No i obejrzałem. Po tak pozytywnych opiniach nie wytrzymałem do stycznia.
Film "Scorsese - podobny", szczególnie na poziomie historii. Główny bohater o mrocznej naturze i lewym biznesie rozwija swoje imperium będąc zawsze o krok przed policją, konkurencją i wrogami. I jak w historiach kręconych przez Martina skleciony z malutkich klocków sukces zaczyna się sypać. To wada i zaleta filmu jednocześnie.
- Wada, bo w swych ambicjach jest typowy i w typowy sposób rysuje tzw. "dobrze nakreślone osobowości". Także w typowy sposób rozwija się historia, która oczywiście aspiruje do tej ambitniejszej (i taka jest!). Otrzymujemy więc film typowy w swej ambicji - nic ponad to co sam osobiście lubię i jest to mój największy od kilku ładnych lat zarzut pod adresem Ridleya. Udowadnia on swój kunszt, wyczucie i ambicje, pokazuje jak elastycznym twórcą jest, ale brakuje mi tego pierdolnięcia od faceta, który jest kimś więcej niż bardzo dobrym reżyserem. Może się czepiam, ale brakuje mi tego Ridleyowskiego zęba.
- Zaleta, bo takich filmów nigdy dość, nawet jeżeli niczym nie zaskakują to pochłaniają bez reszty i tak właśnie jest tym razem.
Rewelacyjna jest muzyka. Bzyku napisał, że nie jest na pierwszym planie - nie zgodzę się. To Scott (bez względu który) i muzyka tradycyjnie jest jednym z głównych aktorów obrazu. Nareszcie nie Hans Zimmer, którego słuchanie dobija mnie już dogłębnie. Dzięki temu film uzyskał własną duszę.
Denzel - i wszystko jasne. Twórcy idą za ciosem i wciąż serwują nam go jako bezkompromisowego twardziela. Aktor sprawdza się w tym wyśmienicie.
Crowe - również wszystko jasne. Kolejny przykład aktora, który zagrać może wszystko. Tu w roli dość pierdołowatego momentami gliniarza - fizycznie, bo w głowie jak najbardziej pozytywnie.
Rewelacyjny drugi plan, choć odrobinę drażnił mnie Armand Assante. Dawno gościa nie widziałem, ale jego kreacja z nagminnym manieryzmem przypomniała mi z miejsca Nicholsona w Infiltracji. To taki przesadzony powrót - aktor chciał wykorzystać zbyt wiele ze swojego dorobku jednocześnie. Wyszło w pół do parodystycznie.
Podsumowując - nic co by miażdżyło bez opamiętania, niemniej jednak widzę tu Oscara dla Ridleya. Zresztą uważam, że taki był cel powstania tego filmu, tym bardziej, że Scott przejął projekt po Antoine Fuqua - tym od Dnia Próby.
Film "Scorsese - podobny", szczególnie na poziomie historii. Główny bohater o mrocznej naturze i lewym biznesie rozwija swoje imperium będąc zawsze o krok przed policją, konkurencją i wrogami. I jak w historiach kręconych przez Martina skleciony z malutkich klocków sukces zaczyna się sypać. To wada i zaleta filmu jednocześnie.
- Wada, bo w swych ambicjach jest typowy i w typowy sposób rysuje tzw. "dobrze nakreślone osobowości". Także w typowy sposób rozwija się historia, która oczywiście aspiruje do tej ambitniejszej (i taka jest!). Otrzymujemy więc film typowy w swej ambicji - nic ponad to co sam osobiście lubię i jest to mój największy od kilku ładnych lat zarzut pod adresem Ridleya. Udowadnia on swój kunszt, wyczucie i ambicje, pokazuje jak elastycznym twórcą jest, ale brakuje mi tego pierdolnięcia od faceta, który jest kimś więcej niż bardzo dobrym reżyserem. Może się czepiam, ale brakuje mi tego Ridleyowskiego zęba.
- Zaleta, bo takich filmów nigdy dość, nawet jeżeli niczym nie zaskakują to pochłaniają bez reszty i tak właśnie jest tym razem.
Rewelacyjna jest muzyka. Bzyku napisał, że nie jest na pierwszym planie - nie zgodzę się. To Scott (bez względu który) i muzyka tradycyjnie jest jednym z głównych aktorów obrazu. Nareszcie nie Hans Zimmer, którego słuchanie dobija mnie już dogłębnie. Dzięki temu film uzyskał własną duszę.
Denzel - i wszystko jasne. Twórcy idą za ciosem i wciąż serwują nam go jako bezkompromisowego twardziela. Aktor sprawdza się w tym wyśmienicie.
Crowe - również wszystko jasne. Kolejny przykład aktora, który zagrać może wszystko. Tu w roli dość pierdołowatego momentami gliniarza - fizycznie, bo w głowie jak najbardziej pozytywnie.
Rewelacyjny drugi plan, choć odrobinę drażnił mnie Armand Assante. Dawno gościa nie widziałem, ale jego kreacja z nagminnym manieryzmem przypomniała mi z miejsca Nicholsona w Infiltracji. To taki przesadzony powrót - aktor chciał wykorzystać zbyt wiele ze swojego dorobku jednocześnie. Wyszło w pół do parodystycznie.
Podsumowując - nic co by miażdżyło bez opamiętania, niemniej jednak widzę tu Oscara dla Ridleya. Zresztą uważam, że taki był cel powstania tego filmu, tym bardziej, że Scott przejął projekt po Antoine Fuqua - tym od Dnia Próby.
I was always criticized for style and content, but I enjoy trying to tell stories a different way - Tony Scott
14-11-2007, 13:18





