06-01-2025, 13:05
|
Krótka piłka, czyli mini-recenzje
|
|
Doceniam mieszankę i dodanie do niej nieoczywistego składnika, ale sam składnik mi nie pasuje. Ten film to trochę taka pizza hawajska, w dodatku z mdłym ananasem.
Wallace i Gromit: Zemsta Pingwina - nowa odsłona przygód kultowego duetu animowanego to najlepsza część od czasu "Klątwy królika". Świetna zabawa, wciągająca historyjka z nawiązaniem do wszechogarniającej technologii, mnóstwo gagów i powrót... No wiecie. Tym razem raczej Oscara nie zdobędzie bo za duża konkurencja, ale nominacja jak najbardziej będzie zasłużona. 8/10
Wysłane z mojego CPH2481 przy użyciu Tapatalka
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.
06-01-2025, 17:55
A Real Pain - od początku tego nie czułem a zwiastuny tylko mnie utwierdziły w przekonaniu, że poza ciekawością jak Eisenberg pokaże Polskę nie za bardzo mnie to jara. No, ale mimo wszystko liczyłem na więcej, szczególnie, że recenzje film zbierał niezłe, pojawiły się te nominacje i tak dalej. W założeniu taki mały, osobisty film mógłby się przecież udać. Ale do tego potrzeba przede wszystkim dobrego scenariusza. A tutaj naprawdę nie ma dobrego scenariusza. Nie rozumiem tych nominacji i zachwytów. Słuchałem jakiejś rozmowy z Eisenbergiem, chyba u Conana i to jest w dużej mierze autobiograficzny film. No może autobiograficzny to dużo powiedziane, ale on jest rzeczywiście zainteresowany historią swojej rodziny plus jeździ po świecie zwiedzając różne "trudne" miejsca, niekoniecznie, z którymi jakoś historia jego rodziny się łączy. I spoko. Nie chcę wchodzić w temat "żydowski", chociaż na pewno jest to ważny element układanki. Tak czy inaczej, Eisenberg w miarę ciekawie i elokwentnie opowiada o swoich przemyśleniach, doświadczeniach i swojej historii, ale moim zdaniem kompletnie nie potrafi przenieść tego na ciekawy scenariusz. Niektóre przemyślenia czy doświadczenia przenosi mam wrażenie 1:1 (na przykład refleksję o tym, jak osobliwe jest organizowanie takich "holokaustowych wycieczek") do scenariusza, ale za bardzo to nie działa, nie potrafi ani tego ubrać w jakąś uniwersalną myśl, ani z drugiej strony w przejmująco osobistą. Nie za bardzo też udaje mu się podejść do tego z dystansem czy humorem. Owszem, zdarzają się lekko zabawne sceny i próba autoironii, ale przez większość czasu film i jego bohaterowie mają kij w dupie i na serio przeżywają traumę pokoleniową. Postaci drugoplanowe są pod tym względem niemal karykaturalne i jak wycięte z kartonu. Na dobrą sprawę mogłoby ich nie być. Przewodnik to już w ogóle jest tak nienaturalny, że chyba dosłownie robi za narratora podającego historyczne fakty. Co niby postać Culkina punktuje, dosłownie mówiąc mu, że trochę przesadza z faktami i ciekawostkami a brakuje na wycieczce czynnika "ludzkiego". Po czym oddają się z pełną powagą pustemu, wyciskającemu łzy rytuałowi. Nie wiem, może dla Amerykańskiego Żyda film będzie przenikliwym, osobistym doświadczeniem i stąd zachwyty nad scenariuszem, ale ja tego kompletnie nie czuję. Dodatkowo dostajemy jakieś banalne żarty i sceny, w stylu: dwóch Amerykanów w Polsce pali jointa na dachu hotelu. Znowu, Eisenberg próbuje niby sam z siebie się pośmiać rzucając coś w stylu: nie bądźmy typowymi Amerykanami, którzy myślą, że przyjadą do Polski i mogą sobie jarać tam, gdzie nie powinni. Plus ogólnie lekki cringe, że palenie trawy uznaje się za coś cool i wywrotowego w tych czasach. Ta pozorna autoironia nie działa albo sprawia wrażenie takiej zasłony dymnej - jakby trochę Eisenberg wiedział, że operuje stereotypami i banałami, ale nie wiedział co z tym zrobić.
