DREAMS AND SHADOWS - C. Roberta Cargilla. Tego samego pana, który wspoł-napisał film SINISTER i pisze adaptację DEUS EX. Tutaj mogliście czytać z nim wywiad przeprowadzony przez jakiegoś narcystycznego przystojniaka o ryju kalafiora: http://film.org.pl/a/artykul/wywiad-z-c-robertem-cargillem-17967/
Nie zaglądam do tego tematu często, bo nie czytam prawie w ogole, ale o tym chętnie wspomnę, bo może kogoś zainteresuje.
Książka to miejska fantastyka, nasiąknięta przez osmozę zapewne Gaimanem, magicznymi komiksami Vertigo i mitologią europejską. Podzielona jest na dwie części. W pierwszej części poznajemy dwóch małych chłopców: Ewana i Colby'ego. Jeden mieszka z magicznymi istotami w magicznym lesie (które nie są tak przyjazne jak myśli), a drugi kumpluje się z dżinem (który jest ogólnie spoko, ale też nie aż tak fajny).
Cała pierwsza część książki jest niezmiernie urocza, ale nie do wyrzygania. Bo to dziecięcy klimat, który jest niewinny, ale nie pomija świata dorosłych. Mamy tutaj szaleństwo i mord w rodzinie Ewana, alkoholizm z puszczalstwem matki Colby'ego, mnóstwo krwi, flaków i przeklinania (choć akurat w tej części dziecięcej nie ma go dużo, bo maluchy nie klną). Dzięki temu jest czarujący i z przyjemnością ogląda się ten świat oczami tych bohaterów.
Ciekawiej wypada w kontraście do części drugiej, dziejącej się jakieś 14 lat później, gdy Ewan i Colby są już dorośli. Wybory z pierwszej części gryzą ich w dupskach. Ewan jest tutaj trochę z przypadku, niesiony falą nie wiedząc do końca co ma robić, ale Colby jest na granicy bycia wrakiem.
Nie spoilerując wiele, przypomina mi trochę Constantine'a z częstym przesiadywaniem w barze, zainteresowaniem magią i tak dalej. Za to jego przyjaźń z dżinem Yashirem (tu już ubranym w kurtkę i dżinsy, a nie - jak w pierwszej części - w krzykliwe fantazyjne fatałachy z bajek) nabiera tutaj mniej ojcowskiego wydźwięku, a bardziej kumpelskiego. Chciałbym więcej scen, gdy chleją razem w barze i przybijają sobie piąstki bez patrzenia na siebie, gdy tylko się w czymś zgadzają.
Jako, że Ewan był podmienionym to jest także jego zdeformowana wersja, podmieniec (changeling) Knocks. Ten z całego serca go nienawidzi i zrobi wszystko, by go zniszczyć. I tu zawiązuje się konflikt. Ale nie ma co więcej o nim pisać - nie jest jakiś super oryginalny, ale jest naprawdę sprawnie poprowadzony i ma parę ciekawy zwrotów akcji. Sam Knocks nie jest wcale aż tak płytką postacią i także ma swoją motywację, nie wziętą z powietrza. Podobnie zresztą jak wątek miłosny, który opowiada o miłości "och tak wielkiej", ale gdy się nad tym chwile zastanowić to zajebiście pustej i gorzkiej (przez wzgląd na to kim jest ukochana).
Fajna rzecz z zachlanymi cynicznymi aniołami, teksańskimi krasnoludami wyrabiającymi broń i ciekawymi bohaterami na pierwszym planie. Chętnie dorwę kontynuację.
No a w podziękowaniach jest oczywiście nawiązanie do SINISTER, gdy Cargill dziękuje policjantowi "So-and-So". ;)
Nie zaglądam do tego tematu często, bo nie czytam prawie w ogole, ale o tym chętnie wspomnę, bo może kogoś zainteresuje.
Książka to miejska fantastyka, nasiąknięta przez osmozę zapewne Gaimanem, magicznymi komiksami Vertigo i mitologią europejską. Podzielona jest na dwie części. W pierwszej części poznajemy dwóch małych chłopców: Ewana i Colby'ego. Jeden mieszka z magicznymi istotami w magicznym lesie (które nie są tak przyjazne jak myśli), a drugi kumpluje się z dżinem (który jest ogólnie spoko, ale też nie aż tak fajny).
Cała pierwsza część książki jest niezmiernie urocza, ale nie do wyrzygania. Bo to dziecięcy klimat, który jest niewinny, ale nie pomija świata dorosłych. Mamy tutaj szaleństwo i mord w rodzinie Ewana, alkoholizm z puszczalstwem matki Colby'ego, mnóstwo krwi, flaków i przeklinania (choć akurat w tej części dziecięcej nie ma go dużo, bo maluchy nie klną). Dzięki temu jest czarujący i z przyjemnością ogląda się ten świat oczami tych bohaterów.
Ciekawiej wypada w kontraście do części drugiej, dziejącej się jakieś 14 lat później, gdy Ewan i Colby są już dorośli. Wybory z pierwszej części gryzą ich w dupskach. Ewan jest tutaj trochę z przypadku, niesiony falą nie wiedząc do końca co ma robić, ale Colby jest na granicy bycia wrakiem.
Nie spoilerując wiele, przypomina mi trochę Constantine'a z częstym przesiadywaniem w barze, zainteresowaniem magią i tak dalej. Za to jego przyjaźń z dżinem Yashirem (tu już ubranym w kurtkę i dżinsy, a nie - jak w pierwszej części - w krzykliwe fantazyjne fatałachy z bajek) nabiera tutaj mniej ojcowskiego wydźwięku, a bardziej kumpelskiego. Chciałbym więcej scen, gdy chleją razem w barze i przybijają sobie piąstki bez patrzenia na siebie, gdy tylko się w czymś zgadzają.
Jako, że Ewan był podmienionym to jest także jego zdeformowana wersja, podmieniec (changeling) Knocks. Ten z całego serca go nienawidzi i zrobi wszystko, by go zniszczyć. I tu zawiązuje się konflikt. Ale nie ma co więcej o nim pisać - nie jest jakiś super oryginalny, ale jest naprawdę sprawnie poprowadzony i ma parę ciekawy zwrotów akcji. Sam Knocks nie jest wcale aż tak płytką postacią i także ma swoją motywację, nie wziętą z powietrza. Podobnie zresztą jak wątek miłosny, który opowiada o miłości "och tak wielkiej", ale gdy się nad tym chwile zastanowić to zajebiście pustej i gorzkiej (przez wzgląd na to kim jest ukochana).
Fajna rzecz z zachlanymi cynicznymi aniołami, teksańskimi krasnoludami wyrabiającymi broń i ciekawymi bohaterami na pierwszym planie. Chętnie dorwę kontynuację.
No a w podziękowaniach jest oczywiście nawiązanie do SINISTER, gdy Cargill dziękuje policjantowi "So-and-So". ;)
31-08-2013, 00:10 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-08-2013, 14:23 przez Gal Anonim.)





