Mnie w Potterach zawsze najbardziej interesowały postaci - ze szczególnym wskazaniem na Snape'a, Lupina (który jednakowoż stracił całą swoją wyjątkowość w dwóch ostatnich częściach), Dumbledore'a, Hermionę i Hagrida. Rowling udało się stworzyć fantastyczną galerię czubków i maniaków, indywidualistów uwikłanych w konflikt pomiędzy pojebaniem poczciwym a pojebaniem podłym (dlatego też sam Harry niezbyt się sprawdza jako postać w centrum - jego perypetie byłyby znacznie bardziej pasjonujące z różnych punktów widzenia). W Insygniach Śmierci wychodzi na jaw to, co bystry czytelnik zakumał już te dwa czy trzy tysiące stron wcześciej - główna intryga cyklu jest w gruncie rzeczy tragiczną historią pojedynku charakterów (i to bynajmniej nie na linii Voldek - Harruś). Ale nie mam pojęcia, jak twórcy wybrną z syfu, w który wdepnęli dwie części temu (kto zna powieści, wie, co mam na myśli).
Mierzwiak napisał(a):VII zapowiada się na wymęczoną rutynę.Z mojej strony - gest Coopera <ok>
DON'T BLINK AND TURN LEFT.
29-06-2010, 13:23