Jak nie scenariusz to film mogłoby uratować aktorstwo lub chemia między bohaterami. Nie zaskoczę chyba pisząc, że Eisenberg gra siebie. Mam wrażenie, że przychodził na plan w swoich ciuchach. I z jednej strony nie mam nic przeciwko zrobieniu filmu o sobie, skoro historia jest mu bliska itd. Aktor z niego żaden, więc też trudno nie widzieć go w postaci, którą gra. Spoko. W pewnym sensie nawet szanuję, że ma odwagę pośmiać się z siebie i najbardziej autentyczne momenty to te, w których ewidentnie pokazuje swoje natręctwa, kompleksy czy społeczne nieprzypasowanie. Spoko. Tylko, że niekoniecznie taka postać działa w tej historii i w tym otoczeniu. No bo wrzucony jest w relacje z postacią Culkina, który to gra po prostu trochę grzeczniejszą i bardziej obnażoną wersję Romana z Sukcesji. Trochę to będzie chyba przypadek Waltza po Ingrourious, który kolejne role grał podobnie, w pierwszej się sprawdził znakomicie, później już to miało dużo mniej sensu. Culkina lubię, ale znowu - on tu jest w dużej mierze sobą. Niech tam już zgarnia te nagrody w tym roku, szczególnie, że konkurencja chyba marna, ale tu jest po prostu stonerem, pod przykrywką bycia cool wyluzowaną duszą towarzystwa skrywającą jakieś traumy i problemy. No tylko właśnie nie za bardzo wiadomo jakie. Film w pewnym momencie czyni z niego emocjonalnego głównego bohatera, ale ja nie rozumiem o co mu chodzi. Odreagowuje tragiczną historię rodziny? Nie sądzę. Bez przesady. To serio może być taka trauma trzy pokolenia dalej, dla 30-latka z NYC? Ale z drugiej strony, przyjechał na wycieczkę po obozach i pomnikach w Polsce, więc chyba trochę Eisenberg próbuje nam sugerować, że to jednak trauma. Chodzi o bliższą i bezpośrednio przeżytą śmierć ulubionej babci? No może. Albo o jakieś życiowe niepowodzenia? Znowu, scenarzysta zdaje się sugerować, że chodzi o wszystko po trochu, ale bardziej to wygląda, jakby nie wiedział co chce powiedzieć. Ten cień Holokaustu mógłby tu być w takim razie tłem dla bliższych, osobistych problemów. Ale po tych problemach Eisenberg się prześlizguje tylko. Mam wrażenie, że nie dlatego, żeby nie mówić pewnych rzeczy wprost i pozostać w strefie niedopowiedzeń. To znaczy pewnie taki był jego zamiar, ale mi to kompletnie nie działa. Sprawia raczej wrażenie nieumiejętnej subtelności. Szczególnie, że pewne kwestie są z kolei powiedziane zbyt dosłownie. Jednym słowem, moim zdaniem, film leży tam, gdzie go najbardziej chwalą, czyli w scenariuszu. Jakiś Alexander Payne czy nawet Noah Baumbach mógłby z tego pewnie zrobić inteligentną i przejmującą a jednocześnie zdystansowaną i zabawną rzecz. Eisenberg moim zdaniem kompletnie tego nie dźwignął i nie wiem czy bardziej ewidentne jest to tam, gdzie udaje, że się nie starał czy tam, gdzie się starał za bardzo. Polska jest pokazana w sumie sympatycznie, chociaż dosyć archaicznie. Podejrzewam, że nawet w Warszawie można trafić na taksówkę starego Mercedesa, ale jednak trochę to dziwnie wyglądało. O, dosyć zabawne jest męczenie w ścieżce dźwiękowej Chopina. Raz czy dwa na początku spoko, ale jest tego chyba za dużo. Nie potrafię rozstrzygnąć czy to ok - Eisenberg chciał na poważnie pojechać to czemu nie Chopin czy jednak trochę banałem zagrał. Poza tym na sam koniec jest trochę cebulacka scena z typowym Januszem, któremu syn musi tłumaczyć co bohaterowie robią na jego podwórku (odwiedzają dom, w którym mieszkała ich babcia) i który każe im zabrać kamienie, które chcieli zostawić na pamiątkę. Nie wiem, może film jest trochę o tym, że takich emocji, jakich bohaterowie spodziewali się po wycieczce nie da się wymusić, ale też mi to nie do końca gra. 4/10, może nawet 3/10. 07-01-2025, 15:12 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-01-2025, 15:21 przez PropJoe.)
Twisters z roku 2024, w reżyserii Lee Isaaca Chunga
To jest remake filmu Twisters z 1996, wiadomka. Tamten film w kinie, gdy miałem 16 lat, robił na mnie wrażenie. Powrót po latach zweryfikował niemal każdy aspekt tamtej produkcji i ocena spadla do 5/10 i to tak naciągane. Do remaku podchodziłem jak kot do jeża, no ale poszło i chyba dobrze zrobiłem. Ogólnie remake jest pozbawiony wad względem pierwowzoru: przerysowane postaci, odklejony i niepotrzebny humor, słabe efekty, polaryzacja postaci w grupach. Historia w tej nowszej odsłonie jest bardziej spójna, posiada o tonę lepsze efekty a lead role, czyli ta babka, zjada Paxtona na śniadanie. Tak więc, oglądało się z emocjami jako takimi i pewne zmiany względem oryginału w samej historii też na plus. Ogólnie, spoczko 7+/10 daję i raczej dołączy do kolekcji BD. Ale dubbing w tym filmie jest nieznośny. Masakra :(
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”
11-01-2025, 18:52
The Union z Marky Markiem i Halle Berry.
