Krótka piłka, czyli mini-recenzje
(27-07-2021, 09:19)yacajackowski napisał(a): Postać czarnej detektyw sabotuje ten film bardziej niz wszystko co wymieniłeś.

Ten męski głos wybijał mnie z rytmu. Aż musiałem zapauzować, żeby sprawdzić w necie czy jest jakimś transem (co za niespodzianka - jasne, że jest).

Odpowiedz
Family Business

Lumet o dwupoziomowej relacji ojciec-syn w rodzinie drobnych, nowojorskich cwaniaczków. Osią konfliktu są oczekiwania taty względem syna - studia, praca, garniturek, ułożone życie, kolorowy telewizor. Synalek ma gdzieś schematyczną ścieżkę kariery i zwraca ślepia w stronę dziadzia-przestępcy oferującego ucieczkę od nudy. Od młodego wychodzi plan zwinięcia patentu i spieniężenie go za milion zielonych, na który przystaje senior rodu, a po dłuższych namowach sam papcio, który od lat nie zboczył z dobrej drogi. Historia trzyma się ziemi, jest dość kameralna (czuć książkowy rodowód), nie ma tu fajerwerków i operatorskiego ADHD, bo całość jest w pierwszym rzędzie pełnokrwistym dramatem rodzinnym, a nie (pardon) heist movie (pozdro dla Dana Harmona). Charakter filmu jest niestety największą wadą, bo chciałoby się tu trochę więcej akcji, mięcha i zapadających w pamięć scen. Stara gwardia daje czadu - Hoffman jest świetny jak zawsze, a Connery kradnie każdą scenę swoją charyzmą, a co więcej - gra trochę inną postać niż zwykle. Zawodzi za to Tomek Hajto - jest bardziej wkurzający niż zbuntowany i nie ma za grosz stylu, ni grama jakiegoś łotrzykowatego, młodzieńczego sznytu, przez co jego motywacja nie wydaje się odpowiednio wiarygodna. Kolo zdecydowanie lepiej poradził sobie w Election Payne'a. Epizodycznie Luis Guzman, Bunk z The Wire, klecha z Oz/Whiterose z Robota i Strickland z BTTF.

Druga liga u Lumeta to wciąż Ekstraklasa u większości reżyserów, 6-7/10.

Odpowiedz
Ratunku, jestem rybką! – czyli europejskie (dokładnie duńsko-niemieckie) podejście do disnejowskiej formuły. Swego czasu był reklamowany w takim Kaczorze Donaldzie i chciałem pójść do kina, ale coś nie pykło. Obejrzałem dopiero teraz i pozytywnie się zaskoczyłem. To jest przykład niedocenianej animacji, a nie jakiś Stalowy Gigant.

Grupa stereotypowych dzieciaków – główny cool extreme hip kid, gruby kujon i mała słodka siostra trafiają do domu zbzikowanego naukowca i w wyniku zażycia mikstury zmieniają w stworzenia wodne. Tą samą miksturę próbuje ryba imieniem Joe zyskując inteligencję i ciągoty totalitarne. Standardowa fabuła dla dzieci.

Szkoda, że nie widziałem w momencie premiery, bo pewnie bym polubił. Przede wszystkim animacja jest prześliczna – jak u Disneya z najlepszych lat. Byłem oniemały wysokim poziomem. Co chwila ładne skomponowane kadry, montaż stosowanie filtrów, a także kreatywne pokazanie odczuwania przemiany. Nawet elementy CGI niespecjalnie się zestarzały. Szkoda, że animacja 2D i na starym kontynencie niemal wymarła.

Klimatycznie jest to nadal familiada, jednak w przeciwieństwie do amerykańskiego podejścia nie ma uciekania w żenujący humor, comic reliefów nie uświadczono, powiedziałbym, że jest nieco ponury (jednak bez popadania w przesadę), co objawia się m.in. poprzez stonowaną kolorystykę. I zaskoczyło mnie jaki jest brutalny - np. krab łazi po piachu i zjada go rekin i przy kęsach rozpływa się czerwona krew. Albo jak Fly dostaje szczypcem w gębę, to tryska mu jucha. W USA już byłoby to PG-13 (albo cenzura). I po owym oberwaniu Fly w finale jest dosłownie półmartwy i w każdej chwili może umrzeć. Przez co banał pt. „wszyscy myślą, że nie żyje” w tym wypadku ma uzasadnienie.

