Nowy
Liczba postów: 3,416
Liczba wątków: 8
Jakuzzi napisał(a):Ciekawy wywod, Negrin, jest jednak jeden szkopul - Eat Pussy, jakkolwiek funkcjonalnie probowacby ten zwrot przetlumaczyc, nie oznacza Mineta Rzadzi. A to wlasnie powinno miec podstawowe znaczenie przy tlumaczeniu, nie zas to, czy owo haslo Polak napisalby sprayem na murze.
Bynajmniej. W tłumaczeniu (i oczywiście mam tu na myśli tłumaczenie literackie czy filmowe, a nie użytkowe) nie zawsze chodzi o przekazanie informacji w stosunku 1:1. Generalnie celem tłumaczenia jest to, żeby odbiorca docelowy (tu: polski) czuł się tak jak odbiorca oryginału. A więc mniej idzie o tłumaczenie znaczeń, a bardziej -- o tłumaczenie sensów. Celem tłumacza jest wtedy "przełożenie emocji" (a humor to też emocja). Przypominam, że rozmawiamy o komedii, czyli takim tworze, który ma za zadanie bawić, a nie o filmie dokumentalnym o wandalach, którzy coś napisali na murze, więc trzeba dokładnie poinformować (znowu kontrast między informacją i odczuciem) widza, co to było. Odsyłam na przykład do słynnych polskich tłumaczeń "Latającego Cyrku Monty Pythona" autorstwa Beksińskiego -- bywało, że na dużo sobie tam pozwalał i bardzo słusznie. Bo wierność oryginałowi niekoniecznie musi oznaczać wierność słowom oryginału, a przede wszystkim: wierność intencjom autora. Jeśli autor chciał rozśmieszyć swojego widza albo czytelnika, nadrzędnym celem tłumacza jest wywołać podobną reakcję u swojego odbiorcy.
Do tego naturalnie dochodzi kwestia medium: mówimy o tłumaczeniu dla telewizji, a "Sprzedawcy 2" operują językiem, który, nie oszukujmy się, nie przejdzie na publicznym kanale, nawet o późnej godzinie (tak, wiem, telewizja puszcza "Psy" i nic się nie dzieje; ale wszyscy chyba dobrze wiemy, jakie panują "dyrektywy", jeśli chodzi o przekład obcojęzycznych filmów). A zatem tłumacz wybrnął z podwójnego problemu (nieswojość dosłownego hasła + wulgarność, której nie zaakceptuje zleceniodawca) bardzo umiejętnie.
Oczywiście tłumacze filmowi mają pod tym względem gorzej niż tłumacze literaccy, ponieważ w przypadku filmu widz zwykle jednocześnie widzi lub słyszy wersję oryginalną, a zatem ma porównanie i pole do (nieraz nieuzasadnionej, choć nader często i owszem) krytyki. Dlatego ja sobie chwalę, że "robię w książkach". Jeśli ja z potencjalnego "Eat pussy" zrobię "Mineta rządzi" (a zdarza się), czytelnik po prostu uśmiechnie się na -- jak to określił Mierzwiak -- bardzo zabawne hasło. Nie będzie wiedział, jak brzmiało ono w oryginale, ale wykonany będzie zamysł autora oryginału: rozbawienie odbiorcy kuriozalnym tekstem na temat seksu oralnego. Taki tez był zamysł Kevina Smitha w "Sprzedawcach 2".
04-04-2009, 11:52
Nowy
Liczba postów: 3,416
Liczba wątków: 8
Widmo minety.
(Przepraszam, tego się nie dało uniknąć).
04-04-2009, 11:54
Jessica Buch
Liczba postów: 1,683
Liczba wątków: 6
Ta wasza dyskusja o minecie jest godna tarantinowskim tekstom. :-) Poważnie, i piszę to bez cienia ironi.
A widmo (zbliżającej się?) minety Negrina rządzi! ;-)
04-04-2009, 13:00
Stały bywalec
Liczba postów: 7,557
Liczba wątków: 50
Negrin napisał(a):Bynajmniej. W tłumaczeniu (i oczywiście mam tu na myśli tłumaczenie literackie czy filmowe, a nie użytkowe) nie zawsze chodzi o przekazanie informacji w stosunku 1:1.
