02-03-2026, 23:58
|
Krótka piłka, czyli mini-recenzje
|
|
Wiem, że miniserie nie miały wchodzić w grę, ale to była chyba produkcja z najmocniejszą obsadą (jeśli chodzi o nazwiska) od HBO. 2003 rok.
(02-03-2026, 19:25)simek napisał(a): Panowie, no możecie się kłóci o definicje, ale nie zmienia to faktu, że dopiero od kilkunastu lat jest tak, że pierwszoligowa gwiazda zgadza się zagrać pierwszy, czy drugi plan w zwykłym serialu. Nawet ten Sheen w West Wing jest kiepskim przypadkiem, bo kim właściwie gość był w 1999? Zagrał dwie dekady wcześniej w Czasie Apokalipsy i ćwierć wieku wcześniej u Malicka (którego status też był zupełnie inny niż teraz), w życiu nie dostał nominacji do Oscara czy chociażby Globa - no ni chuja nie była to pierwszoligowa gwiazda.Ekhem, ale ten podany przeze mnie Sheen to właśnie na poparcie ogólnej tezy, że kiedyś gwiazdy kina w telewizyjnych tasiemcach nie grały :D Bo szukasz i szukasz i szukasz i znajdujesz Martina Sheena, a nie Harrisona Forda czy w jego prajm tajmie.
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...
03-03-2026, 01:05
Poza mini-seriami i jakimis specjalami tradycja bylo, ze telewizja to medium dla gwiazd z nizszej polki i ewentualnie tych juz mocno przebrzmialych, ktore kurczowo trzymaja sie tych resztek slawy.
Telewizja to po prostu nie bylo to. I gdzies w latach 2000 (w 90 w sumie - Friends) wraz z HBO, a potem innymi zaczelo sie to zmieniac. Coraz wiecej goscinnych wystepow, wiekszych rol, w coraz lepiej pisanych seriach, gwiazdy tv porownywalne do tych z ekranow kin, to samo sie tyczy jakosci samych produkcjj i jestesmy tu gdzie jestesmy. Mefi jak to Mefi, przekorny dla samej zasady i do bolu, ale tu naprawde nie ma w zasadzie o czym dyskutowac.
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.
03-03-2026, 01:13 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03-03-2026, 01:15 przez Bucho.) (03-03-2026, 01:05)Dr Strangelove napisał(a): Ekhem, ale ten podany przeze mnie Sheen to właśnie na poparcie ogólnej tezy, że kiedyś gwiazdy kina w telewizyjnych tasiemcach nie grały :D Czyli Martin Sheen nie był gwiazdą kina? Ani Roy Scheider? Obsada Dynastii pewnie też nie? (02-03-2026, 23:14)simek napisał(a): I w tej złotej erze HBO na początku wieku to które duże gwiazdy filmowe (mogą być nawet przebrzmiałe jak Hoffman i Hopkins) brały udział? Tak, brały - już Ci zresztą odpowiedziano. (02-03-2026, 21:10)michax napisał(a): Chodziło mi o seriale w ktorych gwiazdy kina z lat 80 i lat 90 grały główne role, a nie epizody czyli pojawialy się na parę minut w odcinku albo jeden cały odcinek zagrały. No przecież dokładnie taka sytuacja ma miejsce w Fallen Angels. Już nawet nie wspominam o tym, że patrzysz na tamtą obsadę przez obecny pryzmat, tymczasem w 93 roku, gros tej imponującej stawki to były albo nonamy albo już rozpoznawalne twarze, ale jeszcze nie gwiazdy. (03-03-2026, 01:13)Bucho napisał(a): Mefi jak to Mefi, przekorny dla samej zasady i do bolu, ale tu naprawde nie ma w zasadzie o czym dyskutowac. Mam już szczerze dość uwag odnośnie mojej osoby, więc dajcie sobie na wstrzymanie. Dwa razy zacytowałem zdanie, do którego piłem, a które jest fałszem biorąc pod uwagę historię ówczesnej telewizji. Ale wijcie się dalej. Bo w jednym poście może być miniseria, ale w kolejnym nie. Raz występ legend we współczesnych serialach to dowód na ich wyższość, ale w przeszłości podobne występy na małym ekranie już się nie liczą, bo "nie był w prajmie". Tylko, że jak ktoś jest A-klasową gwiazdą kina w prajmie, to z reguły zwyczajnie nie ma czasu na występy telewizyjne, bo zajęty jest kręceniem filmów i wypełnianiem kontraktów, a nie dlatego, że telewizja uwłacza.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings 03-03-2026, 04:29 (03-03-2026, 04:29)Mefisto napisał(a):Nie byli wielkimi gwiazdami kina.(03-03-2026, 01:05)Dr Strangelove napisał(a): Ekhem, ale ten podany przeze mnie Sheen to właśnie na poparcie ogólnej tezy, że kiedyś gwiazdy kina w telewizyjnych tasiemcach nie grały :D Słuchaj Mefisto. Albo zresztą...
