Ależ nędza! Najgorszy wśród nominowanych do Oscara filmów, jednocześnie najgorszy musical z jakim miałem styczność. Zaznaczę na wstępie, że nie jestem znawcą tego gatunku filmowego, widziałem mniej niż bym tego chciał. Mimo wszystko miałem przyjemność poznać zarówno "Upiora w operze", jak i "Chicago" w dwóch wersjach - filmowych i scenicznych na deskach warszawskiej Romy i gdyńskiego Teatru Muzycznego. Zakładam zatem, może nieco nad wyraz optymistycznie, że posmakowałem tego, co w moim mniemaniu można nazwać dobrym musicalem i właśnie względem nich oceniałem "Nędzników".
Seans był dla mnie męczarnią z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze zaserwowano mi dwie i pół godziny śpiewów na jedno kopyto, wręczając tekst nie do końca utalentowanym solistom. Sam sposób przekazywania treści do bólu irytujący - niemal 10-minutowe wstawki solo, podczas których operator pokazuje nam praktycznie wyłącznie twarze wykonawców. Przez tych dziesięć minut wałkowane są oczywiście jakieś niezbyt głębokie przemyślenia, które w gruncie rzeczy można by zamknąć w jednym zdaniu np. "Jest mi smutno", "Kocham ją", "Bijmy się!". Rozumiem, forma musicalowa wymaga pewnego rozwleczenia nawet najbardziej banalnych treści (cecha charakterystyczna wszystkich filmów w tym gatunku), ale można by to chociaż ubrać w atrakcyjną szatę.
A skoro mowa o banalności, to dochodzimy do drugiego powodu, przez który "Nędznicy" nie zapiszą się w mej pamięci jako dzieło wybitne, ani nawet dobre. Postaci występujące w tej historii są tak płytkie, jakby historia opowiadała o zakochanych nastolatkach z "Across the Universe" (nic nie ujmując temu filmowi, bo chociaż się na nim nieźle bawiłem), a nie o rewolucji, wojnie o przekonania i racje oraz miłości ojcowskiej i tej młodzieńczej. Nie rozumiem motywacji większości (jeżeli nie wszystkich) bohaterów, nie pomagają w tym początkowe przeskoki czasowe oraz wspominane wcześniej 10-minutowe muzyczne puste wyznania. Nie wspominając już o tym, że historia miłości od pierwszego wejrzenia jest płytka jak wszystkie inne zaserwowane przez kinowych twórców.
Teraz o śpiewie i aktorstwie zarazem. Tak jak pisałem sami soliści słabi. Najlepszy warsztat miała Anne, ale uważam, że nominacja do Oscara, a już na pewno ewentualna wygrana, to będzie zwyczajnie zły wybór. Anne gra krótko i w dodatku tak słabą postać, że nawet wokal wybijający się ponad resztę tego nie ratuje. Zwłaszcza, że wybija się na tle duetu Jackman-Crowe, których słuchanie jest katorgą. Tak, Jackman jest słaby, nie oszukujmy się, aż jestem ciekaw jak poradziłby sobie z materiałem z "Upiora", a przecież był brany pod uwagę. Aha, no i na nominację rzecz jasna też raczej nie zasłużył. Młodzież wokalnie wypada równie przeciętnie, a w dodatku wszyscy są totalnie bez wyrazu. Ewentualnie parka najmłodszych dzieciaków ma w tym filmie jakąś charyzmę i szczerość. Jest też duet Carter-Cohen, którzy są średni, ale dostają w zamian za to segmenty, w których najwięcej się dzieje i dużo przyjemniej się na to patrzy. Polecam sobie posłuchać soundtrack na spokojnie, szybko okazuje się, że ścieżka dźwiękowa jest trudna w odbiorze i słabo wpada w ucho. Gdzie jej tam do motywu przewodniego i dziesiątki innych charakterystycznych utworów z "Upiora w operze", których nie da się zapomnieć.
Od strony wizualnej nie jest źle, choć zdjęcia mi się nie podobały. Nadrabia scenografia, kostiumy itd., czyli to do czego w gruncie rzeczy przywiązuję niewielką uwagę, bo pieczołowite oddanie realiów to dzisiaj w hollywoodzkich produkcjach o zabarwieniu historycznym norma i absolutna podstawa. I nie powinno się tego uznawać za jakiś element ratujący film, czy podstawę jarania się produkcją.