Zgadzam sie, niemniej taki sposob tlumaczenia, takie podejscie, powinno byc dla tlumacza fundamentem. Innymi slowy tlumacz najpierw powinien dokonywac tlumaczenia literalnego, pozniej intencjonalnego, a dopiero na koncu, i tylko ewentualnie, dostosowywac to tlumaczenie do odbiorcy z innego panstwa czy kregu kulturowego.
Cytat:Generalnie celem tłumaczenia jest to, żeby odbiorca docelowy (tu: polski) czuł się tak jak odbiorca oryginału.
Widzisz, i przez takie podejscie mamy pozniej Giertycha i mohery w Simpsonach, co jest oczywistym nonsensem. Ja tak daleko idacym modyfikacjom w tlumaczonym tekscie mowie stanowcze nie.
Cytat:Przypominam, że rozmawiamy o komedii, czyli takim tworze, który ma za zadanie bawić, a nie o filmie dokumentalnym o wandalach, którzy coś napisali na murze, więc trzeba dokładnie poinformować (znowu kontrast między informacją i odczuciem) widza, co to było.
Wydaje mi sie, ze gdybym zobaczyl napis na murze o tresci Liz Cipe (wersja doslowna), rozbawiloby mnie to niemniej niz Mineta Rzadzi. ;)
04-04-2009, 13:13
Banned
Liczba postów: 34,153
Liczba wątków: 77
Jakuzzi napisał(a):Wydaje mi sie, ze gdybym zobaczyl napis na murze o tresci Liz Cipe (wersja doslowna), rozbawiloby mnie to niemniej niz Mineta Rzadzi. ;)
Otóż to:)
04-04-2009, 13:18
Nowy
Liczba postów: 3,416
Liczba wątków: 8
Jakuzzi napisał(a):Cytat:Generalnie celem tłumaczenia jest to, żeby odbiorca docelowy (tu: polski) czuł się tak jak odbiorca oryginału.
Widzisz, i przez takie podejscie mamy pozniej Giertycha i mohery w Simpsonach, co jest oczywistym nonsensem.
Bynajmniej. (Ciekawe, ile kolejnych postów zacznę w ten sam sposób :P). W poprzedniej wypowiedzi miałem zamiar wspomnieć o pułapkach takiego tłumaczenia, kiedy je pociągnąć za daleko, ale pomyślałem, że nie muszę, bo to jasne. Ale skoro jednak temat się pojawił: oczywiście, masz rację. Celne tłumaczenie to delikatna sprawa. Najlepsze jest wtedy, gdy odbiorca w ogóle się nie orientuje, że tłumacz cokolwiek kreował. (Oczywiście mówię głównie o dubbingu w filmie czy tłumaczeniu tekstu pisanego, kiedy -- o czym pisałem poprzednio -- "spod spodu" nie wyłazi tekst oryginalny, z którym odbiorca samodzielnie weryfikuje sobie tłumaczenie). No a kiedy w realiach amerykańskich pojawiają się odniesienia do polskiej polityki (czy polskiego czegokolwiek innego), wówczas gołym okiem wiadomo, że to nie twórcy pomysł, ale tłumacza. I to jest złe. Co wolno w bajkowym "Shreku", tego nie waż się, tłumoku, robić w "Simpsonach". A jak się odważysz, to słusznie dostaniesz od widza po zadzie.
Natomiast powyższe nie oznacza bynajmniej, że opisane przeze mnie -- jak to nazwałeś -- "podejście" jest niewłaściwe. Przeciwnie: jak już pisałem, to podstawa dobrego przekładu. Nie jestem w stanie w tej chwili przywołać w pamięci każdego fragmentu "Latającego Cyrku" w wersji Beksińskiego, o którym wspomniałem poprzednio, ale nie sądzę, żeby szpikował tekst brytyjskiego programu z przełomu lat 60. i 70. nawiązaniami do polskiej współczesności. (Jeśli mu się zdarzyło, to proszę mi o tym przypomnieć :) ). Natomiast jestem przekonany, że zdarzało mu się zastępować elementy świetnie znane angielskiemu odbiorcy, a obce polskiemu, takimi, które Polak rozpozna natychmiast, ale jednocześnie nie będą odstawały od obszaru kulturowego oryginału. Widać, o co chodzi?