Zabili Pana Jezusa i wyłączyli komentarze...
03-03-2026, 09:17
Panowie - przeniesieście tę gorącą dyskusję do odpowiedniego tematu. Którego? Nie wiem.
Może tutaj -> https://forumkmf.pl/Thread-To-on-w-tym-wyst%C4%99powa%C5%82--4483?pid=882927#pid882927
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
03-03-2026, 09:40 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03-03-2026, 09:41 przez Pelivaron.) Anaconda (2025) Nie wiem kto wpadł na pomysl takiego scenariusza. Tym bardziej, że moze sie to udać. A juz totalnie, że warto bylo wylożyć 45 melonow. To jest w założeniu meta-sreta komedia przygodowa. Ale nic tu wlasciwie nie dziala. Ani przygoda, ani komedia. Wyjątkowo NUŻĄCA rzecz. Chcialem temu dać 3/10 ale przypomnialem sobie, ze tyle dalem ostatnio "Scream 7", ktory mimo, że kiepski to ogladalo sie lepiej. "OK, niech by bylo i 3/10" myslę, "inne gatunki przecie". Ale wtedy wjechał "żart" z SIKANIEM. To rozwialo watpliwosci. Sprawdzilem box i maly szox. Film zrobił 132 melony. 2+/10
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man. 03-03-2026, 10:30 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03-03-2026, 10:30 przez shamar.) (03-03-2026, 09:17)Dr Strangelove napisał(a): Nie byli wielkimi gwiazdami kina. Nie byli/nie są nimi także Ed Harris, Jude Law, Woody Harrelson czy ta kosmos obsada z Fallen Angels. Handluj z tym. Bo albo uznamy, że przed 2010 rokiem głośne i uznane nazwiska pojawiały się w TV i nie było to nic niespotykanego, nawet jeśli miało to miejsce rzadziej i cieszyło się mniejszą estymą niż obecnie (bo w tv mniej się inwestowało pod tym względem, także budżetowo). Albo de facto nic się nie zmieniło i głośne, uznane nazwiska w TV pojawiają się w momencie, gdy stają się w kinie przebrzmiałe i po prajmie. No chyba, że Cruise, Pitt, Robbie, Chalamet, Gosling grają obecnie w jakichś tasiemcach, a ja nic nie wiem (to tak względem użycia tego Forda w starciu z Sheenem) :) Poza tym tak - dyskusję można przenieść, najlepiej do działu seriali po prostu.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings 03-03-2026, 17:28
Mam deja vu :D Cała dyskusja w takim razie sprowadza się w gruncie rzeczy do klasyfikacji aktorów do poszczególnych klas - kto jest, kto był i kiedy na samym topie, kto jest prawie na szycie, kto dopiero puka do pierwszej ligi, a kto kiedyś był na szczycie, ale już tylko odcina kupony i gra w byle gównie :)
03-03-2026, 18:15
Król i ja (1956) - od lat się przymierzałem i wreszcie mam za sobą. Jak na musical to są gigantyczne przerwy między piosenkami i tych w sumie nie musiało być. Pewnie dzisiaj ktoś napisze o kolonialnej perspektywie, ale ignorant nie wyczułem tego. Faktycznie Mongkut jest oczytany i każe słuchać się zagranicznych nauczycieli, nawet jeśli mówią nieprawdopodobne rzeczy. A także logiczny, bo wg niego Mojżesz (patrząc na obsadę, to znów jako ignorant stwierdzam, że to pstryk w Dziesięcioro przykazań :)) to głupek, bo myślał, że w 6 dni świat się utworzył, gdy takie coś zajmuje wieki. I często Anna przegrywa z jego impertynencją i długo, długo się nie dogadują. I też nie ma zabawy w romans, i jakimś uczuciu można mówić w samej końcówce i to też niejednoznacznie, bo wciąż można mówić o przyjaźni dwojgu. Zresztą jak ktoś chce jawny wątek miłosny, to będzie usatysfakcjonowany, bo otrzyma cukierkowy romans Tuptim i Lun Tha z ich wersją Na dłużej niż na zawsze (i na plus brak happy endu). Sporo też komizmu związanego z różnicami kulturowymi (np. jak Anna ma wypisanego focha, gdy proszą Buddę, by błogosławił tę niegodną chrześcijankę :)). Czy interpretacja Chaty wuja Toma chamsko przedstawia sytuację Tuptim w Syjamie :).