Fabularnie też jest OK i potrafi zaskakiwać. Gruba ciotka mająca opiekować bohaterów, z początku to sprawia wrażenie typowej snobistycznej gruba baby i wypisz wymaluj wygląda pani Priselius z animowanej Pippi Langstrumpf, potem okazuje się, że nie. W jednej scenie obwinia się o zaginięcie dzieciaków i mówi, że nie zasługuje na przebaczenie. Joe to świetny antagonista i spokojnie nadawałby się na disneyowskiego złoczyńcę. Jest płaski i ma oklepaną motywację, ale nadrabia złolskim urokiem. 

Niestety zdecydowali wprowadzić numery muzyczne, które pasują jak pięść do nosa. Europejczycy - nie musicie aż tak małpować Amerykanów. I w fabule dużo nacisku jest kładziony limit czasu mikstury - jeśli w ciągu 48 godzin bohaterowie nie zażyją antidotum, to zostaną rybami na zawsze. Nie odczułem tego, a w finale to montażysta przeciąga 3 minuty w jakieś 8 minut :P.

Piosenka tytułowa tak bije okresem przełomu XX/XX wieku, że człowiek automatycznie chce się włączyć jakąś wakacyjną playlistę.

Polski dubbing jak zwykle bez zarzutu. Warto obejrzeć tą wersję dla Mariana Opanii jako Joego. Przecierałem uszy ze zdumienia, gdyż z dubbingu to kojarzyłem go jedynie z tych śmiesznych ról – Hugo z Dzwonnika z Notre Dame czy Waltera Melona. To chyba jego najlepsza rola głosowa.

8,5/10

Odpowiedz
Siedem czarnych nut (1977)

Giallo od Fulciego i według wielu jeden z jego czołowych filmów. W sumie mogę się z tym zgodzić, aczkolwiek na podium mojej osobistej topki dokonań Włocha raczej by się nie zmieścił. Niemniej, to udany thriller, z wieloma charakterystycznymi dla Lucio elementami i, co nieco zaskakujące, spójną, wciągającą fabułą (co w jego produkcjach nie zawsze bywa regułą), choć tempo czasem kuleje, a rozwiązanie zagadki jest podane na tacy zdecydowanie zbyt wcześnie. Ale scena finałowa częściowo to wynagradza. Na deser ten wspaniały motyw przewodni, któremu film zawdzięcza swój tytuł, a który potem podpieprzył Tarantino w "Kill Bill":




Zombie pożeracze mięsa 2 (1988)

Film w oryginale nosi dumny tytuł "Zombi 3", gdyż stanowi kontynuację filmu, który był nieoficjalnym sequelem innego filmu, który... również był sequelem. Fulci niestety nie dał rady dokończyć prac na planie, w związku z czym pozostaje kwestią sporną, ile cudownie nonsensownych scen zawdzięczamy jemu, a ile wyobrazni Bruno Mattei i Claudio Fragasso (jakbyście nie kojarzyli - to ten typ od "Trolla 2"), którzy przejęli pałeczkę od maestro po tym, jak doznał wylewu. Ale z pewnością autorstwo najlepszej z nich można w stu procentach przypisać Lucio, gdyż jak sam twierdzi to jedyny element filmu z którego jest dumny. O jego geniuszu niech świadczy to, że nie było jej w scenariuszu.


Reszta filmu niestety nie jest tak udana, ale stanowi całkiem zjadliwy miks jedynki z "Powrotem żywych trupoów".

Odpowiedz
(03-08-2021, 18:48)nawrocki napisał(a): Siedem czarnych nut (1977)

Giallo od Fulciego i według wielu jeden z jego czołowych filmów. W sumie mogę się z tym zgodzić, aczkolwiek na podium mojej osobistej topki dokonań Włocha raczej by się nie zmieścił.

A co jest na tym podium? Widziałem tylko Kaczuchę (w razie czego polecam, bo intryga kryminalna zaskakująco daje radę) i podobała mi się, a na liście mam jeszcze The Beyond i The House By The Cemetery.