Na przykład (i tu kawałek z mojego ogródka) w tłumaczonej niedawno przeze mnie książce nastoletni bohater, Irlandczyk, chwalił się swoją wiedzą o małpach. Zaraz potem w myślach dodaje, dla wyjaśnienia źródła swojej wiedzy: "Thank you, Jane Goodall". Podobno to strasznie znana postać. Ja o niej wcześniej nie słyszałem, prawie żaden polski czytelnik na pewno też. W związku z tym u mnie chłopak myśli: "Niech żyje Animal Planet". Swojskie dla polskiego czytelnika? Bardzo. Wierne anglosaskiej (czy konkretniej: irlandzkiej) rzeczywistości? Również. Dla porównania odpowiednikiem tego simpsonowego Giertycha byłoby tu coś w stylu: "Niech żyją państwo Gućwińscy". Widać różnicę, prawda? :)
Jakuzzi napisał(a):Wydaje mi sie, ze gdybym zobaczyl napis na murze o tresci Liz Cipe (wersja doslowna), rozbawiloby mnie to niemniej niz Mineta Rzadzi.;)
Ok, możliwe. Ale co innego ma znaczenie: o ile oryginał zawsze jest jeden, dobrych tłumaczeń może być wiele. Jeśli do tego będziemy mieli na względzie wcześniej wspomniane wymogi telewizyjne, czyli czynnik niezależny od tłumacza (czytałem kiedyś wypowiedź chyba Magdy Balcerek, która pisała, że oni by bardzo chętnie bluzgali równie soczyście jak aktorzy w filmie, ale jest to odgórnie zabronione), wrócimy do pierwotnej kwestii: zacytowane tłumaczenie ze "Sprzedawców 2" nie jest ZŁE. I ja tylko tyle chciałem dowieść. Tłumacze są jednymi z ulubionych chłopców (i dziewczynek) do bicia dla fanów kina, bardzo często słusznie i wtedy ja będę pierwszy do szydzenia. Natomiast kiedy akurat nie zasługują na krytykę (a może nawet na skromną pochwałę?), wówczas nie ma kto ich wziąć w obronę. No to ja to robię, powiedzmy, że przez solidarność ;)
A skądinąd ciekawi mnie, jak przy tej minecie tłumacz wybrnął z wypowiadanego przez Jaya a propos tego napisu: "Oh, I totally do".
04-04-2009, 15:18
Nowy
Liczba postów: 134
Liczba wątków: 8
Cytat:A skądinąd ciekawi mnie, jak przy tej minecie tłumacz wybrnął z wypowiadanego przez Jaya a propos tego napisu: "Oh, I totally do".
Wtedy byla kwestia w stylu:"My tak robimy"
04-04-2009, 15:28
Miszczu AVTAKa 2014/18/22
Liczba postów: 30,129
Liczba wątków: 67
Negrin napisał(a):Na przykład (i tu kawałek z mojego ogródka) w tłumaczonej niedawno przeze mnie książce nastoletni bohater, Irlandczyk, chwalił się swoją wiedzą o małpach. Zaraz potem w myślach dodaje, dla wyjaśnienia źródła swojej wiedzy: "Thank you, Jane Goodall". Podobno to strasznie znana postać. Ja o niej wcześniej nie słyszałem, prawie żaden polski czytelnik na pewno też. W związku z tym u mnie chłopak myśli: "Niech żyje Animal Planet". Swojskie dla polskiego czytelnika? Bardzo. Wierne anglosaskiej (czy konkretniej: irlandzkiej) rzeczywistości? Również. Dla porównania odpowiednikiem tego simpsonowego Giertycha byłoby tu coś w stylu: "Niech żyją państwo Gućwińscy". Widać różnicę, prawda? :)
jak dla mnie dałeś ciała z Jane (bo to jest znana postać, a że Polska kraj zaściankowy, to już nie moja wina) - swoją drogą kiedy i gdzie toczy się akcja powieści?