Najjaśniej aktorsko wypada król Syjamu o dość silnej osobowości. Także jest surowy i wymagający posłuchu, ale z drugie strony nie jest przemocowy. I też każde z dzieciaków ma inny charakter i reakcje adekwatne do wieku, co widać po różnych mowach ciał podczas prezentacji Annie. A ich ojciec często reaguje z dziecięcą naiwnością czy radością, co kontrastuje z innymi rolami Brynnera. BTW nigdy nie potrafiłem zarejestrować śpiewającego Brynnera, którego kojarzę bardziej z ról stoickich badassów (Mongkut też takowym jest, bo nawet na łożu śmierci to chad). Wiem, że Yul grał Mongkuta w oryginalnym musicalu i dobrze śpiewa, ale i tak mi ciężko to zarejestrować. Nie ustępuje ,i na krok również Kerr próbująca ogarnąć co niektórych nadprogramowych uczniów (i ta jej mina, gdy Mongkut mówi, że będzie musiała nauczyć jeszcze 67 dzieci nałożnic :D). I pierwszy raz zwracam na to jak ktoś odgrywa scenę płaczu i Kerr wypadła tu bardzo naturalnie. Dopieszczona scenografia i nieliczne sceny w plenerze robią niesamowite wrażenie. Podobnie feria kostiumów i statuetki w kategoriach technicznych zasłużone. Ogólnie w 1956 roku oscarowe nominacje do scenografii i kostiumów były bardzo silne. Ale co mnie osobiście odrzuca, to yellowface. Oczywiście wiem, że wtedy Hollywood był jaki był, a całość idzie pod teatr, ale już mogli by dać jakaś charakteryzację, nie mówiąc że jednak odwzorowują realia XIX-wiecznego Syjamu, a inscenizacja Chaty wuja Toma też wiarygodnie pokazuje, jakby ją przedstawił tajski tradycyjny teatr. Przy czym yellowface dotyczy tych najbardziej wiodących ról i trzeba przyznać, że większość żon i dzieci, w tym następca tronu, są żółtej rasy (nie mówiąc o extrach). Rok 1956 udowodnił po raz kolejny, że był to dobry rok Oscarowy. 8/10 Król i ja (1999) - czemu ja to sobie robię? Internetowi recenzenci przestrzegali przed tym, a sami spadkobiercy Rodgersa i Hammersteina byli tak zniesmaczeni efektem końcowym, iż zrezygnowali z planów animowanej Oklahomy i dali bana na rysunkowe wersje ich musicali. Ale czego się nie robi na materiały do prelekcji? Jak pominie się te wszystkie tropiszcza z podrób Disneya, w większości to dość wierna adaptacja, zawierająca większość dialogów (w tym wtręt o niegodnej chrześcijance). I jestem zaskoczony, że Anna w wersji animowanej to dalej matka z dzieckiem, bo matki jako protagonistki w bajkach dla dzieci to jakieś tabu. I Louis (który ma większy udział w fabule) o dziwo nie jest idiotą, bo podczas sztormu ratując Abu z Temu, przywiązał się umocowaną liną. Co też muszę przyznać, to animacja jest śliczna, choć w paru momentach jest spadek jakości. I też był w paru momentach o dziwo wierniejszy historii - książę trenował muay thai i faktycznie to on był związany z Tuptim, a Mongkut miał dzikiego kota