P.D. James - Ludzkie dzieci
Równia pochyła, która dobrze zaczyna, ale w końcu osiąga dno i tak już zostaje. Po pierwszych pięćdziesięciu stronach miałem wrażenie, że oto pojawił się następca 1984 i Brave New World - dystopia, która jest naprawdę straszna, bo w przeciwieństwie do poprzednich, nie daje ŻADNYCH nadziei. Pomysł wyjściowy to czysta rewelacja. ALE.
Ale szybko autorka zaczyna bawić się w przypominanie, tzn. co dwa zdania pokreśla jak jest szaro, buro i ponuro. Tu szaro, tam szaro. I tam też. Szarość szarości. Szaroszaroszaro. Dobra, psze pani, już zdążyłem zauwazyć! Szaroszaroszaroszaro. A główny bohater ma problemy. Żeby czytelnik nie zapomniał, co dwie strony trzeba przypomnieć ich charakter i podłoże. No ale okej, jakoś przeżyjemy, bo oto coś zaczyna się dziać...
...i przerwa na długą retrospekcję. Wizyta bohatera na wsi, kiedy dzieckiem był. Miły powrót do angielskiej flemgy, następnie wyjście z retrospekcji, wracamy do tego co zaczyna się dziać iiii... Retrospekcja, w której bohater, znów dzieckiem będąc, uczestniczy w rodzinnym obiedzie. Powrót do akcji iii... zgadnijcie co.
Po natłoku retrospekcji akcja rusza z kopyta, tzn. zaczynają mnożyć się kretynizmy. Bohaterowie zachowują się jak ostatni idioci - nic dziwnego, ze ludzkości grozi wymarcie! Motywacje person dramatu są nieprzekonywające, a jakby tego było mało, pojawiają się Zbiegi Okoliczności, co łącznie daje fest śmierdzącą mieszankę.
Przykładowy Zbieg Okoliczności podszyty idiotycznym zachowaniem: główny bohater, szczęśliwym trafem kuzyn Zarządcy Anglii i jedyna osoba, do której tamten żywi sympatię, zwraca uwagę na uczestniczkę swojego wykładu. Okazuje się ona członkinią pięcioosobowej (!) grupy terrorystycznej, która tegoż dyktatora chce obalić w imię dość wątpliwych wartości (np. po to, by z narażeniem życia pomóc przestępcom jakoś opanować burdel w więzieniu). Terroryści proszą, aby bohater spróbował na początek namówić dyktatora do spełnienia ich postulatów. Aby pokazać, że problem istnieje, proponują mu obejrzenie "wyciszenia" - zbiorowego samobójstwa organizowanego przez władze dla wszystkich chętnych. Przypadkowo akurat ten spektakl, w którym uczestniczy heros, okazuje się źle przygotowany, następują komplikacje - w przypływie paniki jedna z "uczestniczek" (chora zresztą psychicznie) chce uciec. Zbiegiem okoliczności okazuje się, że to żona starego przyjaciela bohatera. Bohater jest zszokowany, zgadza się podsunąć dykatorowi projekt zmian. Ten odmawia, co normalne, ale bohater łatwo się nie podda, bo z setek kobiet na Ziemi zakochał się akurat w rzeczonej terrorystce. Co za niesamowity splot wydarzeń.
Przejdźmy do większych wad. Irytujący jest fakt, że bohaterów jest dokładnie tylu, aby każdy z nich odegrał jakąś rolę - nie ma ludzi, którzy po prostu są; jakiegoś tła. Wkurza, że jeśli autorka nie ma pomysłu, jak się ich pozbyć, to wprowadza nagle jakieś dziwne rozwiązanie, np. z dupy wyjęte plemię, które zabija faceta niewygodnego dla rozwoju fabuły. Deus ex machina to zresztą rozwiązanie częste w tej powieści - jeśli o czymś autorka zapomniała wcześniej, zostaje to wprowadzone po 30 stronach z dopiskiem "bohater zdziwił się, że o tym wcześniej nie pomyślał".