Szkoda, że taki samograj o nołnejmie, który zostaje wcielony do ekipy szpiegów aby uratować świat, potrafi był zniszczony przez jakikolwiek brak kreatywności. Tu było generalnie wszystko, aby był to jeden z fajniejszych buddy movie od czasu Nice Guys. Jest dość zabawna w założeniach postać Wahlberga (takiego Piotrusia Pana który w wieku 45 lat sypia z 15 lat starszą od siebie kobietą, byłą nauczycielką bohatera:)), jest Halle którą próbowano obrzydzić straszną fryzurą (ale Halle się broni, a w ostatniej scenie jest ogień). Jest J.K Simmons, który nie potrzebuje wiele linijek dialogowych, aby charyzmą kraść każdą scenę. Są ładne lokacje - Londyn, Chorwacja, trochę Włoch. No i co wyszło? Wyszedł totalny przeciętniak zrobiony od szablonu, który miałby zadatki na niezłą komedię gdyby ktoś piszący scenariusz nie okazał się totalnym bezbekiem. Żarty suchawe, intryga przewidywalna, akcja w Chorwacji nawet daje radę, tylko co z tego skoro nie ma to nawet kropli emocji i pomysłu na siebie. No i te wstrętne PG-13 - ludzie padają jak muchy, noże wbijane są w nogi, a ciosy na twarz lecą co kilka minut, ale oczywiście krwi zero. Gdyby ten film powstał jakieś 35 lat temu, a w roli głównej wystąpiłby Eddie Murphy to dzisiaj byłby uwielbianym B-klasowym hiciorem. Bo ktoś zrobiłby to 100 razy lepiej i śmieszniej. 3/10 (plus za scenę, gdy Wahlberg wsiada do nowego Range Rovera i myśli jak odpalić samochód:))
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
12-01-2025, 11:23 (26-01-2022, 21:40)Mefisto napisał(a):(26-01-2022, 21:00)OGPUEE napisał(a): Znak Zorro (1920) Jakiś czas temu pojawiła się odnowiona kopia z oryginalnego negatywu Fairbanksa. I na początku tego roku natrafiłem na nią na tubie: To przy okazji dzisiejszej krótkiej piłki... Więzień królewski (1937) - po dwóch latach nawrót do oglądania starych swashbucklerów w styczniu. Więcej intryg pałacowych niż pojedynków i pościgów, choć parę akcji, zwłaszcza w finale. Choć w finałowym pojedynkiem widać, że musieli ratować choreografią, bo główny aktor nie miał do czynienia z fechtunkiem. Colmana znam jedynie z Zaginionego horyzontu i z początku miałem wątpliwości czy nadaje się do tego gatunku. Z czasem kupiłem jego kreację i to, że żaden z niego atleta. Wszak jego bohater ma być everymanem, a nie jakimś muszkieterem. Douglas Fairbanks Jr. w nietypowej roli, bo w przeciwieństwie do ojca gra villaina. Przez to wypadł znakomicie jako śliski cwaniaczek i jest obok Colmana najjaśniejszym punktem. Inni aktorzy ujdą, ale kobiety znów są płaskie charakterologiczne i cierpią na typowe bolączki pretekstowych postaci kobiet z tamtego kina - końcowa rozmowa zawodzi tanim melodramatem. Co olśniewa to efekty specjalne - przede wszystkim zastanawia mnie, jak oni zrobili interakcję króla i Rassendylla. Podwójna ekspozycja czy sklejanie klatek rozumiem, ale jak zrobili scenę, gdy król i Rassendyll (grani przez tego samego aktora) podają sobie ręce? Wyobrażam jak to musiało powodować opad szczęki i dlatego tym bardziej powinno się doceniać filmy sprzed ery CGI (i za chwilę AI). 7/10 Więzień królewski (1952) - gdyby media społecznościowe i fora internetowe by istniały w latach 50., byłyby narzekania, że nic nie robią oryginalnego i tylko odcinają niewolniczo kupony po klasykach. Remake ma dokładnie te same ujęcia, te same dialogi i nawet jest ten sam kompozytor. No dobra, aktorzy wyglądają inaczej i scenografia inna. Ja bym to traktował do sztuki teatralnej wystawianej w różnych teatrach. Ten sam tekst do odegrania, ale z różnymi aktorami i wystrojem scenicznym. I wciąż robiły to dwie odmienne firmy. Stewart Granger odchodzi od colmanowego everymana i więcej ma popisów kaskaderskich - wszak miał doświadczenie w gatunku chociażby w Scaramouche’u (też mam na tegorocznej liście). Zresztą pewnie dlatego został obsadzony i stąd finałowy pojedynek jest bardziej efektowny. Co do reszty - Kerr grająca Flawię jest zdecydowanie lepszą aktorką i ma widoczniejszą chemię z partnerem obsadowym. Zapt w sumie ten sam, ale już aktor w roli von Tarlenheima gorszy od Nivena i momentami robi miny jak stereotypowy głupi trep. Mason nawet daje radę jako Hentzau, choć brak mu tego łotrzykowskiego sznytu Fairbanksa Jr. Też głowię się jak zrobili interakcje króla z Rassendyllem w niektórych scenach. Tu widać, że w scenach podwójnych Granger jako Rassendyll stoi przed tylną projekcją, ale pierwsza scena, gdzie ściskają ręce to musiała być wyższa półka. Jeśli jest jakiś making-off, to proszę podesłać, bo jestem ciekaw. Odnośnie przewagi technologicznej, filmowcy kręcili to na taśmie kolorowej, z czego robią mocny użytek. Prócz scenografii oko zachwycają kostiumy w postaci przeróżnych mundurów. Swoją drogą, momentami Granger w tym mundurze wygląda jak królewicz z disneyowskiego Kopciuszka. Z chęcią ujrzałbym to w odnowionej wersji, bo Blu-Ray do obu filmów nigdzie nie wyszedł. 7/10 14-01-2025, 00:55
Jest temat przecież:
https://forumkmf.pl/Thread-Nosferatu-re%C5%BC-Robert-Eggers--6447?pid=851500#pid851500 14-01-2025, 01:14 (14-01-2025, 00:55)OGPUEE napisał(a): Jakiś czas temu pojawiła się odnowiona kopia z oryginalnego negatywu Fairbanksa. I na początku tego roku natrafiłem na nią na tubie: Dziena! Dzienx! Dzki!