domowego. I w szoku byłem, gdy Louis przypadkiem walnął Liu Kanga, to temu poleciała ciemna jucha z nosa, bo to familiada, a na kopii TVP widniał zielony znaczek (i comic relief traci zęby trwale w brew komediowym kowenansom). O reszcie nie mogę więcej dobrego powiedzieć. To kolejna animka mnożąca nieudolnie schematy z popularnej wówczas disneyowskiej formuły. O ile Księżniczka łabędzi tego samego reżysera miała ten urok (przy czym powinienem sobie ją powtórzyć, bo ostatni raz oglądałem z siostrą bodaj na przełomie gimbazy i licka), Król i ja to katorga. Każdy musi mieć zwierzęcego sidekicka - Louis, Tuptim, dzieci Mongkuta, sam Mongkut. A Kralahome (będący tu złym czarownikiem i knucicielem) też ma śmiesznego sidekicka, który zaskakująco ma vibe rasistowskiej karykatury (zwłaszcza patrząc kiedy ów film powstał). I nie korzysta z faktu, że to ma za medium animację, poza momentem jak Anna tańczy z wyobrażeniem swego zmarłego męża albo wizualizacja piosenki Tuptim i Liu Kanga (wiem, że królewicz ma inne imię, ale jest za długie i trudne do napisania, a gość wygląda jak Liu Kang). Jak jestem przy piosenkach, to Getting To Know You została zarznięta fatalnym montażem i faktem, że zamiast skupić się na kulturze Syjamu to skupia się na perypetiach comic reliefa. W ogóle całość ma słaby montaż. I jestem zaskoczony, że w oryginalnej wersji językowej wystąpiło tylko dwóch Azjatów. I dużo więcej Azjatów jest dopiero w napisach końcowych. Co prawda, w animacji race-swap nie ma znaczenia jak w live action, ale czasy zrobiły się bardziej progresywne. Oczywiście jako patriota wziąłem nasz dubbing. Znowu nie ma co się przyczepić, bo każdy wypada dobrze w swych rolach. Agnieszka Kunikowska praktycznie tylko teraz odgrywa role matek, więc pasuje. Hycnar jako ten romantyczny młodzik czy Suszyński jako złol. Steciuka wzięli pewnie, by od razu mieć głos wokalny, a Mongkuta (chyba jego imię nie padło w filmie) wyobrażałem z bardziej tubalnym, dostojnym głosem (taki miał Brynner), ale daje się przyzwyczaić. No i trochę wybija inna barwa aktorów wokalnych od tych dialogowych, ale macham ręką, bo to norma. I dość interesująco lektor czyta listę płac dopiero jak jest melodia, gdy już mija piosenka Barbry Streisand. Ale był tu jeden szok. Otóż dubbing jest autorstwa TVP, i w nim dziecko gra jednak dziecko (dokładnie syna Anny). Co to za wolta pani Kawęcka?! 3/10 03-03-2026, 19:02 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-03-2026, 12:49 przez OGPUEE.) (22-02-2026, 08:31)Rozgdz napisał(a): Jade (1995) reż William Fredkin Rewolucji nie ma, ale na pewno te dodatkowe sceny trochę dopinają poszczególne wątki czy relacje (są to wszak głównie rozmowy). Nieco dłuższe jest śledztwo, inne jest też zakończenie - ma więcej sensu od tego kinowego, choć nie zmienia jakoś diametralnie optyki. Oczywiście jest też więcej seksu. IMO w tej wersji to jest takie delikatne 6/10, czyli daleko od ideału, ale rzecz zdecydowanie nie zasłużyła na swoją reputację, a po mocno topornym początku seans daje całkiem sporo frajdy. Inna sprawa, że najchętniej przeczytałbym oryginalny scenariusz, zanim dopadł go niego Friedkin. (03-03-2026, 18:15)simek napisał(a): Mam deja vu I byłeś z tym u lekarza?
