AMERICAN GANGSTER (2007)
Reżyseria: Ridley Scott
Obsada: Denzel Washington, Russel Crowe, Cuba Gooding Jr.
Muzyka: Marc Streitenfeld
Gatunek: Kryminał, Gangsterski
Produkcja: USA
Jeden z najbardziej oczekiwanych filmów roku wreszcie ujrzał światło dzienne. Oczekiwania były duże. Głównie za sprawą Ridleya Scotta, jak i doborowej czołówki aktorów.
I muszę przyznać, że jeśli o mnie chodzi to się nie zawiodłem.
Ridley Scott przenosi nas w przełom lat 60. i 70. do Harlemu by pokazać karierę króla narkotyków - Francka Lucasa. W tej roli wystąpił Denzel Washington, który z zadania wykonał się bardzo dobrze (zresztą, za te 40$ baksów, które wziął za ten film, spróbował by tylko coś spaprać). Dla niektórych może nie był w 100% przekonujący jako szef wielkiego nielegalnego imperium - zapewne wpływ na taki odbiór ma stereotyp człowieka, który widzimy w wielu gangsterskich filmach - czyli szef, który jak trzeba jest też bezwzględnym, twardym i okrutnym (coś jak De Niro czy Pesci w Goodfellas). Franck Lucas jest inny - zdecydowanie bliżej mu do tego typu postaci jaką był Don Vito Corleone z Godfather.
Oczywiście musi być też druga strona medalu. Musi być też ten dobry, a jest nim Russell Crowe. Jakże inny niż w roli, z której wszyscy go pamiętamy - Gladiatora. Inny, za to równie wiarygodny. Crowe'owi też niczego nie można zarzucić.
No i cieszy mnie przede wszystkim to, że Scott nie uczynił z postaci Richiego Robertsa bohatera, super twardego gliny, który ma wszystko i wszystkich gdzieś (zwłaszcza nakazy). Strzela do kogoś na każdej przecznicy, gania po budynkach itp. (coś w stylu Nicka Nolte z 48 hours chociażby).
Jest też znakomity drugi plan na czele z takimi aktorami jak Cuba Gooding Jr., Josh Brolin czy John Ortiz.
To tyle - jeśli chodzi o aktorów. Jeszcze trochę o scenariuszu.
Nie jest to jakaś mistrzowska perełka. Raczej solidna robota bez większych wpadek czy banałów, ale też nie jest to fajerwerk.
Nie ma tu wartkiej akcji, szalonych pościgów. Jest za to napięcie, ciekawość i realizm.
I kolejny raz w tego rodzaju filmach mamy klasyczny schemat głównego bohatera, czyli start z samego dołu, droga na sam szczyt i bolesny upadek. Nie jest to nic odkrywczego i wybitnego, ale sprawdza się. Tak jak się sprawdziło w Goodfellas czy Scarface.
Zdecydowanie najmocniejszą stroną tego filmu jest jednak to, w czym Ridley Scott jest najlepszy. Budowanie klimatu.
Znakomite zdjęcia - świetnie przedstawione realia lat 70. Począwszy od ulic Harlemu po knajpki w Wietnamie - wszystkie te sceny są dopieszczone, świetnie zrobione, a samo oglądanie ich sprawia przyjemność.
No i muzyka - dobra, choć (co do Scotta raczej niepodobne) nie jest eksponowana i chowa się gdzieś w tle wydarzeń. Oczywiście poza scenami w klubach.
I to, co mi się najbardziej rzuciło w oczy. Ridley Scott odgrzebał lekko zapomniany już klimat wielu filmów produkowanych w latach 70. i 80. Chodzi mi o środowisko gliniarzy.
Skorumpowani, źli gliniarze, gnieżdżący się w obskurnych i wiecznie zadymionych posterunkach. Te wszystkie obrazy perfekcyjnie nakręcone, wiele mówią o samych gliniarzach. I już naprawdę nie było trzeba nic dodawać - samym obrazem Scott przedstawił wszystko jak na tacy. Po raz kolejny udowodnił, że potrafi i nie boi się czerpać ze sprawdzonych, dobrych wzorców.
I jeszcze jedna rzecz, która cieszy oko. Dobrze jest obejrzeć dobry film sensacyjny, który nie jest naszpikowany komputerowymi trickami, efektami specjalnymi itp. W ostatnich czasach coraz trudniej o to.
Reasumując. Ridley Scott nakręcił kolejny znakomity film w swoim dorobku. Nie jest to dzieło formatu Blade Runnera czy Gladiatora, ale jest to z pewnością mocna pozycja w jego dorobku. I z pewnością wejdzie do kanonu filmów gangsterskich, choć nie dorównuje takim filmom jak Godfather czy Goodfellas.
Przy obecnie występującej mizerii w kinie Hollywoodzkim, ten obraz ma nominację do oskara jak w banku. Może nawet nawet samego oskara - licznej i silnej konkurencji za bardzo nie widać.
Z drugiej strony jeśli American Gangster po ubiegłorocznym sukcesie The Departed zdobędzie statuetkę za najlepszy film, to będzie to przede wszystkim potwierdzenie kryzysu twórczego jaki obecnie panuje w Hollywood. Bo jeszcze 10 lat temu taki film był by pewnie dość daleko w gronie faworytów.
Jeśli ktoś chce obejrzeć kawał dobrego kina w najlepszym wydaniu, to niech ogląda. Zawiedziony nie będzie. Znakomity film.