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings 14-01-2025, 03:11 (09-09-2020, 23:08)Pelivaron napisał(a): Sputnik (2020) Film spoko, zwłaszcza klimat, jedyna wada (ale przeszkadzająca, gdy się zwróci uwagę) to.. hmm... postacie, zachowanie, sposób myślenia itp są takie dość "amerykańskie" a nie "radzieckie". Zaczynając od tego że bohaterka to w sumie taka kobieca wersja Dr House. Ode mnie też 7/10. 14-01-2025, 04:10 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-01-2025, 04:12 przez Rozgdz.)
Wjechało ostatnio kilka filmów, trochę klasyki, trochę staroci i jedna nowość:
Babygirl - podoba mi się jak podsumował film Michał Oleszczyk na Filmwebie "żaden thriller erotyczny, to jest film oświatowy" i jest to sama prawda, bo to na dobrą sprawę prosta historyjka, ale opowiadająca o realnym problemie wielu ludzi, więc pewnie jeśli ktoś potrzebujący to obejrzy, to może mu się coś ułoży w głowie :P Podczas seansu bardzo mi się podobało i myślałem o wysokiej ocenie, ale wymiana opinii po wyjściu z kina, przemyślenie co tam zobaczyliśmy sprawiały, że z każdą chwilą widziałem coraz więcej wad i teraz to myślę o tym filmie właściwie tylko w kontekście tego ileż tam rzeczy pasowałoby zmienić, przemontować, aby wyszło z tego coś dobrego. Naciągane 6/10 mocno ciążące ku 5tce. The Girl Next Door - film z rodzaju tych o których słyszałem milion razy, a jakoś nigdy wcześniej nie widziałem. Podobało mi się :) Najbardziej to, że nikt tutaj nikogo nie oszukuje i nie próbuje robić przewrotek, tylko jest to właściwie od początku do końca konwencja nastoletniej fantazji z wszystkimi tego konsekwencjami. Jest to porządnie zrobione, zmontowane, w wielu momentach jest autentycznie zabawnie, do tego kapitalna obsada (pewnie mało kto 20 lat temu sądził, że Paul Dano, Hirsch i Olyphant zrobią solidne kariery, a dla Elishy Cuthbert nie będzie to żadna trampolina, tylko właściwie szczyt jej dorobku), no po prostu miło spędzony czas. Solidne 6/10 Married to the Mob - nadrabiam filmografię Demmego i ciekawie jest porównać ten film do poprzedniego, wybitnego Something Wild: niby czuć, że to podobny temperament reżysera, podobne pomysły, czasami jak zagra dobra muzyka i wleci jakiś dobry dialog, to można się łudzić, że będzie tak samo dobrze, ale niestety scenariusz tutaj leży, brakuje jakiejś spójności i solidnego przemyślenia o czym i jaki to ma to być film, a nie pomaga też tragiczna postać żony gangstera, która wygląda jakby urwała się z jakiejś telenoweli. Szkoda, bo mogło być o wiele lepiej, również 6/10 Peggy Sue Got Married - ładne i mądre, Coppolla bez jakichś wielkich ambicji, a wyszedł bardzo fajny film. Bardzo podoba mi się całe zachowanie Peggy Sue po przenosinach w czasie - solidnie rozśmieszyły mnie jej pierwsze reakcje i przyzwyczajenia z dorosłego życia jak nalanie sobie drinka po powrocie ze szkoły, bo miała ciężki dzień :D Świetnie jest pokazane to, że przy powrocie do czasów licealnych pomimo nabranego doświadczenia życie wcale nie jest łatwiejsze, bo dojrzałości nikt nie doceni, a sentymentalizm odczyta jako dziecinność, w ogóle podobała mi się cała fabuła i ten wniosek, że błędów z przeszłości nie sposób cofnąć, ale można wyciągać z nich wnioski. 7/10 Death on the Nile - przepadam za tymi starymi ekranizacjami kryminałów Christie, za samą stylówę mają ode mnie parę punktów :) Pierwszy raz oglądałem tę historię znając rozwiązanie (bo widziałem niedawną wersję Branagha), więc mogłem śledzić czy reżyser jest uczciwy wobec widzów, czy może coś ukrywa i muszę przyznać, że jest w porządku i na upartego możnaby samemu rozwikłać zagadkę morderstwa. Przyjemny seans, dam 7/10 14-01-2025, 10:25 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-01-2025, 10:25 przez simek.) (14-01-2025, 01:14)PropJoe napisał(a): Jest temat przecież:Dziękować: przeniosłem tam komentarz, a tutaj skasowałem. Enviado desde mi RMX3363 mediante Tapatalk
"Rząd nie jest dla nas rozwiązaniem, jest dla nas problemem." Ronald Reagan
14-01-2025, 13:19 ![]() Lost Boys (1987) Na pewno widziałem w czasach VHSów kilka razy. Możliwe, że pozniej ze 2 w TV. Czyli to będzie jakieś 30 lat temu. Obawiałem się powtórki ale jest DOBRZE. Cudowny ma to klimat + zdjęcia + muza. Trochę staje się kiczowate pd drugiej połowy ale luz. LEPSZE niż "Near Dark" a od "Fright Night" to już w ogole. Myślę, że 7+/10 spokojnie i topka filmów o wampirach. Lost Boys: The Tribe (2008) Tak. To jest tak marne jak pisują. Postanowiłem się przekonać. Widać, że przerobiony klocek napisany na kolanie. Jakiś KURVA DAŁN wpadł na pomysł, żeby film o surferach w nadmorskim miasteczku WYPRAĆ CAŁKOWICIE z KOLORÓW. Kurva tak. Szary, wyblakły film kręcony chyba cyfrą. Do tego scenarzyści mają wyjebane na zasady z poprzedniego filmu. Ciekawostką jest, że gra tu półbrat Kiefera, za chuja niepodobny. No i Haim zalicza tak chujowe mikrocameo, że kurva chuj. Ale są cycki. A... Savini ma takie se cameo też. 3/10 Trójkę odpuszczam bo jak przeczytałem o czym to jest to... to już totalna masakra.