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings 04-03-2026, 00:24 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-03-2026, 00:25 przez Mefisto.)
Północ – Północny zachód / North by Northwest
Jeden z tych klasyków Hitchcocka, który leżał na kupce wstydu. Do dzisiaj, ponieważ zdecydowałem się nadrobić i szczerze mówiąc dawno się tak dobrze nie bawiłem oglądając jakikolwiek film. To jest bardzo, bardzo nawine kino, które dzisiaj trąci w wielu momentach myszką, ale nie zmienia to faktu, że pod względem filmowego doświadczenia zdaje egzamin w stu procentach. Momentami bawi jak najlepsza komedia, innym razem trzyma w napięciu jak czołowe thrillery Hitchcocka. Charyzma Cary’'go Granta też robi robotę i nawet jeśli zaczyna bardzo powoli to pod koniec filmu jest świetny dialog z Eve Kendall (graną przez śliczną Evę Marie Saint - pierwszy raz ją widziałem w czymkolwiek chyba), która pyta się go dlaczego rozwiózł się zdwoma żonami, a on na to, że miały do niego pretensje o to, że wiedzie zbyt spokojne życie. Humor zaskakujący, którego totalnie się nie spodziewałem przed seansem. Super muzyka Bernarda Herrmanna, dobre tempo z ikoniczną sceną z samolotem (durna cholernie), wyrazisty antagonista, kilka świetnym zagrań kamerą (jak np. jeden z bohaterów mówi do drugiego, że pójda na górę i nagle kamera idzie nad ich głowy) i ujęć. No i najważniejszy punkt - ten film bardzo mocno wpynął na kino szpiegowskie, to mogłaby być spokojnie parodia kinowego Jamesa Bonda jeszcze przed powstaniem Jamesa Bonda! Podoba mi się też precyzja scenariusza (np. scena w pociągu gdy Grant ponownie spotyka Eve i kelner zaprowadza go do jej stolika. Ja mam wtedy takie - ja pierdole, serio? co to za oczywisty zbieg okoliczności, ale po chwili Eve dodaje, że zapłaciła kelnerowi, żeby go przyprowadził jak się pojawi - mała rzecz a doceniam!), która jednocześnie miesza się z jakimiś totalnymi durnotami. Np. wspomniana scena z samolotem jest super, czy ta sekwencja finałowa na górze Rushmore - nakręcone to wszystko jest spektakularnie jak na lata 50., ale jednocześnie jest to wszystko co by nie mówić głupiutkie. Finał niestety tez jakiś taki nagły i przyspieszony. No i pierwsza godzina względem drugiej nieco powolna, ale to taki malutki minus. Możliwe, że kiedyś jeszcze wrócę, chetnie na dużym ekranie bym to zobaczył. Mocne 8/10 :)
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
05-03-2026, 01:08
Winchester '73 (1950)
Moja pierwsza styczność z niejakim panem Anthonym Mannem i nie będę ukrywał, ale bawiłem się przednio. Przede wszystkim byłem zaskoczony sposobem, jak ta historia jest opowiedziana - historia, w której głównym bohaterem jest w zasadzie tytułowy karabin przechodzacy z rąk do rąk, dzięki czemu co chwila mamy do czynienia z innym epizodem. Nowe postacie, nowa opowieśc - jak jakaś serialowa antologia złożona z minihistoryjek na Dzikim Zachodzie, bomba! Wiadomo, ma to swoje minusy, ale generalnie dzięki wysokiemu tempu w trakcie seansu nie sposób