyby nie to, to Jurkowi by tak nagle nie odwaliło i nakręciłby jeszcze kilka ciekawych filmów jak ten, zamiast bawić się w jakieś uniwersum. Świetna i mocno odmienna względem jego twórczości nostalgiczna laurka dla czasów młodości Lucasa. Sama historia to taka typowo uniwersalna opowieść o problemach nastolatków z fajnie napisanymi bohaterami, jednak tym co robi ten film jest klimat. Rok 1962 jest wręcz odwzorowany fantastycznie i obserwując tamten świat aż się żałuje, że nie było się amerykańskim nastolatkiem w latach 60. Moda, muzyka, samochody, bary "drive thru" - tamta młodzież wszystko miała fajniejsze :P Swoją drogą, po seansie nie dziwota że to właśnie Harrison Ford został później u Lucasa Hanem Solo. 8/10
Sugarland Express (1974) - Początki drugiego słynnego hollywoodzkiego "brodacza" - Stevena Spielberga. Po "Pojedynku na szosie" i tym filmie obstawiam, że swego czasu wiązano przyszłość Stefana z tytułem "króla kina drogi", zamiast "króla kina Nowej Przygody". Film ogólnie na faktach, ale materiał na scenariusz naprawdę świetny - mamy tu żonę i jej opuszczającego więzienie męża, chcących odzyskać swoje dziecko, które trafiło do rodziny zastępczej i aby osiągnąć swój cel uprowadzają policjanta i wyruszają po odbiór swej latorośli. Bohaterowie są tu zaskakująco dobrze napisani, wzbudzający sympatię i łatwo można zrozumieć ich motywację. Naprawdę aż chce się im kibicować, a pomiędzy Goldie Hawn i Williamem Athertonem (znany później z ról wścibskich wysoko ustawionych dupków w "Szklanej pułapce" i "Pogromcach duchów") czuć jakąś chemię. I oczywiście jak to w takich historiach - nie mogło zabraknąć ukazania syndromu sztokholmskiego u policjanta. Do tego jeszcze dochodzą jak zwykle świetne zdjęcia Zsigmonda. 8/10
14-04-2021, 10:23
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-04-2021, 10:39 przez Qrszon.)
.
Liczba postów: 27,535
Liczba wątków: 60
(14-04-2021, 10:23)Qrszon napisał(a): Przy całym moim uwielbieniu do oryginalnej trylogii, ale podejrzewam ze gdyby nie to, to Jurkowi by tak nagle nie odwaliło i nakręciłby jeszcze kilka ciekawych filmów jak ten, zamiast bawić się w jakieś uniwersum.
Pytanie co byłoby lepsze: Lucas kręcący parę zwyczajnych filmów, jedne lepsze, jedne gorsze ale brak w ogóle takiej marki jak Star Wars, czy może jednak lepiej mieć Star Warsy za cenę tego że Lucas nie zrobił już niczego innego?
Ogólnie to jest to bardzo pobudzające wyobraźnię pytanie: jak wyglądałaby kinematografia, gdyby Star Wars nie wszedł do kin w 1977. Czy dalej dominowało by kino autorskie, a formuła blockbustera odpaliła by o wiele później?
14-04-2021, 10:34
Użytkownik
Liczba postów: 211
Liczba wątków: 0
W sumie przypadek Lucasa jest wyjątkowo ciekawy i godny jakiejś refleksji. Z jednej strony ciężko wyobrazić sobie kino bez "Star Warsów" i śmiało można uznać je za czołówkę najbardziej rewolucyjnych filmów dla kinematografii, z drugiej - jakaś to też strata dla kina, że Lucas zamiast ruszać w inne rejony dalej wolał pozostać w odległej galaktyce. Jak widać nie można mieć po prostu wszystkiego :(
14-04-2021, 11:09
Movie Lover
Liczba postów: 7,227
Liczba wątków: 73
"American Graffiti" uwielbiam i jak porównuję codzienne życie ówczesnej młodzieży z moimi nastoletnimi latami to czuję, że mam strasznie nudne życie (chyba, że z biegiem czasu to docenię). Nocny klimat tamtej Kalifornii, świetny soundtrack i młody Ford w epizodzie - aż się z automatu przenosiłem w tamte czasy oglądając ten film.
I w sumie racja, że kolosalny sukces SW mimo wszystko wyszedł karierze Lucasa zarówno na plus, jak i na minus.
14-04-2021, 11:35
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-04-2021, 12:07 przez Kryst_007.)
There Can Be Only One!
Liczba postów: 10,877
Liczba wątków: 15
Cytat:"American Graffiti" uwielbiam i jak porównuję codzienne życie ówczesnej młodzieży z moimi nastoletnimi latami to czuję, że mam strasznie nudne życie (chyba, że z biegiem czasu to docenię). Nocny klimat tamtej Kalifornii, świetny soundtrack i młody Ford w epizodzie - aż się z automatu przenosiłem w tamte czasy oglądając ten film.
Bez przesady - myślę, że filmy mocno wypaczają nasze spojrzenie faktyczne życie nastolatków w Stanach. Tak jak my patrzymy na nasze filmy czy seriale gloryfikujące korpo-Warszawę TVNu i śmiejemy się jak nieprawdziwe życie tam pokazują, tak samo te filmy przedstawiają raczej marzenia nastolatków o ich własnym życiu niż faktyczne prawdziwe przygody ;)
14-04-2021, 12:49
.
Liczba postów: 27,535
Liczba wątków: 60
Po obejrzeniu każdego filmu, który nie opowiada o biednych Rumunach, to można dojść do wniosku, że nasze życie jest nudne, a ci bohaterowie to mają fajne, więc żadna nowość :P Przy czym Kalifornia w latach 60. to naprawdę jedno z lepszych miejsc i czasów jakie można sobie wyobrazić na dorastanie, więc idealizowanie tego klimatu wcale nie musi być błędem.
14-04-2021, 13:11
Fhtagn
Liczba postów: 5,327
Liczba wątków: 9
Nobody (2021). Bob Odenkirk jadąc autobusem do domu widzi, jak banda pijanych ziomków zaczepia dziewczynę i spuszcza im wpierdol. I gdyby na tym poprzestać, byłoby bardzo fajnie, ot, film o zwykłym kolesiu, któremu puszczają nerwy i wyładowuje swoją frustrację na innych, czyniąc mniejsze bądź większe dobro. Problem w tym, że
to wcale nie jest film o zwykłym kolesiu, tylko superekstramega agencie, którego wysyłano do misji niemożliwych i który jest obecnie na emeryturze, ale ma umiejętności godne Liama Neesona z Taken, Ethana Hunta i Bourne'a, a także Denzela z obu części Bez Litości, a jak haker villaina się dowiaduje kim naprawdę jest Odenkirk, to z miejsca rzuca pracę i spieprza :) Ponadto, przypadkowo jeden z tych pijanych ziomków, ledwo żywy, z rurką w gardle i tak dalej, jest bratem ruskiego gangstera. Gangster chce zemsty. Zaczynają się strzelać. Akcja jest bardzo sprawna, ale to pierwsza bitka w busie jest najlepsza. Brudna, brutalna, dosadna, krwawa, gdzie każdy cios ma siłę, wagę i czuć, że ludzie po prostu zaczynają tracić siły z upływem czasu. Potem tego już tak nie widać, niestety, chociaż prym wiodą karabiny i pistolety. Strzelaniny są trochę przesadzone, jak choćby potrójny headshot jedną kulą wystrzeloną ze snajperki, czyli finałowa szarża, albo stary, śmiejący się dziadek obwieszony strzelbami masakrujący towarzystwo. Reszta to tylko tło. Aktorstwa oprócz Odenkirka tutaj nie ma, mam też wrażenie, że całość jest rozrzucona między poważnym kinem zemsty a heheszkową, lekką rozrywką. Gdyby iść w jedną lub drugą stronę, byłoby lepiej a tak... jest taki John Wick tylko inaczej.