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man. 16-01-2025, 00:56 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-01-2025, 00:59 przez shamar.) (07-01-2025, 15:12)PropJoe napisał(a): A Real Pain 4/10, może nawet 3/10.Ostra opinia, wg mnie trochę zbyt ostra. Obejrzałem wczoraj i muszę się przyznać, że podczas seansu miałem opinię, że noo, sympatyczne toto, ale trochę sztywne i puste, oprócz kilku rantów postaci Culkina to nic tam nie ma. Później odpaliłem Spoilermastera, gdzie Oleszczyk uważa film Eisenberga za kapitalny, posłuchałem chłopa i z wieloma rzeczami muszę się z nim zgodzić i przyznać, że film jest lepszy niż mi się wydawało :P On oczywiście (jak to on) w wielu obszarach przesadza i nadinterpretuje, ale w wielu innych ma rację i zwrócił mi uwagę na rzeczy, których nie dostrzegłem od razu. Posłuchaj sobie tego odcinka i zwróć uwagę na przykład na interpretację sceny ze starym Polakiem i jego synem - jest to dobrze przemyślane i pokazane i bynajmniej nie jest tak jak ty piszesz, że to po prostu cebulacka scena z typowym Januszem. Teraz jestem rozdarty co do oceny, bo jak pomyślę o wadach i bezjajeczności filmu, to skłaniam się ku niskim ocenom w okolicach 4, ale później przypominam sobie dobre sceny, aktorstwo, czy ogólnie elegancję, subtelność scenariusza i myślę sobie, że kurde dobry film i należy się 6 albo 7 :P Cytat:Film w pewnym momencie czyni z niego emocjonalnego głównego bohatera, ale ja nie rozumiem o co mu chodzi. Odreagowuje tragiczną historię rodziny? Nie sądzę. Bez przesady. To serio może być taka trauma trzy pokolenia dalej, dla 30-latka z NYC? Ale z drugiej strony, przyjechał na wycieczkę po obozach i pomnikach w Polsce, więc chyba trochę Eisenberg próbuje nam sugerować, że to jednak trauma.Nieee, wg mnie film nigdzie nie sugeruje, żeby pokoleniowa trauma miała być jego życiowym problemem. Kluczem są przytoczone przez Eisenberga słowa babci, że pierwsze pokolenie migrantów zapierdala na taryfie, czy w kuchni po to, aby drugie pokolenie mogło zostać prawnikami i lekarzami, a później urodzone w luksusie trzecie pokolenie kończy mieszkając w piwnicy u matki i zajmując się paleniem zioła - taki jest Benji i jego smutek nie musi mieć żadnej innej, konkretniejszej przyczyny niż to, że po prostu w takich warunkach się urodził i wpasowuje się w schemat. Cytat:Culkina, który to gra po prostu trochę grzeczniejszą i bardziej obnażoną wersję Romana z Sukcesji. Trochę to będzie chyba przypadek Waltza po Ingrourious, który kolejne role grał podobnie, w pierwszej się sprawdził znakomicie, później już to miało dużo mniej sensu. Culkina lubię, ale znowu - on tu jest w dużej mierze sobą.Widzę inną analogię, mianowicie do McConaugheya, który po zagraniu wybitnej roli w Detektywie, za którą oczywiście nie mógł dostać Oscara, bo to serial, to w ramach docenienia dostał tego Oscara po prostu za pierwszy lepszy film w którym zagrał dobrze. Tutaj Culkin nie mógł dostać za Sukcesję, to damy mu statuetkę za pierwszą filmową rolę, gdzie będzie podobny i zagra dobrze. A że przy okazji to film o Holokauście, to mamy bingo i chłop może już szykować miejsce na kominku na nagrodę :P Rola oczywiście jest dobra, gorsze już dostawały Oscara za drugi plan, więc ja się tam nawet ucieszę, gdy tak się ostatecznie stanie. Inna kwestia, że to jest rola pierwszoplanowa, ale żeby zwiększyć szansę na nagrody, to zgłoszona jako drugi plan :P 17-01-2025, 10:40 (17-01-2025, 10:40)simek napisał(a): Posłuchaj sobie tego odcinka i zwróć uwagę na przykład na interpretację sceny ze starym Polakiem i jego synem - jest to dobrze przemyślane i pokazane i bynajmniej nie jest tak jak ty piszesz, że to po prostu cebulacka scena z typowym Januszem.Ok, może się źle wyraziłem albo chciałem iść na skróty albo być zbyt stanowczy, bo mnie ogólnie film trochę zirytował nawet. Ale co? Chodzi o to, że w tej scenie Eisenberg pokazuje, że oni oczekiwali wielkich emocji w kulminacyjnym punkcie filmu/wycieczki a rzeczywistość jest banalna i czym więcej oczekujesz wzruszeń, tym więcej dostajesz niedokończonego styropianiu na domu Janusza, który każe ci zabrać te kamienie, żeby się sąsiadka nie wywaliła? Jeśli tak, to spoko, ale nie wiem czy jakoś subtelniej i z większym dystansem nie dałoby się tego zrobić. Bo ja właśnie nie widzę tej subtelności scenariusz, wręcz przeciwnie. Nie śmieszył cię ogólnie ten cały zestaw postaci i ta wycieczka? Od początku miałem taką myśl i może to też jest jakiś klucz do mojego rozczarowania. Polska jest pokazana sympatycznie - chociaż te puste ulice i mercedes taksówka trochę dziwne - bynajmniej nie cebulacko, ale może mój ograniczony umysł nie potrafi tego jakoś przetworzyć wspólnie z tym scenariuszem i typem opowieści. Może to jest dla mnie jakiś problem poznawczy. Nie kupuję tych postaci, ich emocji i "przygód" - dla mnie dosyć abstrakcyjnych, mało uniwersalnych - w tak znanym mi i realistycznym otoczeniu. Nie wiem, z braku lepszego porównania, ale przywołaliśmy tu wczoraj Before... - może gdybym był paryżaninem, trudniej byłoby mi kupić taki oparty