Najgorsze jest jednak zachowanie każdego człowieka obecnego na kartach powieści; zachowanie godne lemingów. W wyniku "walki" podjętej przez herosów giną cztery osoby, a osiągnięte z trudem Wielkie Zwycięstwo jest zwieńczone otrzymaniem tego, co i tak ci ludzie by dostali bez całego zamieszania. Nie chcę spojlerować, ale okazuje się, że pięcioosobowa grupa włożyła masę trudu aby osiągnąć niesamowicie banalną rzecz. Okazuje się zresztą, że jedyna siła napędowa terrorystów - prawdziwa motywacja ich przywódcy - jest tak słaba, że w pewnym momencie facet stwierdza "wystarczy mi tylko ochłap" i... zdradza własnych ludzi, rezygnując z tego, o co zaciekle walczył. Nie potrafię zrozumieć, co poeta miał na myśli. To jest po prostu durne.
Jeśli Cuaron rzeczywiście zrealizował z takiego materiału dobry film, to gigantyczne brawa dla niego, bo wymagało to wielkiego talentu. Chyba, że zmienił praktycznie całą fabułę, bo wtedy - ze świetnym pomysłem wyjściowym - sukces to żadna sztuka.
Równia pochyła, która dobrze zaczyna, ale w końcu osiąga dno i tak już zostaje. Po pierwszych pięćdziesięciu stronach miałem wrażenie, że oto pojawił się następca 1984 i Brave New World - dystopia, która jest naprawdę straszna, bo w przeciwieństwie do poprzednich, nie daje ŻADNYCH nadziei. Pomysł wyjściowy to czysta rewelacja. ALE.
Ale szybko autorka zaczyna bawić się w przypominanie, tzn. co dwa zdania pokreśla jak jest szaro, buro i ponuro. Tu szaro, tam szaro. I tam też. Szarość szarości. Szaroszaroszaro. Dobra, psze pani, już zdążyłem zauwazyć! Szaroszaroszaroszaro. A główny bohater ma problemy. Żeby czytelnik nie zapomniał, co dwie strony trzeba przypomnieć ich charakter i podłoże. No ale okej, jakoś przeżyjemy, bo oto coś zaczyna się dziać...
...i przerwa na długą retrospekcję. Wizyta bohatera na wsi, kiedy dzieckiem był. Miły powrót do angielskiej flemgy, następnie wyjście z retrospekcji, wracamy do tego co zaczyna się dziać iiii... Retrospekcja, w której bohater, znów dzieckiem będąc, uczestniczy w rodzinnym obiedzie. Powrót do akcji iii... zgadnijcie co.
Po natłoku retrospekcji akcja rusza z kopyta, tzn. zaczynają mnożyć się kretynizmy. Bohaterowie zachowują się jak ostatni idioci - nic dziwnego, ze ludzkości grozi wymarcie! Motywacje person dramatu są nieprzekonywające, a jakby tego było mało, pojawiają się Zbiegi Okoliczności, co łącznie daje fest śmierdzącą mieszankę.
Przykładowy Zbieg Okoliczności podszyty idiotycznym zachowaniem: główny bohater, szczęśliwym trafem kuzyn Zarządcy Anglii i jedyna osoba, do której tamten żywi sympatię, zwraca uwagę na uczestniczkę swojego wykładu. Okazuje się ona członkinią pięcioosobowej (!) grupy terrorystycznej, która tegoż dyktatora chce obalić w imię dość wątpliwych wartości (np. po to, by z narażeniem życia pomóc przestępcom jakoś opanować burdel w więzieniu). Terroryści proszą, aby bohater spróbował na początek namówić dyktatora do spełnienia ich postulatów. Aby pokazać, że problem istnieje, proponują mu obejrzenie "wyciszenia" - zbiorowego samobójstwa organizowanego przez władze dla wszystkich chętnych. Przypadkowo akurat ten spektakl, w którym uczestniczy heros, okazuje się źle przygotowany, następują komplikacje - w przypływie paniki jedna z "uczestniczek" (chora zresztą psychicznie) chce uciec. Zbiegiem okoliczności okazuje się, że to żona starego przyjaciela bohatera. Bohater jest zszokowany, zgadza się podsunąć dykatorowi projekt zmian. Ten odmawia, co normalne, ale bohater łatwo się nie podda, bo z setek kobiet na Ziemi zakochał się akurat w rzeczonej terrorystce. Co za niesamowity splot wydarzeń.
Przejdźmy do większych wad. Irytujący jest fakt, że bohaterów jest dokładnie tylu, aby każdy z nich odegrał jakąś rolę - nie ma ludzi, którzy po prostu są; jakiegoś tła. