Stephen King - Stukostrachy - męczę tę cegłę już dłuuuugo i zaczyna mnie to nudzić. Chyba najgorsza książka Kinga. Najpierw przez dobre 200 stron dzieją się dwie rzeczy - babka znajduje statek kosmiczny, facet przybywa pomóc jej w wykopaniu go z ziemi. Oczywiście każda z postaci ma bardzo rozwiniętą historię, przy czym każda cecha charakteru jest opisywana dziesięciokrotnie i w rozwlekły sposób. Na dodatek są to postaci wyjątkowo sztuczne. No i King przeszedł samego siebie - skserowany z każdej innej jego książki pisarz-alkoholik występuje w liczbie mnogiej! Głównie bohaterowie to para pisarzy!
Kiedy wreszcie zaczyna się coś dziać, King skupia się na opisywaniu w najdrobniejszych szczegółach nieistniejącego miasteczka i jego nieprawdopodobnych mieszkańców, którzy przeżywają średnio interesujące przygody. Jako że King każdą opowieść zaczyna czymś w stylu "to był dzień, w którym John Smith zginął brutalną śmiercią", napięcia absolutnie brak, tak samo zresztą jak ciekawości, co się stało.
Pod względem stylu jest to pulpa, ale dobra pulpa. Lubię sposób narracji Kinga (choć momentami tak mocno uderza w doskonale znane tony, że staje się to irytujące), ale niestety - stał się on narzędziem do odwalenia chałtury. W przeciwieństwie do np. Misery postaci są tutaj płaskie i niewiarygodne. Najbardziej żenujący jest pisarz-alkoholik, który wpada w szał za każdym razem, gdy ktoś wspomni o elektrowniach atomowych.
Spróbuję dokończyć tę książkę (jestem w połowie - już w tej ilości słów można by upchnąć ze trzy razy Wielkiego Gatsby'ego), ale już teraz wiem, że wyżej niż 4/10 nie będzie.
Kiedy wreszcie zaczyna się coś dziać, King skupia się na opisywaniu w najdrobniejszych szczegółach nieistniejącego miasteczka i jego nieprawdopodobnych mieszkańców, którzy przeżywają średnio interesujące przygody. Jako że King każdą opowieść zaczyna czymś w stylu "to był dzień, w którym John Smith zginął brutalną śmiercią", napięcia absolutnie brak, tak samo zresztą jak ciekawości, co się stało.
Pod względem stylu jest to pulpa, ale dobra pulpa. Lubię sposób narracji Kinga (choć momentami tak mocno uderza w doskonale znane tony, że staje się to irytujące), ale niestety - stał się on narzędziem do odwalenia chałtury. W przeciwieństwie do np. Misery postaci są tutaj płaskie i niewiarygodne. Najbardziej żenujący jest pisarz-alkoholik, który wpada w szał za każdym razem, gdy ktoś wspomni o elektrowniach atomowych.
Spróbuję dokończyć tę książkę (jestem w połowie - już w tej ilości słów można by upchnąć ze trzy razy Wielkiego Gatsby'ego), ale już teraz wiem, że wyżej niż 4/10 nie będzie.
31-08-2013, 06:55 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-08-2013, 06:58 przez military.)