Odpowiedz
(03-08-2021, 18:55)Norton napisał(a):
(03-08-2021, 18:48)nawrocki napisał(a): Siedem czarnych nut (1977)

Giallo od Fulciego i według wielu jeden z jego czołowych filmów. W sumie mogę się z tym zgodzić, aczkolwiek na podium mojej osobistej topki dokonań Włocha raczej by się nie zmieścił.
A co jest na tym podium?

1. Miasto żywej śmierci
2. Zombie pożeracze mięsa (za scenę z rekinem i konkwistadorów)
3. Hotel siedmiu bram/Nowojorski rozpruwacz (w zależności od dnia).

Za Domem przy cmentarzu za to nie przepadam, Kaczuszki wciąż nie widziałem. Ale taki must see Lucio i IMO esencja jego stylu to wlasnie pierwsze dwa.

Odpowiedz
O, Fulci. Lubię gościa.
Dla mnie jednak dominuje The Beyond, za cudowny soundtrack i NAJLEPSZE OSTATNIE 2 MINUTY W DZIEJACH KINA GROZY. Bez żartów, końcówka to dla mnie perfekcyjna synteza obrazu, muzyki i treści.
Na drugim miejscu Zombie Flesh Eaters, bo to chyba najbardziej wyważony i solidny film Fulciego, z kilkoma momentami wybitnymi jak wspomniany rekin.
Na trzecim Kaczuszka, bo to faktycznie najlepsze z jego giallo, a dwie sceny śmierci tak mu wyszły, że sam je z siebie zerżnął w The Beyond i właśnie Sette Note.
A na czwartym Four of the Apocalypse, czyli dla odmiany western. Zależnie od nastroju może nawet przesunąłbym go na trzecie.

Odpowiedz
Martwy i pogrzebany (1981)

Film ma znakomite otwarcie - nadmorska miejscowość, w tle spokojna muzyka, spacerujący po plaży fotograf, który natyka się na miejscową piękność, oferując jej sesję zdjęciową. Po krótkiej wymianie uprzejmości kobieta oferuje mu seks, na co ten się ochoczo zgadza.
Po takim openingu wiedziałem, że film poniżej pewnego poziomu nie zejdzie. I faktycznie nie schodzi. Sherman, autor wcześniejszej o kilka lat "Linii śmierci", znał się na swoim fachu. Film ma odpowiednio upiorną atmosferę, przywodzącą na myśl niektóre z opowiadań Roberta Aickmana ("Ringing the Changes" chociażby) czy też Lovecrafta, a małomiasteczkowy klimat kojarzy się z "Miasteczkiem Salem". Sceny morderstw są odpowiednio brutalne (za efekty odpowiadał Stan Winston) a pomysł na fabułę dość oryginalny i groteskowy, do tego opowiedziany ze stuprocentową powagą, w bardzo dobrym tempie, oferując niezłe jak na tamten okres twisty fabularne.

Na pewno warto sprawdzić, zwłaszcza, jeśli ktoś lubi horrory z tamtego okresu.

Odpowiedz
Zew krwi (2020) - niech mi ktoś wyjaśni, czemu w 2020 roku nie można zatrudnić do filmu prawdziwych zwierząt tylko zastępuje się komputerowymi pacynkami, które za chwilę się zestarzeją? A w dodatku psy są mocno ekspresyjne. W filmie to się ostro gryzie. Już bardziej by pasowało, gdyby to był w całości komputerowy film. Szczególnie, że plenery są prawdziwe (albo na takie wyglądają). Ale nie powiem, momentami CG jest na dobrym poziomie.


A sam film całkiem przyjemny. To wciąż kino familijne (kręcone przez reżysera kilku animacji Disneya) z przewidywalnymi zwrotami, jednak dobrze się oglądało. Całkiem dobry Ford.

7/10 

Odpowiedz
(06-08-2021, 00:38)OGPUEE napisał(a): Zew krwi (2020) - niech mi ktoś wyjaśni, czemu w 2020 roku nie można zatrudnić do filmu prawdziwych zwierząt tylko zastępuje się komputerowymi pacynkami, które za chwilę się zestarzeją?
Pewnie taniej, prosciej i bezpieczniej.

