Batman & Robin
Niestety nie jest to tak zabawne jak Forever, choć mimo wszystko trochę jednak tak, ale w tym filmie Schumacher tak mocno popuścił wszelkie hamulce (wbrew pozorom przy Foreverze je miał), że zażenowanie, zaliczanie WTFów i facepalmów bierze jednak górę nad dobrą zabawą. Choć nie powiem, dwie godziny zlatują nawet szybko i nie zmieni tego nawet kilkukrotne bycie blisko zejścia z tego świata jak w scenie, w której Barbara ogląda na komputerze czołówkę filmu (!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!) albo gdy Batman pokazuje Freeze'owi jedną ze scen.
Scenariusz znowu (niespodzianka!) kopiuje poprzednie części:
1) na wzór Two-Face'a mamy przeciwnika, który ulega wypadkowi, czyli Mr. Freeze'a, co znowu poznajemy za pomocą nagrania wideo tak dramatycznego, że można umrzeć ze śmiechu,
2) na wzór Catwoman mamy Poison Ivy, czyli kobietę, która odkryła niecne zamiary swojego szefa i została za to "zamordowana". O ile jednak u Burtona zaowocowało to mega klimatyczną sceną z kotami i przezajebistą sceną demolki mieszkania, tutaj mamy Umę Thurman która wyjeżdża z podłogi niczym gwiazda popu na koncercie, otoczona dymem i światłami.
Podobnie jak w przypadku Forevera, tutaj również intryga jest tak głupia, jak to tylko możliwe. Freeze chce zamrozić Gotham, ok, ale to gadanie, że chce by na całym świecie zapanowała epoka lodowcowa? Powodzenia w realizacji planu! Zastanawiam się też, gdzie Bluszcz chciała zasadzić swoje zmutowane rośliny. W lodzie, lodzie, czy może w lodzie? Łatwo przegapić też początkowy wątek dr. Woodrue, który chce sprzedawać państwom superżołnierzy <ok>
Nie ma tu na szczęście tak katorżniczych scen jak te z flashbackami Wayne'a w Forever, ale blisko do nich wątkowi chorego Alfreda, który cudownym zbiegiem okoliczności zachorował na to samo, co żona Freeze'a. No i te kłótnie Dicka z Waynem, wątek zaufania... Ale i tak najlepsze jest to, że Barbara dostała osobny wątek z uczestniczeniem w wyścigach motocyklowych włącznie z okropną, długaśną sceną samego pościgu tylko po to, by Dick mógł ją uratować i powiedzieć "Mam cię!", co z kolei służy temu, żeby w finale znowu on ją złapał i powiedział "Mam cię", ale jednak żeby linka się urwała i ona mogła złapać jego mówiąc - uwaga! - "Nie, to ja mam ciebie". Czuję że zaczyna boleć mnie głowa :)
Całość jest aż nadto nastawiona wyłącznie na dotarcie do dzieci i sprzedaż zabawek, tym bardziej dziwi moment, w którym Bluszcz uwodzi Batmana i Robina i mówi, że ktoś powinien zająć się jej ogródkiem :D
B&R nie wygląda tak tanio jak Forever, co więcej, jest tu nawet jakiś rozmach, ale tandetne scenografie, neony, lasery i wszędobylskie światła nie ratują sytuacji. W zasadzie każda scena, jeśli tylko nie jest akurat jednolita kolorystycznie, to oczojebna mieszanka niebieskiego, czerwonego i zielonego. Zdjęcia znowu wkurzają niemiłosiernie, z tymi durnym kręceniem pod dziwnymi kątami, które ktoś uznał za dobry pomysł.
George Clooney jak pisałem wcześniej o lata świetlne wyprzedza Kilmera, ale i tak jest beznadziejny ;) Wayne w jego wykonaniu to postać, która również nie ma za grosz charyzmy czy osobowości, ale za to nie ma się ochoty zrobić mu masażu serca, bo gość nie wygląda przez cały film jakby umierał. To samo z Batmanem; Clooney wygląda jak osoba, która udaje Batmana, a nie Batman.
Arnold Schwarzenegger wiadomo, aktorem szczególnie dobrym nigdy nie był, ale to co robi jako Freeze to zdecydowanie jeden z najbardziej odrażających pokazów "aktorstwa" ever. Z drugiej strony gdybym grał w takim kostiumie i musiał wypowiadać takie dialogi, dodatkowo upstrzone niekończącymi się "ice", "cold", "cool" i "freeze", chyba też nie pozostałoby mi nic innego jak dać się ponieść i rozdziawiać paszczę wydając różne odgłosy.
Uma Thurman jest tragiczna, kiedy otwiera usta (dialogi tylko pogarszają sprawę), ale świetna, gdy przychodzi jej do robienia min, nawet jeśli czasami ostro przegina.
Chris O'Donnell niby taki sam jak poprzednio, ale bardziej wkurza. Tylko kostium (ten pierwszy) ma fajny, bardzo podoba mi się to czerwone logo przechodzące aż na ramiona.
Alicia Silverstone... Oglądanie tego co robią, jak się zachowują i jakie kształty przyjmują w tym filmie jej usta jest doprawdy fascynujące. W zasadzie to mogłoby być 120 minut samych jej ust, byłoby zdecydowanie ciekawiej i zabawniej.