Oczywiście, jako że topik dotyczy tłumaczeń ekranowych, to może i to by przeszło, ale w książce spokojnie winneś dać * i wyjaśnienie na dole strony ;)
Pytanie natomiast pojawia się inne: jak dalece można "wypaczyć" takie tłumaczenie, żeby czytelnik poczuł się swojsko?
04-04-2009, 15:33
Nowy
Liczba postów: 3,416
Liczba wątków: 8
Mefisto napisał(a):jak dla mnie dałeś ciała z Jane (bo to jest znana postać, a że Polska kraj zaściankowy, to już nie moja wina)
Ależ to nie ma być Twoja wina. Ja akurat nie słyszałem, ale ja akurat się nie liczę; jestem święcie przekonany, że nastoletni czytelnik (od on jest głównym odbiorcą tej powieści) również nie słyszał. I ten czytelnik właśnie się liczy. Polski, choćby i zaściankowy. A sama Jane Goodall w przytoczonej sytuacji miała małe znaczenie. Główny komunikat brzmiał: "Wiem to, bo dużo czytam/oglądam".
Mefisto napisał(a):swoją drogą kiedy i gdzie toczy się akcja powieści?
Kiedy: nie jest to do końca jasne, ale albo współcześnie, albo w tzw. "niedalekiej przyszłości". Dzieje się po trochu na całym świecie (tym oraz "tamtym", magicznym).
Mefisto napisał(a):Oczywiście, jako że topik dotyczy tłumaczeń ekranowych, to może i to by przeszło, ale w książce spokojnie winneś dać * i wyjaśnienie na dole strony ;)
W literaturze pięknej, szczególnie tej prostej i niewymagającej, przypisy to absolutna ostateczność.
Mefisto napisał(a):Pytanie natomiast pojawia się inne: jak dalece można "wypaczyć" takie tłumaczenie, żeby czytelnik poczuł się swojsko?
To zależy. Głównie od wyczucia tłumacza. Na pewno w dziele dla młodego widza bardziej niż w dziele dorosłym. W komedii bardziej niż w dramacie. Itp.
04-04-2009, 15:53
Stały bywalec
Liczba postów: 7,557
Liczba wątków: 50
Negrin napisał(a):Natomiast jestem przekonany, że zdarzało mu się zastępować elementy świetnie znane angielskiemu odbiorcy, a obce polskiemu, takimi, które Polak rozpozna natychmiast, ale jednocześnie nie będą odstawały od obszaru kulturowego oryginału. Widać, o co chodzi?
Mgliscie. :) Poza tym fakt, ze tak czy inaczej tlumaczyl Beksinski, nie musi z automatu oznaczac, ze to jest prawidlowe. ;)
Cytat:Zaraz potem w myślach dodaje, dla wyjaśnienia źródła swojej wiedzy: "Thank you, Jane Goodall". Podobno to strasznie znana postać. Ja o niej wcześniej nie słyszałem, prawie żaden polski czytelnik na pewno też. W związku z tym u mnie chłopak myśli: "Niech żyje Animal Planet". Swojskie dla polskiego czytelnika? Bardzo. Wierne anglosaskiej (czy konkretniej: irlandzkiej) rzeczywistości? Również.
Rozumiem, dlaczego przetlumaczyles to tak, a nie inaczej. Od razu powiem, ze gdybym to ja tlumaczyl, napisalbym: Dzieki Ci, Jane Goodall. Ty przy tlumaczeniu kierowales sie tym, ze nie slyszales nigdy jej nazwiska. I ze prawie zaden polski czytelnik tez. Dlatego trzeba bylo malo znana Jane Goodall zamienic na bardzo popularne Animal Planet. Skad jednak ta pewnosc, ze prawie zaden polski czytelnik o niej nie slyszal? Na dowod, ze to nieprawda, wystarczy spojrzec wyzej - Mefisto jakims cudem ta pania zna. No i dlaczego w ogole funkcjonuje ta koncpecja, aby zamieniac malo popularne nazwy rzeczowe na bardzo popularne? Bo potencjalny Polak nie zrozumi? Wlasciwszym podejsciem byloby chyba zostawienie tak, jak w oryginale, a jesli czytelnik bedzie chcial dowiedziec sie, kto lub co zacz, to sprawdzi to we wlasnym zakresie, przy okazji poszerzy odrobine swoja wiedze.