7/10?
15-04-2021, 14:10
Banned
Liczba postów: 20,755
Liczba wątków: 63
Nobody jest tym, czym obawialem sie, że bedzie, ale nie tym, czym chciałem. Szkoda.
Nie jest to nowy "Long Kiss Goodnight" niestety, bo jednak tej przerysowanej stylizacji brakuje humoru i kreatywności Blacka. Smuci mnie też jak bardzo zmarnowani są tutaj aktorzy. Mamy przecież Michaela Ironside'a czy Christophera Lloyda w postaciach, które mają zero ikry. Lloyd chociaż dostaje kozaczenia, ale ostatecznie najlepszy jego moment to ten w domu starców. Nawet Odenkirk mam wrazenie jedzie na jednym biegu - brakuje nawet jakiejś dwoistości: teraz jest pierdołą, a kiedyś był kozakiem. Nie. Jest kozakiem i tyle. A do tego jest to szalenie mało subtelnie pokazane jak się powstrzymuje (np. moment gdy chce powstrzymać włamywaczy, ale nagle przestaje zaskoczony jakby zobaczył ducha).
Naaaaah. Nie jest to zly film i pewnie nawet kogos rozbawi, ale mnie zawiodl potwornie. Sceny akcji też nie są moim zdaniem szczegolne - już w zwiastunie rzucało mi się w oczy, że w niektórych momentach wyraźnie uderzenia mijają twarze choć film udaje, że doszło do kontaktu, a w filmie jest takich momentów co najmniej pare i strasznie mnie to razi. Tym bardziej, że Odenkirk to nie jest fajter, więc potrzeba więcej reżyserskiej ręki i operatorskich sztuczek, żebym w to wierzył.
15-04-2021, 20:18
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-04-2021, 20:18 przez Gal Anonim.)
Pan Drzewo
Liczba postów: 1,746
Liczba wątków: 14
Kolejne "ważne" dzieło odhaczone - Rebel Without A Cause.
Jezu, ale to jest słabe. Każdy bohater zachowuje się tutaj jakby zamiast mózgu i duszy miał na płycie głównej fatalnie zaprojektowaną sztuczną inteligencję. Odpowiedzialny za to demiurg kompletnie nie rozumie ani starych, ani młodych, ucieka się więc do szablonów i własnych wyobrażeń. W efekcie postacie zachowują się głupio, sztucznie, ich relacje nie wynikają w zasadzie z niczego prócz woli scenarzysty i wszystko prowadzi do wydumanych konfliktów. Rozumiem zamysł, ale wykonanie jest żenujące, bo przez ten fatalny skrypt nie wierzę ani przez chwilę ani w słowa, ani w motywacje.
Plusy? James Dean, kiedy stoi/siedzi i nie wypowiada kwestii (bo miał znacznie więcej charyzmy od talentu) i wpływ na Tommy'ego Wiseau. :)
3/10 (The Room oglądało się lepiej).
16-04-2021, 06:02
Stały bywalec
Liczba postów: 12,429
Liczba wątków: 29
Tak jak ja pisałem w swojej krótkiej piłce - bohaterowie to snowflake'i z tamtych czasów i też nie kupowałem ich motywacji (choć Plato miał ciekawą historię).
16-04-2021, 13:10
There Can Be Only One!
Liczba postów: 10,877
Liczba wątków: 15
Warto wziąć na poprawkę, że niewiele filmów z tamtego okresu podejmowało tematykę nastolatków, zwłaszcza że było to stosunkowo nowe zjawisko. Przed wojną w zasadzie nie istniała ta grupa społeczna. Ten film jest kulturotwórczy, on w zasadzie wykreował charakter lat 50tych i miał np. wpływ na odzwierciedlanie czasów w przyszłości (BTTF)
16-04-2021, 13:20
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-04-2021, 13:21 przez Corn.)
|