Odpowiedz
OGPUEE napisał(a):niech mi ktoś wyjaśni, czemu w 2020 roku nie można zatrudnić do filmu prawdziwych zwierząt

Pamiętasz taki serial Michaela Manna "Luck"? Na planie zdechły im trzy konie. Oficjalnie był to powód do anulowania produkcji w trakcie kręcenia drugiego sezonu.

Odpowiedz
Otóż to: po cholerę zatrudniać prawdziwe zwierzęta, jeszcze któreś zdechnie i będzie smród, więc lepiej zrobić je CGI i przeżyć to, że paru purystów będzie narzekać.

Odpowiedz
(06-08-2021, 08:03)Mental napisał(a): Pamiętasz taki serial Michaela Manna "Luck"? Na planie zdechły im trzy konie. Oficjalnie był to powód do anulowania produkcji w trakcie kręcenia drugiego sezonu.
Pamiętam, jak i powód oficjalnej kasacji. I domyślam się, że do upowszechnienia się CGI-zwierzą przyczyniły m.in. te wszystkie rakowe stowarzyszenia od zwierząt.

Odpowiedz
Noc myśliwego (1955, reż. Charles Laughton)

Jeden z tych niewielu amerykańskich czarno-białych filmów, które z tłumu innych Hollywoodzkich produkcji tamtych czasów wyróżniają się innowacyjnością i dzięki czemu mają trwałe miejsce w podręcznikach dla filmoznawców. Nic dziwnego, że do tej pory cieszy się takim statusem, bo film nawet po tych 65 latach wizualnie gniecie i kompletnie angażuje od pierwszej do ostatniej minuty. Patrząc na poszczególne sceny da się zresztą zauważyć jak wiele uznanych twórców od tamtego czasu podpatrzyło od Laughtona - począwszy od Lyncha aż do Astera.

Świetna jest już właściwie sama fabuła - cyniczny kaznodzieja i naciągacz dowiaduje się przypadkiem od współwięźnia, który za moment ma zostać stracony o ukrytych przez niego pieniądzach z napadu. Żeby wejść w ich posiadanie decyduje się po wyjściu zyskać zaufanie jego rodziny i zająć jego miejsce Pana Domu. Cała ta historia jest tu sprawnie opowiedziana i człowiek nic, tylko się pochłania to co na ekranie i jest ciekaw jak daleko antagonista się posunie. Mimo tej całej obecnej przez lwią część filmu pesymistycznej otoczki jest i ciut miejsca na subtelny humor. Dobrym zabiegiem jest także pokazywanie tego wszystkiego z perspektywy nieufnego dziecka i nadanie historii cech baśni o złym wilku i dwójce niewinnych dzieci (kurde, jednak nie doceniam sekcji komentarzy na Filmwebie).

Robert Mitchum portretuje tu być może najbardziej antypatycznego kaznodzieję w kinie obok Eliego Sundaya z "There Will Be Blood". Jego Harry Powell to postać wyjątkowo odrażająca, ale przy tym posiadająca obezwładniającą charyzmę. Gra tu skończone bydle, ale w zupełnie inny sposób niż te parę lat później w "Przylądku strachu". To tylko świadczy o tym jaki to był genialny, acz jak widzę niesłusznie zapomniany po latach aktor. Warto tu też poświęcić parę słów Lilian Gish - weteranki kina niemego w roli poczciwej starowinki, opiekującej się gromadką osieroconych dzieciaczków, czytającej im każdego wieczoru biblię, ale kiedy trzeba to spuszczającej porządne lanie i wyciągającej z mieszkania giwerę. Piękna rola wygasłej legendy kina.

Na temat tego jak ten film obłędnie wygląda to chyba już zużyto każdy odpowiedni przymiotnik. Kurde, gdyby Laughton nie poprzestałby na nim reżyserskiej kariery to dzisiaj byłby pewnie wymieniany w jednym zdaniu z Hitchcockiem czy Wellesem. Wystarczy spojrzeć na same te kadry:

No i co ciekawe film nie posiada typowo klasycznego zakończenia zgodnego z żelaznymi zasadami Hollywood, gdzie mamy starcie dobra ze złem z udziałem strzałów, podchodów i poniosłej muzyki. Laughton rozwiązuje sprawę tym, że
Szczerze? Nie wiem jak inni, ale ja akurat jak najbardziej akceptuję takie zakończenie. Nie takie oczywiste i sprawia ono, że łatwiej widzowi uwierzyć w tą historię. Po prostu wykorzystana została karta realizmu.

