Mefisto napisał(a):Może i Dillinger, ten prawdziwy, był kawałem skurwysyna. Ale ten filmowy nie jest i tyle.
ten prawdziwy też nie był. dobrze napisałeś - że jest próżny, narcystyczny, wywyższa się i wykorzystuje PR jak może. ale nie zgodzę się, że jest draniem, którego trzeba od razu zabić lub posłać na krzesło. ten prawdziwy był podobny. nikt nigdy nie zbliżył się na tak krótki dystans do realnej postaci dillingera (albo: postaci, która żyje w świadomości pokoleń, bo realnego człowieka nigdy nie poznamy), jak uczynił to Mann w PE. dla porównania obejrzyjcie sobie wersje z bodaj 74 - tam w postać dillingera wciela się jeden z najwybitniejszych aktorów wszystkich czasów i epok geologicznych, mianowicie warren oates (przekrojowo sto razy lepszy aktorsko od deppa), ale niestety w tym konkretnym filmie w roli gangstera wypada cienko jak dupa węża. podkreślam: żaden z biografów nigdy nie napisze, że dillinger był amoralnym mordercą w klimatach pesciego z 'kasyna' (nawiasem, super postać - kto by nie chciał być jak joe pesci i spuścić wpierdol mafiozom?), zasługującym na krzesło elektryczne, bo to niesprawiedliwie uproszczenie. Mann z kolei nigdy nie powie do kamery, że bycie gangsterem to szatan i zło i fucha godna potępienia. nigdy przenigdy. Dillinger zginął - poniósł konsekwencje swoich czynów (mówiąc waszym "umoralniającym" językiem: "poniósł kare za bycie niemoralnym"). i finito. teraz do widza należy decyzja, czy warto okradać banki, skoro można skończyć na bruku z nosem we krwi.
inna sprawa: wątpliwości budzi uczuciowość filmowego dilingera - że kochał billie i że niby przez to Mann pokazuje, że w sumie fajny z niego koleś. znowu bzdura. tzn. dill fajny jest, podobnie jak 99,9% przestępców portretowanych przez amerykańskie/francuskie kino gangsterskie. ale nie w tym rzecz. Mann ukuł ciekawą definicje socjopaty i ona przewija się przez karty wszystkich jego filmów: "socjopata to taki gość, który własne dzieci kocha, a cudze zabije" (w sensie: nie zaryzykuje własnego życia i w razie konieczności zabije każdego, kto stanie mu na drodze). dillingerowi daleko do klinicznego socjopaty (vincentowi z zakładnika i neilowi z heat było znacznie bliżej, choć znowu spora odległość dzieli ich od totalnej nihilistycznej negacji wszystkiego), co nie oznacza, że nie miał w sobie zadatków na takiego. w filmie zresztą jest świetna scena okrycia kasjerki płaszczem - wiadomo, o co chodzi. tak więc dillinger jak najbardziej mógł kochać billie i jak najbardziej mógł oddać za nią życie i jednocześnie dzielić się pieniędzmi z "buźką" nelsonem oraz wystawiać na odstrzał cywilów - nie ma w tym nic nadprzyrodzonego, bulwersującego, a już na pewno nierealistycznego (pomijając to, że wątek miłosny w PE jest wątkiem melodramatycznym - licentia poetica reżysera i bezsensu jest się obruszać, że nie przypomina on 'Jak być kochaną' Hasa).
Karaluch napisał(a):Przykładać do filmu jakąś "moralność", choć tego nie potrzebuje?
to jest w ogóle durnota do potęgi n-tej. Mann robi filmy dla dorosłych, nie dla dzieci. dorosłym ludziom nie tłumaczy się jak krowa na rowie dylematów etycznych. dorosły człowiek, oglądając wrogów publicznych, nie pyta: "czy dill postąpił źle" (swoją drogą, mega dziecinne pytanie). dorosły człowiek pyta: "czy było warto". czy warto być gangsterem? czy warto zabijać ludzi dla pieniędzy? czy warto narażać życie niewinnych cywilów? a może lepiej weiśc spokojne życie i nikomu nie wadzić? widzicie gdzieś jakieś umoralniające wstawki z ambony od prałata? bo ja nie. to sa niemal techniczne pytania, na które sami sobie musicie udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi. ten konkretny reżyser wam w tym nie pomoże, bo on ma w dupie waszą moralność i "tatowo-mamowe" mądrości, wpajane przez lata wychowawczej indoktrynacji.
02-08-2009, 23:47