Marginesem, wyobraz sobie, ze ogladasz Pulp Fiction i podczas rozmowy o hamburgerach Big Kahuna przetlumaczony jest na MacDonald. Razi? ;) A przeciez prawie zaden polski widz nie slyszal o takim fast-foodzie, jak Big Kahuna.
Cytat:Ok, możliwe. Ale co innego ma znaczenie: o ile oryginał zawsze jest jeden, dobrych tłumaczeń może być wiele.
A najlepsze z tych wielu jest te, ktore jest najwierniejsze oryginalowi.
Cytat:zacytowane tłumaczenie ze "Sprzedawców 2" nie jest ZŁE. I ja tylko tyle chciałem dowieść.
Zle nie jest o tyle, ze moglo byc duzo gorsze. Ty jednak napisales co innego, a mianowicie to, ze jest bardzo trafne. ;)
04-04-2009, 16:26
Jessica Buch
Liczba postów: 1,683
Liczba wątków: 6
Jakuzzi napisał(a):dlaczego w ogole funkcjonuje ta koncpecja, aby zamieniac malo popularne nazwy rzeczowe na bardzo popularne? Bo potencjalny Polak nie zrozumi?
No właśnie, nawet jeżeli szary Polak nie ma pojęcia o tym kim jest Jane Goodall, to jeżeli będzie miał ochotę sprawdzi to w encyklopedii. Dzięki temu poszerzy swoją wiedzę. Uważam, że czytanie książek ma w jakiś sposób edukować, zwłaszcza jeżeli kierowane są one do młodzieży. Dlatego zastąpienie jej nazwiska nazwą kanału przyrodniczego o którym wie każdy Polak, który ma telewizję kablową w mieszkaniu było błędem.
04-04-2009, 16:46
Miszczu AVTAKa 2014/18/22
Liczba postów: 30,129
Liczba wątków: 67
Negrin napisał(a):jestem święcie przekonany, że nastoletni czytelnik (od on jest głównym odbiorcą tej powieści) również nie słyszał. I ten czytelnik właśnie się liczy.
jeśli już przy tym jesteśmy, to jestem święcie przekonany, że nastoletni czytelnik poza "Zmierzch" może nie wyjść ;)
Cytat:Kiedy: nie jest to do końca jasne, ale albo współcześnie, albo w tzw. "niedalekiej przyszłości". Dzieje się po trochu na całym świecie (tym oraz "tamtym", magicznym).
chodziło mi o to, czy może nie dzieje się wcześniej, jak Animal Planet ;)
Jakuzzi napisał(a):Rozumiem, dlaczego przetlumaczyles to tak, a nie inaczej. Od razu powiem, ze gdybym to ja tlumaczyl, napisalbym: Dzieki Ci, Jane Goodall. Ty przy tlumaczeniu kierowales sie tym, ze nie slyszales nigdy jej nazwiska. I ze prawie zaden polski czytelnik tez. Dlatego trzeba bylo malo znana Jane Goodall zamienic na bardzo popularne Animal Planet. Skad jednak ta pewnosc, ze prawie zaden polski czytelnik o niej nie slyszal? Na dowod, ze to nieprawda, wystarczy spojrzec wyzej - Mefisto jakims cudem ta pania zna. No i dlaczego w ogole funkcjonuje ta koncpecja, aby zamieniac malo popularne nazwy rzeczowe na bardzo popularne? Bo potencjalny Polak nie zrozumi? Wlasciwszym podejsciem byloby chyba zostawienie tak, jak w oryginale, a jesli czytelnik bedzie chcial dowiedziec sie, kto lub co zacz, to sprawdzi to we wlasnym zakresie, przy okazji poszerzy odrobine swoja wiedze.
Przede wszystkim, to czemu "jakimś cudem"? Goodall to nie jest owszem Hannah Montanna, ale nazwisko znane jest (choć może fakt, że nie zagrała jej Sigourney Weaver może wyjasniać pewną niewiedzę ;) ). Po drugie absolutnie zgadzam się z tym, że zaintrygowany czytelnik sam sobie może poszukać (a i autor tłumaczenia także ;) ), stąd * i odnośnik :)
Poza tym, jeśli już przy tym jesteśmy, to jak się nad tym trochę zastanowić, to wyszło trochę śmiechowo. Jeśli ktoś bowiem lubuje się w kanałach/źródłach wiedzy pokroju Animal Planet, to powinien wiedzieć kim jest Jane Goodall - nie ma wyjścia, bo to trochę tak, jakby oglądać Fakty i nie wiedzieć kto to Lis ;)
04-04-2009, 16:59
Nowy
Liczba postów: 3,416
Liczba wątków: 8
Jakuzzi napisał(a):Mgliscie. :) Poza tym fakt, ze tak czy inaczej tlumaczyl Beksinski, nie musi z automatu oznaczac, ze to jest prawidlowe. ;)
Z automatu nie :) Ale jest to tłumaczenie dość brawurowe i niezły przykład tego, jak można starać się zmierzyć z nieprzetłumaczalnym.
Jakuzzi napisał(a):Skad jednak ta pewnosc, ze prawie zaden polski czytelnik o niej nie slyszal?
Nie pewność; przypuszczenie. I tłumacz często musi się takimi przypuszczeniami kierować. I to na różnych płaszczyznach. Od przysłowiowego "co autor miał na myśli", poprzez odczytywanie ironii czy podtekstów, aż właśnie po: "czy mój odbiorca to zrozumie i jak?". Konkretne decyzje mogą się okazać trafne bądź nie (przykładowo: gdyby się okazało, że wśród polskich nastolatków Jane Goodall jest świetnie znana, wyszłoby na to, że się myliłem), ale od samej metody się nie ucieknie.
Jakuzzi napisał(a):No i dlaczego w ogole funkcjonuje ta koncpecja, aby zamieniac malo popularne nazwy rzeczowe na bardzo popularne? Bo potencjalny Polak nie zrozumi?
Krótka wersja: właśnie tak. Dłuższa wersja: jak wspomniałem, wiele zależy od charakteru tekstu (czy to lista dialogowa, czy książka). Akurat tekst z mojego przykładu ma charakter swobodny, tekst "płynie", czyta się go na luzie, jest często dowcipny, i taka też, lekko humorystyczna. jest uwaga bohatera. Cały luz może się rozbić o nieznajome nazwisko, którego znaczenia w tekście nie da się rozszyfrować. Tłumaczenie wierne w tym miejscu oryginałowi nie byłoby żadnym grzechem (jak wszyscy dobrze wiemy, w filmach i książkach nagmninnie zdarzają się gorsze zbrodnie), ale straciłby na tym, za przeproszeniem, flow tekstu. (Od razu mówię, że wyjaśnianie żartu przypisem morduje flow w krwawy sposób).
Jakuzzi napisał(a):Wlasciwszym podejsciem byloby chyba zostawienie tak, jak w oryginale, a jesli czytelnik bedzie chcial dowiedziec sie, kto lub co zacz, to sprawdzi to we wlasnym zakresie, przy okazji poszerzy odrobine swoja wiedze.
Zdecydowanie tak. W tłumaczeniu nie ma zasad wyrytych w kamieniu. Szczerze mówiąc, też jestem zdania, że książki (zwłaszcza one, ale również filmy) muszą uczyć, w tym również o obcych krajach i kulturach. Więc zawsze wszystko sprowadza się do jednostkowej decyzji: czy w tym miejscu ważniejsza jest "edukacja" czy "flow". Znów, tłumacza można potem rozliczyć z takiej decyzji, można gremialnie uznać, że nie miał racji, ale będzie to dotyczyć konkretnej sytuacji, a nie zasady jako takiej. "Walor edukacyjny" nigdy nie jest _z założenia_ ważniejszy niż "flow". Zresztą w drugą stronę to także działa.