10/10

Na zakończenie powiem, że film obejrzałem dzięki przyjemności Octopus Festival chyba w najbardziej hipsterskim miejscu na terenie Gdańska. Jest to Ulica Elektryków przy Stoczni Gdańskiej. Aż chyba będę częściej tą miejscówkę odwiedzał, bo w niej przestałem się czuć odosobniony ;)

Odpowiedz
Jolt

Kandydat do żenady roku. Wymuszony i co gorsza nieśmieszny humor połączony z ciulowymi scenami akcji. Do tego nie wiem co było gorsze i sztuczniejsze - twarz Kate Beckinsale czy jej gra i sposób w jaki wypowiada swoje kwestie. Na deser jest jeszcze Jai Courtney i jego wspólne, romantyczne sceny z Beckinsale - ekranowej chemii tam wcale, ciężko się patrzy na ich pożal się Boże flirt. A na rozchodniaczka duet policyjnych debili z jakąś czarną aktorką, która każdym swoim pojawieniem się wprowadzała mnie w stan, którego przez cały film doświadcza główna bohaterka. Fabuły brak, kilka żenująco chuyowych scen, które chyba miały być śmieszne (mój faworyt to rzucanie noworodkami, da fak xD), no i twist, no bo przecież musiał być twist.

2/10 - bo Tucci był spoko, no sceny z nim są najlepsze :)

Odpowiedz
Twist, który można przewidzieć co do sekundy gdy tylko Courtney pojawił się na ekranie.

U mnie też 3/10, bo miałem dobry humor i rozbawiło mnie rzucanie niemowlakami.

A w ogóle to żal patrzeć, jak Hollywood marnuje Bobby'ego Cannavale.

Odpowiedz
Shaft (2019)

O żesz UJ. Co za badziewie. O ile pamiętam poprzednia część była sensacją "na serio". A to? To jakaś żenująca parodia.
I kolejny przykład wymuszonego R, gdzie przeklinają co drugie zdanie.
3/10
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
Evan Allmighty - reż. Tom Shadyac, 2007r

Spinn-off (bo tak bym to ujął) z Bruca Wszechmogącego, gdzie błyszczał Jim Carrey. Bardzo przyjemny film - pomysł wyjściowy świetny, Steve Carrel pasował do roli jak ulał, arka robi wrażenie i scenariusz naprawdę daje radę. Prawie. Końcówka, gdy nadchodzi powódź jest mocna i jak na ten film cholernie głupia i spieprzona. Pasuje do całości jak dorysowana głowa Matki Whistlera w wykonaniu Jasia Fasoli XD Wrażenie, że została zmieniona w ostatniej chwili jest nieodparte. Po prostu jest idiotyczna, przeszarżowana i nieprzemyślana w żaden sposób.

6/10 ale gdyby nie ta końcówka, to spokojnie 8 bym dał, bo zgrabnie rozwija koncept z pierwowzoru.
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”

Odpowiedz
No to obejrzałem sobie do krafcików The Beyond Fulciego mając wciąż w pamięci udany seans Kaczuszki.

HAHAHAHAHAHAHAHAHAHA. Zaczęło się obiecująco, wprowadzenie w sepii zbudowało dobry klimacik; po napisach początkowych czar prysnął, bo scenarzysta wziął sobie wolne. Nic tu nie trzyma się kupy, wątki są posiekane, postacie pojawiają się i znikają bez większego powodu, aktorzy nie grają, tylko wypowiadają głupie, fatalnie zdubbingowane kwestie, a brak jakiejkolwiek logiki nieumiejętnie skrywają hektolitry posoki. Jeśli traktować całość jako poryty sen/ucieleśnienie koszmarów związanych z otwarciem bram piekielnych, to... w zasadzie nic dobrego, bo tego typu jazdy da się pokazać trochę ciekawiej od czegoś, co wygląda na parodię horrorów klasy C.