się zastanawiać nad chociażby spójnością całości. Oczywiście scenariusz działa najlepiej tam, gdzie skupia się na konflikcie między głównym bohaterem, a antagonistą - w latach 50. finałowy twist pewnie był sporym zaskoczeniem. Oglądając ten film i mając w głowie fakt, że to kino początku lat 50. byłem w szoku jak to jest nakręcone. Pięknie się patrzy na te wszystkie pustynne krajobrazy i prawdziwe lokacje - ech, kiedyś to było kino, a teraz to nie ma. Solidny i całkiem dynamiczny western z ciekawą konstrukcją, nieoczywistą jak na tamte czasy. Warto się zaznajomić.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
06-03-2026, 11:27 (19-02-2023, 10:06)simek napisał(a): Chciałbym film jak najdokładniej przedstawiający temat XVIII - XIX wiecznej emigracji z Europy do Ameryki. Kojarzę trochę filmów o drugiej części takiego doświadczenia, czyli już o nowo przybyłych do USA ludziach, takich wątków jest sporo, ale czy są niezłe filmy będące jak najbliżej schematu: klepiemy biedę na zapadłej polskiej, włoskiej czy irlandzkiej wsi, podejmujemy decyzję żeby płynąć do Stanów, zbieramy kasę, pakujemy się, jedziemy, docieramy?Przez przypadek znalazłem film dosyć dobrze pasujący do mojego dawnego pytania: America, America - miałem ochotę na jakiegoś czarno-białego behemota (167 minut) i znalazłem autobiograficzny późny film Eli Kazana, czyli emigracja turecka z przełomu XIX/XX wieku. Zaczyna się na zapadłej tureckiej wsi, a do Nowego Jorku docieramy w ostatnich minutach filmu. Świetnie się to oglądało kompletnie nie wiedząc czego się spodziewać: nie miałem pojęcia czy ta Turcja to tylko prolog i będzie to film o Ameryce, czy może równie dobrze całość rozgrywa się w Turcji, a Ameryka jest tylko niespełnionym marzeniem. Okazało się, że coś pośrodku. Bardzo mi się podobało, cudownie naturalistycznie jest to nakręcone - jeden z tych filmów, gdzie właściwie nie czujesz, aby cokolwiek było zrobione w studio, masz wrażenie, że naprawdę cofnąłeś się w czasie do Imperium Osmańskiego sprzed I WŚ - 100% zasłużony Oscar za scenografię. Ogólnie uwielbiam takie bogate fabularnie filmy, a tutaj wątków jest mnóstwo, do tego sporo zapadających w pamięć postaci oraz kilka naprawdę chwytających za gardło scen - miałem wrażenie jakbym obejrzał sezon serialu, a nie jeden film. Reżysersko również zacnie: czuć rękę mistrza. Może tylko ten główny bohater zagrany dosyć dziwnie i sztywno, no ale niby taka jest jego postać. W każdym razie świetny film: mocne 8/10 06-03-2026, 12:27 (04-03-2026, 00:24)Mefisto napisał(a):(22-02-2026, 08:31)Rozgdz napisał(a): Jade (1995) reż William Fredkin Dziękować :) 06-03-2026, 12:41 'Pelivaron napisał(a):Winchester '73 (1950)Mann to bez wątpienia jeden z królów gatunku. Ja najbardziej lubię Man of the West, wyjątkowo bez Stewarta, za to z Garym Cooperem. Starcie w miasteczku widmo to jedna z najlepszych strzelanin w klasycznym westernie. 06-03-2026, 13:24 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-03-2026, 13:25 przez Paszczak.)