Jakuzzi napisał(a):Marginesem, wyobraz sobie, ze ogladasz Pulp Fiction i podczas rozmowy o hamburgerach Big Kahuna przetlumaczony jest na MacDonald. Razi? ;) A przeciez prawie zaden polski widz nie slyszal o takim fast-foodzie, jak Big Kahuna.
A wiesz, czemu to nietrafiony przykład? Z dwóch przyczyn: jednej związanej stricte z naszym tematem, a drugiej nie (choć w zasadzie to owszem, tyle że luźno). Ta pierwsza: "Pulp Fiction" daje pełny kontekst. Patrzysz i dowiadujesz się, że Big Kahuna to hamburgery. Tymczasem do tej pory była mowa o sytuacji zmiany jednego elementu na inny, ponieważ jest on niejasny dla odbiorcy. Ta druga: nie tylko żaden polski widz nie słyszał o takim fast-foodzie, ale również amerykański, bo to firma wymyślona przez Tarantino. A zatem znów: widz oryginału i widz wersji polskiej są w (prawie) tej samej sytuacji.
Jakuzzi napisał(a):Cytat:Ok, możliwe. Ale co innego ma znaczenie: o ile oryginał zawsze jest jeden, dobrych tłumaczeń może być wiele.
A najlepsze z tych wielu jest te, ktore jest najwierniejsze oryginalowi.
Bynajmniej. (Hat trick!). Bardzo często (choć znów: nie jest to regułą) to właśnie bywa najsłabsze. Szczerze nienawidzę słynnego porównania tłumaczenia i kobiety -- głównie dlatego, że po pierwsze wydaje mi się jakieś takie pretensjonalne, a po drugie jest już strasznie wyświechtane -- ale tutaj pasuje jak ulał.
Jakuzzi napisał(a):Cytat:zacytowane tłumaczenie ze "Sprzedawców 2" nie jest ZŁE. I ja tylko tyle chciałem dowieść.
Zle nie jest o tyle, ze moglo byc duzo gorsze. Ty jednak napisales co innego, a mianowicie to, ze jest bardzo trafne. ;)
Bo jest :) Ba, przecież ja też -- gdyby mi dano "Clerks 2" do tłumaczenia -- przełożyłbym to dużo bardziej dosłownie. (Jak konkretnie, tego nie wiem i już nie wymyslę, "skażony" naszą dyskusją). Niemniej gdyby mi zakazali używania Bardzo Brzydkich Słów, miałbym zgryz. Propozycję tego tłumacza przyjąłbym wówczas z chęcią, choć sam bym na to pewnie nie wpadł.
04-04-2009, 17:01
Stały bywalec
Liczba postów: 794
Liczba wątków: 8
Panowie, tak sie czepiacie tej zmiany baby od goryli na animal planet, a dla mnie jest bardzo celne.
Jeśli to jest książka dla młodzieży, to jestem pewien, że mało kto o niej słyszał. I jeśli wierzycie, że zwykły czytelnik będzie sprawdzał jedno nazwisko w wikipedii bo go nie rozumie, to jesteście śmieszni:)
A to jak popularna jest w Polsce - z 22 książek które napisała, ukazały się u nas ...2
Nie wiem czy czytacie w oryginale książki, moge was jednak zapewnić, że nawet sobie nie wyobrazacie jak mocno potrafia byc one zmienione. Boy-Zelenski i Baranski, jedni z najbardziej znanych tlumaczy bardzo swobodnie tlumaczyli ksiazki.
Spróbójcie przeczytać Prousta w oryginale, a potem tlumaczenie zelenskiego. To są 2 zupełnie inne książki. I jakos nikomu to nie przeszkadza. Jesli sie dobrze czyta, to jaka roznica jest w tym ze kilka slow jest zmienionych?
04-04-2009, 21:01
Stały bywalec
Liczba postów: 7,557
Liczba wątków: 50
Negrin napisał(a):przykładowo: gdyby się okazało, że wśród polskich nastolatków Jane Goodall jest świetnie znana, wyszłoby na to, że się myliłem
Dlatego w razie watpliwosci zawsze lepiej jest przetlumaczyc tak, jak jest w oryginale. Nie trzeba snuc domyslow i obawiac sie pomylki.