Na koniec coś dla osób, którym nie chce się powtarzać całego filmu:
Niestety nie jest to tak zabawne jak Forever, choć mimo wszystko trochę jednak tak, ale w tym filmie Schumacher tak mocno popuścił wszelkie hamulce (wbrew pozorom przy Foreverze je miał), że zażenowanie, zaliczanie WTFów i facepalmów bierze jednak górę nad dobrą zabawą. Choć nie powiem, dwie godziny zlatują nawet szybko i nie zmieni tego nawet kilkukrotne bycie blisko zejścia z tego świata jak w scenie, w której Barbara ogląda na komputerze czołówkę filmu (!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!) albo gdy Batman pokazuje Freeze'owi jedną ze scen.
Scenariusz znowu (niespodzianka!) kopiuje poprzednie części:
1) na wzór Two-Face'a mamy przeciwnika, który ulega wypadkowi, czyli Mr. Freeze'a, co znowu poznajemy za pomocą nagrania wideo tak dramatycznego, że można umrzeć ze śmiechu,
2) na wzór Catwoman mamy Poison Ivy, czyli kobietę, która odkryła niecne zamiary swojego szefa i została za to "zamordowana". O ile jednak u Burtona zaowocowało to mega klimatyczną sceną z kotami i przezajebistą sceną demolki mieszkania, tutaj mamy Umę Thurman która wyjeżdża z podłogi niczym gwiazda popu na koncercie, otoczona dymem i światłami.
Podobnie jak w przypadku Forevera, tutaj również intryga jest tak głupia, jak to tylko możliwe. Freeze chce zamrozić Gotham, ok, ale to gadanie, że chce by na całym świecie zapanowała epoka lodowcowa? Powodzenia w realizacji planu! Zastanawiam się też, gdzie Bluszcz chciała zasadzić swoje zmutowane rośliny. W lodzie, lodzie, czy może w lodzie? Łatwo przegapić też początkowy wątek dr. Woodrue, który chce sprzedawać państwom superżołnierzy <ok>
Nie ma tu na szczęście tak katorżniczych scen jak te z flashbackami Wayne'a w Forever, ale blisko do nich wątkowi chorego Alfreda, który cudownym zbiegiem okoliczności zachorował na to samo, co żona Freeze'a. No i te kłótnie Dicka z Waynem, wątek zaufania... Ale i tak najlepsze jest to, że Barbara dostała osobny wątek z uczestniczeniem w wyścigach motocyklowych włącznie z okropną, długaśną sceną samego pościgu tylko po to, by Dick mógł ją uratować i powiedzieć "Mam cię!", co z kolei służy temu, żeby w finale znowu on ją złapał i powiedział "Mam cię", ale jednak żeby linka się urwała i ona mogła złapać jego mówiąc - uwaga! - "Nie, to ja mam ciebie". Czuję że zaczyna boleć mnie głowa :)
Całość jest aż nadto nastawiona wyłącznie na dotarcie do dzieci i sprzedaż zabawek, tym bardziej dziwi moment, w którym Bluszcz uwodzi Batmana i Robina i mówi, że ktoś powinien zająć się jej ogródkiem :D
B&R nie wygląda tak tanio jak Forever, co więcej, jest tu nawet jakiś rozmach, ale tandetne scenografie, neony, lasery i wszędobylskie światła nie ratują sytuacji. W zasadzie każda scena, jeśli tylko nie jest akurat jednolita kolorystycznie, to oczojebna mieszanka niebieskiego, czerwonego i zielonego. Zdjęcia znowu wkurzają niemiłosiernie, z tymi durnym kręceniem pod dziwnymi kątami, które ktoś uznał za dobry pomysł.
George Clooney jak pisałem wcześniej o lata świetlne wyprzedza Kilmera, ale i tak jest beznadziejny ;) Wayne w jego wykonaniu to postać, która również nie ma za grosz charyzmy czy osobowości, ale za to nie ma się ochoty zrobić mu masażu serca, bo gość nie wygląda przez cały film jakby umierał. To samo z Batmanem; Clooney wygląda jak osoba, która udaje Batmana, a nie Batman.
Arnold Schwarzenegger wiadomo, aktorem szczególnie dobrym nigdy nie był, ale to co robi jako Freeze to zdecydowanie jeden z najbardziej odrażających pokazów "aktorstwa" ever. Z drugiej strony gdybym grał w takim kostiumie i musiał wypowiadać takie dialogi, dodatkowo upstrzone niekończącymi się "ice", "cold", "cool" i "freeze", chyba też nie pozostałoby mi nic innego jak dać się ponieść i rozdziawiać paszczę wydając różne odgłosy.
Uma Thurman jest tragiczna, kiedy otwiera usta (dialogi tylko pogarszają sprawę), ale świetna, gdy przychodzi jej do robienia min, nawet jeśli czasami ostro przegina.
Chris O'Donnell niby taki sam jak poprzednio, ale bardziej wkurza. Tylko kostium (ten pierwszy) ma fajny, bardzo podoba mi się to czerwone logo przechodzące aż na ramiona.
Alicia Silverstone... Oglądanie tego co robią, jak się zachowują i jakie kształty przyjmują w tym filmie jej usta jest doprawdy fascynujące. W zasadzie to mogłoby być 120 minut samych jej ust, byłoby zdecydowanie ciekawiej i zabawniej.
Na koniec coś dla osób, którym nie chce się powtarzać całego filmu:
29-07-2012, 20:55 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-07-2012, 21:03 przez Mierzwiak.)





