Saga o Wiedźminie - kończę pierwszy tom (jeśli tę krótką opowiastkę można na wyrost nazwać "tomem", a nie "częścią" czy wręcz "rozdziałem") - i cóż, mimo że da się to czytać, to nie rozumiem zachwytów nad twórczością Sapkowskiego.
Przede wszystkim chwalony, przezabawny styl jest po prostu gorzej niż przeciętny. Gościu czasem skonstruuje jakieś zabawne zdanie, ale widać tu jakieś kuriozalne, licealne naleciałości (w tym parę zdań ze zwykłymi błędami składniowymi - nie, nie zrobionymi celowo). Opisy uczuć zioną zaś taką tandetą, że brazyliady to przy nich Dostojewski; powiedzcie mi, jak można na poważnie brać takie kawałki jak "wybuchnął namiętnością, ze wszystkich sił wpijając się w jej wiśniowe usta, a ona odwzajemniła jego gorący pocałunek". Toż czytadła Phantom Pressu były lepiej napisane. A, i wracając do śmiesznych powiedzonek - szkoda, że 90% z nich jest spalona. Przykładowy dialog:
- On bredzi.
- Zatem musicie doskonale się rozumieć.
Brzmiałoby to całkiem nieźle, ale w wersji Sapkowskiego wygląda mniej więcej tak:
- On bredzi.
- Zatem musicie doskonale się rozumieć. Bo ty też bredzisz, waszmości. Rozumu ci brakuje. Dlatego musisz wiedzieć, czemu on wygaduje takie bzdury, powiadam.
Podejrzewam, że ta książka nie została przez nikogo zredagowana.
Druga ważna kwestia: totalny, absolutny, wszechobecny chaos świata przedstawionego.
Po pierwsze: zamotanie geograficzne. Kojarzycie Władcę Pierścieni? Tam było wiadomo: Hobbiton jest na zachodzie, Mordor na wschodzie, gdzieś pośrodku Rohan i Minas Tirith. Szczegóły poznawało się na kolejnych stronach. Sapkowski tymczasem potrafi na jednej stronie rzucić nazwy 10 miast, których nie sposób wymówić, obgadać ich wzajemne zależności (ci tamtym wasalują, tamci z innymi skłóceni, ktoś inny kolejnym lenna nie płaci, bo królewna skądśtam wyszła za żebraka ze wsi). Nie sposób tego umiejscowić na mapie, ani nie wiadomo, jak podrózujący bohaterowie mają wszędzie daleko. Przez to często miałem wrażenie, że całe królestwa są tu rozmiarów osiedli - bo na jednej stronie Geralt jest w jednym państwie, na drugiej w innym, po minucie spotyka żołnierzy z jeszcze innego, a towarzyszy mu wesoła kompania chuj wie skąd.
Po drugie: w budowaniu malowniczego chaosu skutecznie pomagają imiona. Mamy tu mieszankę imion anglosaskich, słowiańskich, germańskich i wziętych prosto z dupy. Żadna grupa nie jest przyporządkowana do żadnej rasy ani narodowości. Mamy więc wśród bliskich sobie krasnoludów Yarpena i Pauliego, a wśród ludzi Brassa (angielskie), Geralta (germańskie), Jaskra (słowiańskie), Rience'a (francuskie) i Triss (z dupy). Przy czym wielu bohaterów pochodzi z tych samych miejsc - które, jak już wiemy, są chuj wie gdzie, więc mamy piękny, rzygotliwy misz-masz, który za cholerę nie tworzy nawet namiastki spójności. O, sorry, imiona elfów są spójne - z jednej strony tak skomplikowane, że nie da się ich wypowiedzieć, a z drugiej maksymalnie stereotypowe.
A, ostatnia rzecz - czemu uczeni w tym totalnie fantastycznym świecie posługują się łaciną do nazywania zwierząt i roślin?
Jeśli to jest szczytowe osiągnięcie polskiej fantasy, to znaczy, że gatunek ten jest u nas w powijakach. To średniej jakości fan-fiction gościa, który naczytał się Tolkiena, Forgotten Realms i Le Guin. Sapkowskiemu przydałyby się korepetycje zarówno z pisania, jak i redagowania teksu.
Ocena: 4/10
Przede wszystkim chwalony, przezabawny styl jest po prostu gorzej niż przeciętny. Gościu czasem skonstruuje jakieś zabawne zdanie, ale widać tu jakieś kuriozalne, licealne naleciałości (w tym parę zdań ze zwykłymi błędami składniowymi - nie, nie zrobionymi celowo). Opisy uczuć zioną zaś taką tandetą, że brazyliady to przy nich Dostojewski; powiedzcie mi, jak można na poważnie brać takie kawałki jak "wybuchnął namiętnością, ze wszystkich sił wpijając się w jej wiśniowe usta, a ona odwzajemniła jego gorący pocałunek". Toż czytadła Phantom Pressu były lepiej napisane. A, i wracając do śmiesznych powiedzonek - szkoda, że 90% z nich jest spalona. Przykładowy dialog:
- On bredzi.
- Zatem musicie doskonale się rozumieć.
Brzmiałoby to całkiem nieźle, ale w wersji Sapkowskiego wygląda mniej więcej tak:
- On bredzi.
- Zatem musicie doskonale się rozumieć. Bo ty też bredzisz, waszmości. Rozumu ci brakuje. Dlatego musisz wiedzieć, czemu on wygaduje takie bzdury, powiadam.
Podejrzewam, że ta książka nie została przez nikogo zredagowana.
Druga ważna kwestia: totalny, absolutny, wszechobecny chaos świata przedstawionego.
Po pierwsze: zamotanie geograficzne. Kojarzycie Władcę Pierścieni? Tam było wiadomo: Hobbiton jest na zachodzie, Mordor na wschodzie, gdzieś pośrodku Rohan i Minas Tirith. Szczegóły poznawało się na kolejnych stronach. Sapkowski tymczasem potrafi na jednej stronie rzucić nazwy 10 miast, których nie sposób wymówić, obgadać ich wzajemne zależności (ci tamtym wasalują, tamci z innymi skłóceni, ktoś inny kolejnym lenna nie płaci, bo królewna skądśtam wyszła za żebraka ze wsi). Nie sposób tego umiejscowić na mapie, ani nie wiadomo, jak podrózujący bohaterowie mają wszędzie daleko. Przez to często miałem wrażenie, że całe królestwa są tu rozmiarów osiedli - bo na jednej stronie Geralt jest w jednym państwie, na drugiej w innym, po minucie spotyka żołnierzy z jeszcze innego, a towarzyszy mu wesoła kompania chuj wie skąd.
Po drugie: w budowaniu malowniczego chaosu skutecznie pomagają imiona. Mamy tu mieszankę imion anglosaskich, słowiańskich, germańskich i wziętych prosto z dupy. Żadna grupa nie jest przyporządkowana do żadnej rasy ani narodowości. Mamy więc wśród bliskich sobie krasnoludów Yarpena i Pauliego, a wśród ludzi Brassa (angielskie), Geralta (germańskie), Jaskra (słowiańskie), Rience'a (francuskie) i Triss (z dupy). Przy czym wielu bohaterów pochodzi z tych samych miejsc - które, jak już wiemy, są chuj wie gdzie, więc mamy piękny, rzygotliwy misz-masz, który za cholerę nie tworzy nawet namiastki spójności. O, sorry, imiona elfów są spójne - z jednej strony tak skomplikowane, że nie da się ich wypowiedzieć, a z drugiej maksymalnie stereotypowe.
A, ostatnia rzecz - czemu uczeni w tym totalnie fantastycznym świecie posługują się łaciną do nazywania zwierząt i roślin?
Jeśli to jest szczytowe osiągnięcie polskiej fantasy, to znaczy, że gatunek ten jest u nas w powijakach. To średniej jakości fan-fiction gościa, który naczytał się Tolkiena, Forgotten Realms i Le Guin. Sapkowskiemu przydałyby się korepetycje zarówno z pisania, jak i redagowania teksu.
Ocena: 4/10
25-06-2009, 21:00






