Nie ukrywam, że na "Public Enemies" czekałem z nerwowym biciem serca. Jako, że bieżący rok to IMHO największa filmowa posucha od wieków (poza "Watchmen" Snydera nie widziałem w nim jeszcze dobrego filmu, ale może jesień / zima, kto wie?), to pokładałem ufność w Manna, jaką wierny na tonącym okręcie może pokładać w swojego boga. I mam bardzo mieszane uczucia:
NA PLUS:
- Depp!! Geniusz, postać Dillingera dźwiga cały film na wyżyny. Scena na komisariacie z pewnością przejdzie do historii, jako jedna z najlepszych scen kina
- muzyka, nienachalna, pojawiająca się tylko we właściwych momentach
- scena strzelaniny (jak zawsze u Manna prima sort) i finałowa na ulicy
NA MINUS
- ile można z tą cyfrówką z ręki?! Zbliżenia z anusa wzięte, miałem wrażenie, że co niektórzy bohaterowie chcą mnie połknąć, wszystko się trzęsie i momentami wygląda to gorzej, niż "Cloverfield".
- wprowadzenie od groma postaci, które aktorsko przy Deppie bledną. Żadna nie przykuła mnie do ekranu, nie sprawiła, żebym ją pamiętał, czy analizował jej poczynania (łącznie z dziewczyną Dillingera). Kumple Johna pojawiają się i znikają, a ja pozostaję głupi.
- Christian Bale!! Toż to Rasiak "Public Enemies", gra jedną mimiką twarzy, mówi ciągle tą samą intonacją głosu. W kontekście jego "końca" (informacja przed napisami końcowymi) jest jedna rzecz, która go broni: można założyć, że on sobie po prostu zupełnie nie radził z zastaną sytuacją, z kontrolowaniem poczynań podwładnych etc. a zżerała go ambicja (ostatnia dialog). Ale można było to zagrać znacznie lepiej. I czy tylko mi się wydaje, czy agent Pelvis jak szepce, to tylko mu doprawić czarną pelerynkę i stałby się...
- brak choć jednej bardziej rozbudowanej sceny napadu na bank. Na Szatana, to film o Dillingerze - znanym właśnie z niesamowitej sprawności obrabowywania najlepiej strzeżonych lokacji, perfekcyjnego planowania i przeprowadzania akcji. To jakby robić film o Hendriksie i nie pokazywać, jak gra na gitarze, ewentualnie pokazać tylko, jak zakłada ją, bierze kostkę i przeskakiwać od razu do sceny pożegnania z publicznością.
Mimo wszystko film jest... Rzetelny. Gdyby to był czyjś debiut reżyserski, napisałbym, że rewelacja. Ale jak to mówią - "mały koń - mały wóz, duży koń - duży wóz."
NA PLUS:
- Depp!! Geniusz, postać Dillingera dźwiga cały film na wyżyny. Scena na komisariacie z pewnością przejdzie do historii, jako jedna z najlepszych scen kina
- muzyka, nienachalna, pojawiająca się tylko we właściwych momentach
- scena strzelaniny (jak zawsze u Manna prima sort) i finałowa na ulicy
NA MINUS
- ile można z tą cyfrówką z ręki?! Zbliżenia z anusa wzięte, miałem wrażenie, że co niektórzy bohaterowie chcą mnie połknąć, wszystko się trzęsie i momentami wygląda to gorzej, niż "Cloverfield".
- wprowadzenie od groma postaci, które aktorsko przy Deppie bledną. Żadna nie przykuła mnie do ekranu, nie sprawiła, żebym ją pamiętał, czy analizował jej poczynania (łącznie z dziewczyną Dillingera). Kumple Johna pojawiają się i znikają, a ja pozostaję głupi.
- Christian Bale!! Toż to Rasiak "Public Enemies", gra jedną mimiką twarzy, mówi ciągle tą samą intonacją głosu. W kontekście jego "końca" (informacja przed napisami końcowymi) jest jedna rzecz, która go broni: można założyć, że on sobie po prostu zupełnie nie radził z zastaną sytuacją, z kontrolowaniem poczynań podwładnych etc. a zżerała go ambicja (ostatnia dialog). Ale można było to zagrać znacznie lepiej. I czy tylko mi się wydaje, czy agent Pelvis jak szepce, to tylko mu doprawić czarną pelerynkę i stałby się...

- brak choć jednej bardziej rozbudowanej sceny napadu na bank. Na Szatana, to film o Dillingerze - znanym właśnie z niesamowitej sprawności obrabowywania najlepiej strzeżonych lokacji, perfekcyjnego planowania i przeprowadzania akcji. To jakby robić film o Hendriksie i nie pokazywać, jak gra na gitarze, ewentualnie pokazać tylko, jak zakłada ją, bierze kostkę i przeskakiwać od razu do sceny pożegnania z publicznością.
Mimo wszystko film jest... Rzetelny. Gdyby to był czyjś debiut reżyserski, napisałbym, że rewelacja. Ale jak to mówią - "mały koń - mały wóz, duży koń - duży wóz."
.noisivelet naht nuf erom era srorriM
02-08-2009, 13:53