na dialogach i emocjach scenariusz. Chociaż mam nadzieję, że zgadzamy się, że jakościowo nie ma co nawet porównywać. W każdym razie zakładam jakiś dziwny problem ze mną, ale też trzymam się tego, że jest tu sporo banału i więcej chęci niż scenariopisarskich możliwości. Ale posłucham też Oleszczyka chętnie. Też dlatego, że widzę przecież zachwyty ze wszystkich stron i jestem zaskoczony, że moja ocena tak rozjeżdża się... pal licho, że z ocenami krytyków, ale że z Twoją?! :P 17-01-2025, 11:36 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-01-2025, 11:39 przez PropJoe.) (17-01-2025, 11:36)PropJoe napisał(a):Niee, chodzi o coś innego: Janusz ich tam jebie po polsku, bo jako stare pokolenie widzi kręcących się przy kamienicach żydów, to od razu myśli, że będą problemy i lepiej ich przepędzić jak najszybciej, a wychodzi synek, czyli nowe pokolenie, który nie dość, że zna angielski, to jeszcze umie w dyplomację, bo jest wobec Amerykanów o wiele milszy, nie tłumaczy słów ojca dokładnie, tylko wygładza przekaz i próbuje dodawać od siebie coś, co załagodzi konflikt i że to niby taka subtelna metafora stosunków Polsko-Żydowskich, że owszem, kiedyś była wrogość i brak zaufania, ale kolejne pokolenie jest nastawione lepiej, Polska jest już częścią Zachodu i potrafimy się dogadać.(17-01-2025, 10:40)simek napisał(a): Posłuchaj sobie tego odcinka i zwróć uwagę na przykład na interpretację sceny ze starym Polakiem i jego synem - jest to dobrze przemyślane i pokazane i bynajmniej nie jest tak jak ty piszesz, że to po prostu cebulacka scena z typowym Januszem.Ale co? Chodzi o to, że w tej scenie Eisenberg pokazuje, że oni oczekiwali wielkich emocji w kulminacyjnym punkcie filmu/wycieczki a rzeczywistość jest banalna i czym więcej oczekujesz wzruszeń, tym więcej dostajesz niedokończonego styropianiu na domu Janusza, który każe ci zabrać te kamienie, żeby się sąsiadka nie wywaliła? Sam oceń czy to nadinterpretacja, ale dla mnie coś w tym może być :P Cytat:Nie śmieszył cię ogólnie ten cały zestaw postaci i ta wycieczka?Śmieszył, bo to na pierwszym miejscu jest komedia :) Przecież ten przechrzczony murzyn z założenia jest absurdalną postacią przy której przedstawieniu można parsknąć śmiechem, chociaż potem w filmie jest normalny i nie ma żadnego pajacowania. Cytat:Ale posłucham też Oleszczyka chętnie. Też dlatego, że widzę przecież zachwyty ze wszystkich stron i jestem zaskoczony, że moja ocena tak rozjeżdża się... pal licho, że z ocenami krytyków, ale że z Twoją?! :PNie wiem czy się tak bardzo rozjeżdża, przecież ja jestem daleki od zachwytów i nawet jeśli miejscami mi się podobało, to tylko trochę :P 17-01-2025, 12:34 (14-01-2025, 10:25)simek napisał(a): Babygirl - podoba mi się jak podsumował film Michał Oleszczyk na Filmwebie "żaden thriller erotyczny, to jest film oświatowy" i jest to sama prawda, bo to na dobrą sprawę prosta historyjka, ale opowiadająca o realnym problemie wielu ludzi, więc pewnie jeśli ktoś potrzebujący to obejrzy, to może mu się coś ułoży w głowie :P Podczas seansu bardzo mi się podobało i myślałem o wysokiej ocenie, ale wymiana opinii po wyjściu z kina, przemyślenie co tam zobaczyliśmy sprawiały, że z każdą chwilą widziałem coraz więcej wad i teraz to myślę o tym filmie właściwie tylko w kontekście tego ileż tam rzeczy pasowałoby zmienić, przemontować, aby wyszło z tego coś dobrego. Naciągane 6/10 mocno ciążące ku 5tce. Ja byłem wczoraj w kinie i jeśli to ma być "hottest movie" sezonu to ja podziękuję bardzo. Jak na hot kino to jest to naprawdę zimny seans. Erotyk z tego żaden, a już tym bardziej thriller. Jak na dramat psychologiczny, to też było to strasznie letnie. Romans? Bardzo słabiutki, może gdyby wybrali innego aktora byłoby lepiej, bo Dickinson jest totalnym niewypałem - zero ekranowej chemii, zero jakiejś fajnej dynamiki między duetem aktorskim, wszystko jakieś takie mechaniczne, bez emocji. Jeszcze mężą rogacza gra Antonio Banderas, lol. Chyba jakiś żart ze strony pani reżyser :) Generalnie uważam, że zwiastun jest jakieś 100 razy lepszy od produktu finalnego. Sprzedaje nam odważny erotyczny thiller/romans pełen niebezpiecznego napięcia, ale niestety jak już siadamy przed ekranem to dostajemy nudne flaki z olejem, z nudnymi i niekiedy wręcz krindżowymi scenami erotycznymi (chociaż to był pewnie zamysł reżyserki taki, niestety był on chujowy i wypadł słabo). Szkoda bo potencjał był naprawdę niezły, ale wyszedł film, któremu blizej do jakiejś fantazji niedoruchanej grażyny (Simek użyłeś cytatu Oleszczyka z FW, a ja użyję Bartka Czartoryskiego, również z FW: "Nicole Kinkman i czara mleka, czyli tak wyobrażam sobie film o związkowym imperatywie komunikacji nakręcony przez kogoś, kto chyba nigdy nie uprawiał seksu."). "Babygirl" można stawiać na tej samej półce do cykl o Greyu czy 365 dni - to jest ten poziom. Gdyby nie Nicole Kidman w obsadzie i genialny zwiastun, który oszukuje to nikt by o tym filmie nie mówił. 4/10
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
17-01-2025, 14:39
Zwiastunu nie widziałem, więc nie mam porównania.