Ciągle trawię, ale na razie 4/10. Zaledwie.
Seans był dla mnie męczarnią z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze zaserwowano mi dwie i pół godziny śpiewów na jedno kopyto, wręczając tekst nie do końca utalentowanym solistom. Sam sposób przekazywania treści do bólu irytujący - niemal 10-minutowe wstawki solo, podczas których operator pokazuje nam praktycznie wyłącznie twarze wykonawców. Przez tych dziesięć minut wałkowane są oczywiście jakieś niezbyt głębokie przemyślenia, które w gruncie rzeczy można by zamknąć w jednym zdaniu np. "Jest mi smutno", "Kocham ją", "Bijmy się!". Rozumiem, forma musicalowa wymaga pewnego rozwleczenia nawet najbardziej banalnych treści (cecha charakterystyczna wszystkich filmów w tym gatunku), ale można by to chociaż ubrać w atrakcyjną szatę.
A skoro mowa o banalności, to dochodzimy do drugiego powodu, przez który "Nędznicy" nie zapiszą się w mej pamięci jako dzieło wybitne, ani nawet dobre. Postaci występujące w tej historii są tak płytkie, jakby historia opowiadała o zakochanych nastolatkach z "Across the Universe" (nic nie ujmując temu filmowi, bo chociaż się na nim nieźle bawiłem), a nie o rewolucji, wojnie o przekonania i racje oraz miłości ojcowskiej i tej młodzieńczej. Nie rozumiem motywacji większości (jeżeli nie wszystkich) bohaterów, nie pomagają w tym początkowe przeskoki czasowe oraz wspominane wcześniej 10-minutowe muzyczne puste wyznania. Nie wspominając już o tym, że historia miłości od pierwszego wejrzenia jest płytka jak wszystkie inne zaserwowane przez kinowych twórców.
Teraz o śpiewie i aktorstwie zarazem. Tak jak pisałem sami soliści słabi. Najlepszy warsztat miała Anne, ale uważam, że nominacja do Oscara, a już na pewno ewentualna wygrana, to będzie zwyczajnie zły wybór. Anne gra krótko i w dodatku tak słabą postać, że nawet wokal wybijający się ponad resztę tego nie ratuje. Zwłaszcza, że wybija się na tle duetu Jackman-Crowe, których słuchanie jest katorgą. Tak, Jackman jest słaby, nie oszukujmy się, aż jestem ciekaw jak poradziłby sobie z materiałem z "Upiora", a przecież był brany pod uwagę. Aha, no i na nominację rzecz jasna też raczej nie zasłużył. Młodzież wokalnie wypada równie przeciętnie, a w dodatku wszyscy są totalnie bez wyrazu. Ewentualnie parka najmłodszych dzieciaków ma w tym filmie jakąś charyzmę i szczerość. Jest też duet Carter-Cohen, którzy są średni, ale dostają w zamian za to segmenty, w których najwięcej się dzieje i dużo przyjemniej się na to patrzy. Polecam sobie posłuchać soundtrack na spokojnie, szybko okazuje się, że ścieżka dźwiękowa jest trudna w odbiorze i słabo wpada w ucho. Gdzie jej tam do motywu przewodniego i dziesiątki innych charakterystycznych utworów z "Upiora w operze", których nie da się zapomnieć.
Od strony wizualnej nie jest źle, choć zdjęcia mi się nie podobały. Nadrabia scenografia, kostiumy itd., czyli to do czego w gruncie rzeczy przywiązuję niewielką uwagę, bo pieczołowite oddanie realiów to dzisiaj w hollywoodzkich produkcjach o zabarwieniu historycznym norma i absolutna podstawa. I nie powinno się tego uznawać za jakiś element ratujący film, czy podstawę jarania się produkcją.
Ciągle trawię, ale na razie 4/10. Zaledwie.
"Byłem królem traktorzystów przy wyrębie lasu na cały Oregon i sąsiednie stany, a królem szulerów od powrotu z Korei i nawet królem opielaczy groszku na farmie w Pendleton - więc pomyślałem sobie, że skoro już mam być wariatem, to też muszę być pierwszym i najlepszym." Randle McMurphy
16-02-2013, 04:35






