W większości zgadzam się z tym co na początku tematu napisał Negrin.
Z jednej strony był to maksymalnie Mannowski spektakl, z drugiej wszystkie wynikające z tego obawy o których pisałem w poprzednim wątku się niestety, w większym lub mniejszym stopniu sprawdziły.
Ogólna ocena filmu jako dzieło jest dla mnie niezwykle trudna, od seansu zdążyłem już w głowie wystawić trzy różne oceny.
mile:
Z jednej strony był to maksymalnie Mannowski spektakl, z drugiej wszystkie wynikające z tego obawy o których pisałem w poprzednim wątku się niestety, w większym lub mniejszym stopniu sprawdziły.
Ogólna ocena filmu jako dzieło jest dla mnie niezwykle trudna, od seansu zdążyłem już w głowie wystawić trzy różne oceny.
Mental napisał(a):Oj, nie zgodzę się. Ciężko to im było dopiero wtedy jak FBI zebrało się do kupy. Przed założeniem biura federalnego przestępcy pokroju Dillingera byli praktycznie niezwyciężeni i nieustannie grali na nosie policji, co zresztą sam Mann niejednokrotnie powtarzał. Przed ukazaniem problemów gangu w późniejszym akcie(które zresztą nie różniły się jakoś specjalnie od kryminalnych upadków pokazanych w dotychczasowych filmach) pokazano nam spektakl bezczelności i pewności siebie bandytów, które zresztą były usprawiedliwione. Nikt im wtedy nie mógł podskoczyć. Inna sprawa to to, że kłopoty Dillinger i spółka po części sprowadzili sami na siebie. To również jest element który Mann często przytaczał w wywiadach. Ich wojskowa precyzja w planowaniu i wykonywaniu akcji nijak miała się do beztroskiego sposobu życia jakie prowadzili i niemożliwości zaplanowania kolejnego dnia. Brak tu dyscypliny Neila McCauley'a.simek napisał(a):PE pokazuje jak ciężko było wielkim złoczyńcąkapitalne spostrzeżenie. właśnie dotknąłeś jednego z najbardziej oryginalnych aspektów wrogów publicznych. po takim ojcu chrzestnym, scarface czy innych filmach człowiek ma ochotę zasiąść na tronie i rządzić miastem, a tutaj nędza, brak kasy, kompani ubywają w zastraszającym tempie, z ukochaną kobietą spędzasz noc siedząc na piasku gdzieś na jakimś zadupiu, na niebie nie ma gwiazd, zero wożenia się limuzynami, zero gangsterskiego lansu, kasy ciągle mało...
Solo napisał(a):który uparł się aby amerykańska rzeczywistość tamtych lat sprawiała wrażenie polakierowanej pocztówki: ubrania bohaterów są czyste i nowe, samochody wypucowane na błysk, a kobiety zawsze nienagannie umalowane.Taka była specyfika tych czasów. Brak tu tej stylizacji którą widać w kostiumach i rekwizytach tak wielu period-filmów. To nie jest jakaś legendarna era z opowieści tylko czas w których żyli prawdziwi ludzie.
Glut napisał(a):Czy tylko mnie lekko zniesmaczyła nieco komputerowo wyglądająca jucha wylatująca z twarzy Dillingera w finale?Swoją drogą przez chwile zastanawiałem się czy specyfika "płynności ruchu" w użytej tu technologii cyfrowej nie wpływa jakoś negatywnie na przedstawienie komputerowych efektów. Jak wiemy CGI najgorzej wypada w ruchu, a w tym przypadku mieliśmy wydawałoby się niezwykle prosty do wykonania efekt w filmie za grube miliony, który jednak wypadł sztucznie.
Snappik napisał(a):Kwestia rozmowy zza krat - Dillinger ma w niej ogromną przewagę, jest pewny siebie, bo wie że i tak ucieknie. To on prawi Purvisowi wykład o śmierci bliskich. A Bale zbija jego argumenty tanim i wyświechtanym "wyjdziesz i skończysz na krześle". Purvis nie ma tu nic do powiedzenia, to Dillinger zdominował gadkęDillinger może i poruszył jakąś strunę Purvisa swoimi komentarzami ale za uśmieszkiem Bale'a kryje się pewność zwycięstwa. Najlepiej widać to w sposobie w jaki Purvis wypowiada spod kapelusza: "No You will not...". "Możesz sobie mówić i myśleć co chcesz i nadal zgrywać cwaniaczka i ale już stąd nie wyjdziesz"
Snappik napisał(a):To taki chłodny kujonek, karierowicz-idealista. Przeciwieństwo Dillingera, który jest jajcarzem i działa spontanicznie.Zastanawiałem się jak ten koleś zyskał miano "Clarka Gable'a FBI". Czy prawdziwy Purvis pokazywał przebłyski "czarmu", czy może całość to PR biura w wykonaniu Hoovera.
Mental napisał(a):na screening testach sprzed pół roku wielu ludzi narzekało, że film był za długi (wiadomo - amerykański widz)Niepotrzebna złośliwość Mental, myślisz, że przeciętny polski widz zareagowałby inaczej?
mile: Solo napisał(a):Nie wspominając już o akrobatycznej przewrotce Winsteada w lesie w nocy - nie wiem po co to i na co to, takie efekciarstwo rodem z "Transfermersów", nie dość że nierealistyczne w filmie na realizm się silącym, to do tego niczego do tej sceny nie wnoszącego. Winstead biegnie, skacze, robi przewrotkę do przodu, ląduje na jednym kolanie i bodajże strzela i oczywiście nie trafia.W tym samym momencie Winstead był pod ostrzałem, więc zrobił swego rodzaju akrobatyczny unik połączony z przejściem do oddania strzału. Może nie okazało się to zbyt skuteczne ale nie widzę w tym nic "transformerowego".
Snappik napisał(a):Czytając opinie amerykańców na IMDB przecieram oczy ze zdumienia.Sprawdz polskie na filmwebie. Nie lepsze.
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
20-07-2009, 11:16