Cytat:Ta druga: nie tylko żaden polski widz nie słyszał o takim fast-foodzie, ale również amerykański, bo to firma wymyślona przez Tarantino.
Tym bardziej nie nalezaloby Kahuny makdonaldyzowac, skoro to autorski pomysl. ;)
Cytat:Niemniej gdyby mi zakazali używania Bardzo Brzydkich Słów, miałbym zgryz. Propozycję tego tłumacza przyjąłbym wówczas z chęcią, choć sam bym na to pewnie nie wpadł.
W obliczu takiego zakazu propozycja faktycznie nie jest zla, choc ja wciaz staralbym sie tlumaczyc blizej oryginalu, np. jako Rob Minete! Raz, ze wulgarow brak, dwa, ze oryginalowi funkcjonalnie odpowiada, trzy, ze nie trzeba modyfikowac reakcji Jaya zeby miala sens.
04-04-2009, 21:12
Nowy
Liczba postów: 3,416
Liczba wątków: 8
Jakuzzi napisał(a):Dlatego w razie watpliwosci zawsze lepiej jest przetlumaczyc tak, jak jest w oryginale. Nie trzeba snuc domyslow i obawiac sie pomylki.
Ja po prostu opowiadam, jak to wygląda w praktyce. Dałem jeden, luźny przykład, o którym akurat pamiętałem. Ale tak wygląda codzinność tłumacza. Takie decyzje, mniejsze czy większe, podejmuje się na każdej stronie tekstu. A z czasem i doświadczeniem tłumacz nabiera wystarczającej swobody i pewności siebie, żeby je podejmować bez "strachu przed pomyłką". Nabiera również dystansu do tekstu i dosłownego przekładu.
Jakuzzi napisał(a):Tym bardziej nie nalezaloby Kahuny makdonaldyzowac, skoro to autorski pomysl. ;)
Jakuz, ale czytaj Ty uważniej, zamiast się koncentrować na polewaniu z nowicjuszy, co? Dil?
Jakuzzi napisał(a):W obliczu takiego zakazu propozycja faktycznie nie jest zla, choc ja wciaz staralbym sie tlumaczyc blizej oryginalu, np. jako Rob Minete! Raz, ze wulgarow brak, dwa, ze oryginalowi funkcjonalnie odpowiada, trzy, ze nie trzeba modyfikowac reakcji Jaya zeby miala sens.
Ok, spoko, zgoda. Co nie znaczy (powtarzam się), że rozwiązanie jest złe. A jako przykład takiego tutaj się pojawiło, i to -- żeby było śmieszniej -- przywołane przez użytkownika, z którym potem tak fajnie się bawiliście.
04-04-2009, 21:20
Stały bywalec
Liczba postów: 7,557
Liczba wątków: 50
Negrin napisał(a):A jako przykład takiego tutaj się pojawiło, i to -- żeby było śmieszniej -- przywołane przez użytkownika, z którym potem tak fajnie się bawiliście.
Tymczasowego uzytkownika. I naprawde, Negrin, dajze juz spokoj z ta rzekoma zabawa. Troche szacunku dla Regulaminu.
04-04-2009, 22:06
Agent Mossadu
Liczba postów: 31,780
Liczba wątków: 4
Co to jest mineta? (bo to chyba nie wagina? bleee) Z czym to sie je? Pytam, bo smaka mi narobiliscie
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.
05-04-2009, 02:34
Stały bywalec
Liczba postów: 13,242
Liczba wątków: 77
Bucho ty tak na serio? :twisted:
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
05-04-2009, 10:02
Stały bywalec
Liczba postów: 7,557
Liczba wątków: 50
Bucho pochodzi z ortodoksyjnej katolickiej rodziny, wiec moze nie wiedziec, co to jest mineta.
Bucho: http://segritta.blox.pl/2007/06/Jak-robic-minete.html
05-04-2009, 10:25
|