(17-01-2025, 14:39)Pelivaron napisał(a): Romans? Bardzo słabiutki, może gdyby wybrali innego aktora byłoby lepiej, bo Dickinson jest totalnym niewypałem - zero ekranowej chemii, zero jakiejś fajnej dynamiki między duetem aktorskim, wszystko jakieś takie mechaniczne, bez emocji. Jeszcze mężą rogacza gra Antonio Banderas, lol.Mam inne zdanie: ten aktor świetnie nadawał się na postać, którą odgrywa, czyli nie żadnego stereotypowo pięknego, romantycznego amanta do którego wzdychają kury domowe, tylko właśnie takiego chłopka-roztropka, niezłego, ale niezbyt przystojnego, który nawet ubiera się dosyć średnio, żeby nie powiedzieć prostacko, ale w kluczowym momencie potrafiącego pokazać pewność siebie, czy śmiałość przekraczającą granice - według mnie świetnie jest pokazane to, że panią prezes prędzej podnieci facet po którym nie spodziewała się takich pokładów dominacji, niż teoretycznie o wiele fajniejszy, spełniony artysta o wysokiej pozycji społecznej Banderas, którego ma w domu. Inna kwestia, że postać Banderasa jest fatalnie napisana i zagrana, no ale wiadomo jaką on rolę ma w tej historii odegrać. Dla mnie to jednak jest półka wyżej niż Grey czy 365 dni. O ile oczywiście dopuszczamy istnienie większe liczby półek niż trzy :P 17-01-2025, 14:56
Byłem dzisiaj w kinie na "Wolf Man" i kurka, jestem ukonentowany, aczkolwiek pewnie sporo ludzi będzie ten film hejtować.
Podoba mi się podejście Leigha Whannella do tego uniwersum potworów. Co prawda uważam Niewidzialnego człowieka za lepszy i bardziej ciekawy film (muszę swoją drogą zrobic powtórkę), to nie mniej doceniam Whannella za powiew świeżości w tych historiach, a nie klepanie ciągle tego samego. Fajnie, że wrzuca tutaj jakąś głębie do tematu - tym razem związaną z byciem rodzicem. Nawet jeśli główny bohater popełnia bład jako rodzic to jest tego świadomy i wie jakie konsekwencje może to za sobą nieść. Ba, nawet mówi to swojej córce w jednej ze scen. Nie jest to jakiś niewiadomo jaki straszak, ale ma swoje momenty. Nie jestem zbyt wielkim fanem Christophera Abbotta (w Kravenie był przekomiczny), ale tutaj dał radę, nie przeszkadzał :) Generalnie nie żałuję wyjścią do kina. 5-6/10 :)
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
17-01-2025, 19:34 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-01-2025, 19:34 przez Pelivaron.) Cytat:A skąd on wie, że to żydzi? Mówią o tym od razu a syn tłumaczy ojcu, że to żydzi? Czy uznają, że każdy obcy wchodzący na podwórko to żyd? :D(17-01-2025, 12:34)simek napisał(a): Ale co? Chodzi o to, że w tej scenie Eisenberg pokazuje, że oni oczekiwali wielkich emocji w kulminacyjnym punkcie filmu/wycieczki a rzeczywistość jest banalna i czym więcej oczekujesz wzruszeń, tym więcej dostajesz niedokończonego styropianiu na domu Janusza, który każe ci zabrać te kamienie, żeby się sąsiadka nie wywaliła?Niee, chodzi o coś innego: Janusz ich tam jebie po polsku, bo jako stare pokolenie widzi kręcących się przy kamienicach żydów to od razu myśli, że będą problemy i lepiej ich przepędzić jak najszybciej (...) Cytat:a wychodzi synek, czyli nowe pokolenie, który nie dość, że zna angielski, to jeszcze umie w dyplomację, bo jest wobec Amerykanów o wiele milszy, nie tłumaczy słów ojca dokładnie, tylko wygładza przekaz i próbuje dodawać od siebie coś, co załagodzi konfliktMi to raczej wyglądało na takie typowe, może owszem pokoleniowe, łagodzenie przekazu przez młodego. Sam bym się pewnie tak zachował, gdyby stary mruczał pod nosem a bym widział, że nie ma o co się czepiać. Raczej naturalny mechanizm, bez względu na to czy to Amerykanie, czy żydzi... Działa nawet na przykład z dziećmi - dziecko jest bezpośrednie i dosadne, ale rodzic będzie przed obcymi raczej łagodził przekaz. I w żadnym z tych przypadków nie musi to oznaczać przesadnego uniżania się... A nie, że to: Cytat:(...) niby taka subtelna metafora stosunków Polsko-Żydowskich, że