Cała ta egzaltacja w ukazywaniu przemocy odwraca się na niekorzyść twórców, bo zamiast obrzydzenia pojawia się znudzenie, a powolne babranie się w krwi, mięsie i tkankach nie szokuje, tylko śmieszy wykonaniem. W ogóle śmiechu tu co niemiara, a apogeum radości mamy w końcówce - doktorek przemienia się w Indjanę Dżonsa i tym swoim śmiesznym pistolecikiem strzela co rusz (bez przeładowywania, a jakże) w zombiaków. Oczywiście cały czas najpierw dwa strzały w klatę, a potem w głowę, chociaż już za pierwszym razem było wiadomo, że żywe trupy padają po kuli w łeb.

Suspiria też mi się nie podobała, więc pewnie włoskie horrory sprzed kilku dekad z tą ich śmieszną stylistyką nie dla mnie. 2/10, od dna ratuje całość muzyka i zmysł estetyczny reżysera (kiedy nie zapędza się za bardzo w gore) owocujący kilkoma spoko ujęciami. Filmy powinny mieć scenariusz.

Odpowiedz
Gliniarz w przedszkolu - chyba pierwszy film z gatunku "gwiazdor kina akcji robi z siebie idiotę nieudolnie opiekując się dziećmi". Zaskakująco jest tu mało błazenady jak w innych komedii ze Schwarzeneggerem (w Świątecznej gorączce dla przykładu) wydarzenia są traktowane serio i humor bardziej wynika z uroku dzieci i jedyne takie stricte komediowe momenty to grypa żołądkowa partnerki Kimble'a i jego SHUT UP!!!.

Jak wspominałem, mało tu błazenady  i dotyka dość poważnych spraw, jak w prezentacji o ojcach dzieci kilka z nich mówi, że "wyszedł po mleko" albo wątek dziecka-ofiary przemocy domowej. Pierwszy akt to jest wyjęty z rasowego sensacyjniaka, lecą bluzgi i pada jeden trup w kadrze. Podobnie w finale. Zdecydowanie nie jest to film familijny i zastanowiłbym się, czy puścić to dzieciom.

Film ukazuje także, iż Schwarzenegger pokazuje, że jak chce to dobrze gra. O dziwo, podali pochodzenie Kimble’a jako austriackie i w jednym momencie szprecha :). Pochwalę fakt, że w przeciwieństwie do innych filmów "gwiazdor kina akcji robi z siebie idiotę nieudolnie opiekując się dziećmi" Arnie dość szybko staje się kompetentny w ogarnianiu dzieciaków. Villain ma nawet sensowną motywację i pomaga tu dobre aktorstwo Tysona.

Piątka z plusem.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  ALARM! NADCHODZI KOLEJNY REMAKE! czyli wszystko o remake'ach Mierzwiak 1,244 242,947 14-04-2026, 18:15
Ostatni post: shamar
  Pętla czasowa czyli motyw dnia świstaka w filmach Craven 91 23,785 07-08-2025, 14:13
Ostatni post: shamar
  Prekognicja, czyli oceń film, który zaraz obejrzysz military 77 28,193 04-03-2017, 00:43
Ostatni post: Juby
  Dłuższa piłka, czyli coś dla kino maniaków od kino maniaków wika 3 4,446 02-12-2013, 19:10
Ostatni post: Bucho
  Prawdziwy film, czyli istota kina Bodzio 22 8,743 07-08-2011, 20:23
Ostatni post: MauZ
  Starocie filmowe, czyli trochę klasyki Eorath 44 17,344 20-12-2010, 19:03
Ostatni post: szopman
  Krótka piłka, czyli mini-recenzje military 6,447 721,664 11-04-2009, 16:35
Ostatni post: Negrin
  Parada banału, czyli wpływ formy filmu na odbiór fabuły;) Mental 167 31,152 26-03-2008, 09:55
Ostatni post: D'mooN
  [oddzielony] Krótka piłka, czyli mini-recenzje 0 324 Mniej niż 1 minutę temu
Ostatni post:



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
3 gości