9/10
Reżyseria: Ridley Scott
Obsada: Denzel Washington, Russel Crowe, Cuba Gooding Jr.
Muzyka: Marc Streitenfeld
Gatunek: Kryminał, Gangsterski
Produkcja: USA
Jeden z najbardziej oczekiwanych filmów roku wreszcie ujrzał światło dzienne. Oczekiwania były duże. Głównie za sprawą Ridleya Scotta, jak i doborowej czołówki aktorów.
I muszę przyznać, że jeśli o mnie chodzi to się nie zawiodłem.
Ridley Scott przenosi nas w przełom lat 60. i 70. do Harlemu by pokazać karierę króla narkotyków - Francka Lucasa. W tej roli wystąpił Denzel Washington, który z zadania wykonał się bardzo dobrze (zresztą, za te 40$ baksów, które wziął za ten film, spróbował by tylko coś spaprać). Dla niektórych może nie był w 100% przekonujący jako szef wielkiego nielegalnego imperium - zapewne wpływ na taki odbiór ma stereotyp człowieka, który widzimy w wielu gangsterskich filmach - czyli szef, który jak trzeba jest też bezwzględnym, twardym i okrutnym (coś jak De Niro czy Pesci w Goodfellas). Franck Lucas jest inny - zdecydowanie bliżej mu do tego typu postaci jaką był Don Vito Corleone z Godfather.
Oczywiście musi być też druga strona medalu. Musi być też ten dobry, a jest nim Russell Crowe. Jakże inny niż w roli, z której wszyscy go pamiętamy - Gladiatora. Inny, za to równie wiarygodny. Crowe'owi też niczego nie można zarzucić.
No i cieszy mnie przede wszystkim to, że Scott nie uczynił z postaci Richiego Robertsa bohatera, super twardego gliny, który ma wszystko i wszystkich gdzieś (zwłaszcza nakazy). Strzela do kogoś na każdej przecznicy, gania po budynkach itp. (coś w stylu Nicka Nolte z 48 hours chociażby).
Jest też znakomity drugi plan na czele z takimi aktorami jak Cuba Gooding Jr., Josh Brolin czy John Ortiz.
To tyle - jeśli chodzi o aktorów. Jeszcze trochę o scenariuszu.
Nie jest to jakaś mistrzowska perełka. Raczej solidna robota bez większych wpadek czy banałów, ale też nie jest to fajerwerk.
Nie ma tu wartkiej akcji, szalonych pościgów. Jest za to napięcie, ciekawość i realizm.
I kolejny raz w tego rodzaju filmach mamy klasyczny schemat głównego bohatera, czyli start z samego dołu, droga na sam szczyt i bolesny upadek. Nie jest to nic odkrywczego i wybitnego, ale sprawdza się. Tak jak się sprawdziło w Goodfellas czy Scarface.
Zdecydowanie najmocniejszą stroną tego filmu jest jednak to, w czym Ridley Scott jest najlepszy. Budowanie klimatu.
Znakomite zdjęcia - świetnie przedstawione realia lat 70. Począwszy od ulic Harlemu po knajpki w Wietnamie - wszystkie te sceny są dopieszczone, świetnie zrobione, a samo oglądanie ich sprawia przyjemność.
No i muzyka - dobra, choć (co do Scotta raczej niepodobne) nie jest eksponowana i chowa się gdzieś w tle wydarzeń. Oczywiście poza scenami w klubach.
I to, co mi się najbardziej rzuciło w oczy. Ridley Scott odgrzebał lekko zapomniany już klimat wielu filmów produkowanych w latach 70. i 80. Chodzi mi o środowisko gliniarzy.
Skorumpowani, źli gliniarze, gnieżdżący się w obskurnych i wiecznie zadymionych posterunkach. Te wszystkie obrazy perfekcyjnie nakręcone, wiele mówią o samych gliniarzach. I już naprawdę nie było trzeba nic dodawać - samym obrazem Scott przedstawił wszystko jak na tacy. Po raz kolejny udowodnił, że potrafi i nie boi się czerpać ze sprawdzonych, dobrych wzorców.
I jeszcze jedna rzecz, która cieszy oko. Dobrze jest obejrzeć dobry film sensacyjny, który nie jest naszpikowany komputerowymi trickami, efektami specjalnymi itp. W ostatnich czasach coraz trudniej o to.
Reasumując. Ridley Scott nakręcił kolejny znakomity film w swoim dorobku. Nie jest to dzieło formatu Blade Runnera czy Gladiatora, ale jest to z pewnością mocna pozycja w jego dorobku. I z pewnością wejdzie do kanonu filmów gangsterskich, choć nie dorównuje takim filmom jak Godfather czy Goodfellas.
Przy obecnie występującej mizerii w kinie Hollywoodzkim, ten obraz ma nominację do oskara jak w banku. Może nawet nawet samego oskara - licznej i silnej konkurencji za bardzo nie widać.
Z drugiej strony jeśli American Gangster po ubiegłorocznym sukcesie The Departed zdobędzie statuetkę za najlepszy film, to będzie to przede wszystkim potwierdzenie kryzysu twórczego jaki obecnie panuje w Hollywood. Bo jeszcze 10 lat temu taki film był by pewnie dość daleko w gronie faworytów.
Jeśli ktoś chce obejrzeć kawał dobrego kina w najlepszym wydaniu, to niech ogląda. Zawiedziony nie będzie. Znakomity film.
9/10
11-11-2007, 23:30