owszem, kiedyś była wrogość i brak zaufania, ale kolejne pokolenie jest nastawione lepiej, Polska jest już częścią Zachodu i potrafimy się dogadać.No bardzo subtelna. :D Tak subtelna, że ja jej tu nie widzę, ale może prostak ze mnie. Cytat:Sam oceń czy to nadinterpretacja, ale dla mnie coś w tym może być :POceniam: nadinterpretacja. W dodatku gorsza od mojej. :P Cytat:No ale pytałem o niezamierzone rozśmieszanie, bo u mnie w tym przypadku tak właśnie było. No i chwila, chwila... jeśli przechrzczony murzyn był specjalnie taki absurdalny to nie wkładajmy mu później w usta tych pompatycznych dialogów o wierze, życiu itd. No albo albo. Ja nie mówię, że to musi być od razu Monty Python, ale ja w tych postaciach, niemal bez wyjątku, przynajmniej tych towarzyszy podróży (swoją drogą tak sobie w ogóle potrzebnych w filmie - chętniej chyba zobaczyłbym samotną podróż dwóch kuzynów i więcej ich spotkań z ludźmi) widzę więcej kija w dupie i banałów niż mrugnięcia okiem i zamierzonej ironii czy dystansu.Cytat:Nie śmieszył cię ogólnie ten cały zestaw postaci i ta wycieczka?Śmieszył, bo to na pierwszym miejscu jest komedia :) Przecież ten przechrzczony murzyn z założenia jest absurdalną postacią przy której przedstawieniu można parsknąć śmiechem, chociaż potem w filmie jest normalny i nie ma żadnego pajacowania. Jedyna scena, która autentycznie mnie rozśmieszyła i była całkiem zgrabna i oryginalna to ta z pomnikiem, od absurdu z lekkim bluźnierstwem, przez "teambuilding" po bolesną dla Davida puentę. 17-01-2025, 19:59 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17-01-2025, 20:20 przez PropJoe.)
A Complete Unknown
Solidne to było. Film, który nadaje się przede wszystkim... do słuchania. Gdyby wyjąć momenty, kiedy aktorzy śpiewają, to tak na dobrą sprawę dostajemy snującego się po ekranie gbura jarającego fajkę za fajką. No, ale jednak te piosenki robią całą magię A Complete Unknown, dzięki czemu oglądało się to bardzo przyjemnie. I nie jest to taka stricte biografia prezentująca nam życiorys Dylana - to jest bardziej film-pomnik dla artysty (ale żadna tam laurka - Dylan ma wybujałe ego, zdradza partnerke, itd itp), aniżeli opowieść o człowieku. Chalamet jest super w tej roli i może nawet zasługuje na Oscara, ale niestety nie w sezonie, gdy obok ma spektakularnego Brody'ego. Wychwalany za swoją rolę jest też Norton, ale cholera - dla mnie na drugim planiem złodziejem scen był Boyd Holbrook jako Johnny Cash! Gościa nie da się poznać, charakteryzacja kapitalna. 7/10
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
18-01-2025, 19:05 |
| Podobne wątki | |||||
| Wątek: | Autor | Odpowiedzi: | Wyświetleń: | Ostatni post | |
| ALARM! NADCHODZI KOLEJNY REMAKE! czyli wszystko o remake'ach | Mierzwiak | 1,244 | 243,065 |
14-04-2026, 18:15 Ostatni post: shamar |
|
| Pętla czasowa czyli motyw dnia świstaka w filmach | Craven | 91 | 23,802 |
07-08-2025, 14:13 Ostatni post: shamar |
|
| Prekognicja, czyli oceń film, który zaraz obejrzysz | military | 77 | 28,213 |
04-03-2017, 00:43 Ostatni post: Juby |
|
| Dłuższa piłka, czyli coś dla kino maniaków od kino maniaków | wika | 3 | 4,447 |
02-12-2013, 19:10 Ostatni post: Bucho |
|
| Prawdziwy film, czyli istota kina | Bodzio | 22 | 8,744 |
07-08-2011, 20:23 Ostatni post: MauZ |
|
| Starocie filmowe, czyli trochę klasyki | Eorath | 44 | 17,361 |
20-12-2010, 19:03 Ostatni post: szopman |
|
| Krótka piłka, czyli mini-recenzje | military | 6,447 | 721,976 |
11-04-2009, 16:35 Ostatni post: Negrin |
|
| Parada banału, czyli wpływ formy filmu na odbiór fabuły;) | Mental | 167 | 31,193 |
26-03-2008, 09:55 Ostatni post: D'mooN |
|
| [oddzielony] Krótka piłka, czyli mini-recenzje | 0 | 326 |
Mniej niż 1 minutę temu Ostatni post: |
||
| Użytkownicy przeglądający ten wątek: |
| 2 gości |

![[Obrazek: i-lost-boys-dvd.jpg]](https://image.ceneostatic.pl/data/products/65478716/i-lost-boys-dvd.jpg)





