Co do Bonda Craiga.
Mental, to czy koleś jest cynglem na usługach korony i gdzie ten fakt stawia go na szczeblach społecznej drabiny od szczura do kultowca, to mi generalnie lata koło dupy. Zamartwianie sie takimi światopoglądowymi pierdołami pozostawiam Tobie ;)
Mnie też śmieszyły poprzednie iteracje tej postaci i Bond bardziej kręci mnie jako popkulturowe zjawisko, ale ten Craigowski jest arcy zajebisty. Już wystarczająco dużo peanów na tym forum było o nim pisane, więc nie będę tego wszystkiego powtarzać. Ale najogólniej jest to zajebisty, charyzmatyczny twardziel, który wciąż posiada aurę tajemniczości. Craig jak mało kto łączy karykaturalność Bonda z autentycznością nowej wersji i miesza angielski urok i subtelność z przysposobieniem łysego zakapiora z jakiegoś brytolskiego klubu piłkarskiego. Obejrzyj sobie jeszcze raz sceny akcji z Casino Royale. Przy tym akrobacje Reachera (choć jak już przyznałem fajne) wymiękają. Początkowa scena z prologu, napierdalanka na schodach w hotelu. Czuć tam walkę dwóch kolesi, którzy szarpią się o własne życia, a nie wymieniają się przekombinowaną choreografią taneczną. Facetów którzy są wytrenowani umieją walczyć, ale zamiast tańczyć szarpią się ze sobą, napieprzają jak goryle w klatce, bez wdawania się w żadne akrobatyczne wigibasy, udawane sztuki walki, czy fałszywy "militarystyczny realizm" Bourne'ów.
Co do Vincenta, popkulturowość tej postaci nie ma najmniejszego znaczenia wobec tego, że Cruise z Mannem uczynili z niego jednego z najbardziej przekonywujących i zajebistych hitmanów. Nie trzeba oglądać making-offów wychwalających trening i prace Cruisa na planie, by wyczuć w filmie od tej postaci aurę zajebistości i morderczych zdolności. Nic z Reachera nawet nie podchodzi do tego co Cruise wyprawia z bronią u Manna. A do jego filozoficznych gadek nie mam absolutnie nic. Na tle hollywoodzkiej skali łopatologicznych dyrdymałów o dupie maryni, pogawędki Vincenta dają radę, a wielu momentach jego rozmowy z Foxem świetnie się ogląda. Taki to jest zresztą typ kolesia, typowy cwaniak, który musi znaleźć sobie jakiś pseudo-filozoficzny pierdół jako usprawiedliwienie dla swojego nihilizmu. Nie wiem czy robi to z niego gorszą postać czy bardziej popkulturowego killera, ale dla mnie wszystko co robi i mówi, działa w 100% w kontekście tego bohatera.
Mental, to czy koleś jest cynglem na usługach korony i gdzie ten fakt stawia go na szczeblach społecznej drabiny od szczura do kultowca, to mi generalnie lata koło dupy. Zamartwianie sie takimi światopoglądowymi pierdołami pozostawiam Tobie ;)
Mnie też śmieszyły poprzednie iteracje tej postaci i Bond bardziej kręci mnie jako popkulturowe zjawisko, ale ten Craigowski jest arcy zajebisty. Już wystarczająco dużo peanów na tym forum było o nim pisane, więc nie będę tego wszystkiego powtarzać. Ale najogólniej jest to zajebisty, charyzmatyczny twardziel, który wciąż posiada aurę tajemniczości. Craig jak mało kto łączy karykaturalność Bonda z autentycznością nowej wersji i miesza angielski urok i subtelność z przysposobieniem łysego zakapiora z jakiegoś brytolskiego klubu piłkarskiego. Obejrzyj sobie jeszcze raz sceny akcji z Casino Royale. Przy tym akrobacje Reachera (choć jak już przyznałem fajne) wymiękają. Początkowa scena z prologu, napierdalanka na schodach w hotelu. Czuć tam walkę dwóch kolesi, którzy szarpią się o własne życia, a nie wymieniają się przekombinowaną choreografią taneczną. Facetów którzy są wytrenowani umieją walczyć, ale zamiast tańczyć szarpią się ze sobą, napieprzają jak goryle w klatce, bez wdawania się w żadne akrobatyczne wigibasy, udawane sztuki walki, czy fałszywy "militarystyczny realizm" Bourne'ów.
Co do Vincenta, popkulturowość tej postaci nie ma najmniejszego znaczenia wobec tego, że Cruise z Mannem uczynili z niego jednego z najbardziej przekonywujących i zajebistych hitmanów. Nie trzeba oglądać making-offów wychwalających trening i prace Cruisa na planie, by wyczuć w filmie od tej postaci aurę zajebistości i morderczych zdolności. Nic z Reachera nawet nie podchodzi do tego co Cruise wyprawia z bronią u Manna. A do jego filozoficznych gadek nie mam absolutnie nic. Na tle hollywoodzkiej skali łopatologicznych dyrdymałów o dupie maryni, pogawędki Vincenta dają radę, a wielu momentach jego rozmowy z Foxem świetnie się ogląda. Taki to jest zresztą typ kolesia, typowy cwaniak, który musi znaleźć sobie jakiś pseudo-filozoficzny pierdół jako usprawiedliwienie dla swojego nihilizmu. Nie wiem czy robi to z niego gorszą postać czy bardziej popkulturowego killera, ale dla mnie wszystko co robi i mówi, działa w 100% w kontekście tego bohatera.
(04-05-2013, 17:40)Paszczak napisał(a): Nie wiem jak was, ale mnie te dwa brytyjskie i jeden indonezyjski przykład przekonały, że jankeskie kino akcji ma się zajebiście.Paszczak tu masz rację oczywiście, ale mojego stanowiska wobec Reachera to nie zmienia. Ustalmy w takim razie, że zamiast kina stricte amerykańskiego kina akcji, mówię o kinie generalnie. Wszystko co oglądam w ramach pochłaniania popkultury. Już w poprzednim poście wymieniałem elementy z poza listy jankeskich akcyjniaków. Jakiś super straszliwy deficyt twardzieli w tym co oglądam mi nie dolega.
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
04-05-2013, 18:24 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-05-2013, 18:32 przez Proteus.)