Man of the West obowiązkowo - zwłaszcza, gdy komuś przypadł do gustu Wincherster. Poza tym Człowiek z Laramie, Naga ostroga i Gwiazda szeryfa, a jak ktoś miałby ochotę na trochę inny western, bardziej w stylu Przeminęło z wiatrem, to polecam Furie. No i w ogóle był to bardzo dobry reżyser, także poza gatunkiem.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings 06-03-2026, 13:34
Naga ostrogę już mam nabytą tu i tam. Może dzisiaj zarzuce sobie :)
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.
06-03-2026, 13:39 (06-03-2026, 11:27)Pelivaron napisał(a): Winchester '73 (1950) W l. 90-tych był serial oparty na podobnym koncepcie, nawet leciał u nas na dwójce: https://en.wikipedia.org/wiki/Dead_Man%27s_Gun 06-03-2026, 13:43
Panna młoda!
Za tydzień prawdopodobnie Jessie Buckley odbierze swojego pierwszego Oscara za rolę żony Szekspira. Ale nie obraziłbym się jakby dostała go też za rolę Narzeczonej Frankensteina. Jest w tym filmie tak samo wybitna jak w "Hamnecie", a oo rany, jak to zupełnie inna rola i jak kompletnie inaczej grana. Buckley krzyczy, tańczy, cały ekran zagarnia dla siebie, a jednak nie przeszarżowuje i nie popada w śmieszność ani na sekundę. Naprawdę, Jessie Buckley to GWIAZDA. I choć film nie dowozi całkowicie, zawodzi trochę bo przewidywalny i narracja też szwankuje w połowie filmu, to dla roli Buckley warto poświęcić wypad do kina. Lubiłem podczas oglądania wyobrażać sobie, że to sequel "Frankensteina" Del Toro bo w sumie czemu miałby nim nie być? Czasowo się zgadza, a Bale gra i wygląda podobnie jak Elordi. Co do reszty obsady to wszyscy właściwie nikną bo cały film należy do Buckley. Wyróżnia się tylko Penelope Cruz w roli pani detektyw, bo Saarsgard i Gyllenhaal to chyba zagrali dla uprzejmości z wiadomych względów. Ocena 7+/10. Plusik za genialną scenę tańca w klubie, szkoda, że taką krótką. Wysłane z mojego CPH2481 przy użyciu Tapatalka
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.
07-03-2026, 22:54 |
| Podobne wątki | |||||
| Wątek: | Autor | Odpowiedzi: | Wyświetleń: | Ostatni post | |
| ALARM! NADCHODZI KOLEJNY REMAKE! czyli wszystko o remake'ach | Mierzwiak | 1,244 | 243,237 |
14-04-2026, 18:15 Ostatni post: shamar |
|
| Pętla czasowa czyli motyw dnia świstaka w filmach | Craven | 91 | 23,921 |
07-08-2025, 14:13 Ostatni post: shamar |
|
| Prekognicja, czyli oceń film, który zaraz obejrzysz | military | 77 | 28,257 |
04-03-2017, 00:43 Ostatni post: Juby |
|
| Dłuższa piłka, czyli coś dla kino maniaków od kino maniaków | wika | 3 | 4,452 |
02-12-2013, 19:10 Ostatni post: Bucho |
|
| Prawdziwy film, czyli istota kina | Bodzio | 22 | 8,752 |
07-08-2011, 20:23 Ostatni post: MauZ |
|
| Starocie filmowe, czyli trochę klasyki | Eorath | 44 | 17,426 |
20-12-2010, 19:03 Ostatni post: szopman |
|
| Krótka piłka, czyli mini-recenzje | military | 6,447 | 722,939 |
11-04-2009, 16:35 Ostatni post: Negrin |
|
| Parada banału, czyli wpływ formy filmu na odbiór fabuły;) | Mental | 167 | 31,305 |
26-03-2008, 09:55 Ostatni post: D'mooN |
|
| [oddzielony] Krótka piłka, czyli mini-recenzje | 0 | 326 |
Mniej niż 1 minutę temu Ostatni post: |
||
| Użytkownicy przeglądający ten wątek: |
| 1 gości |





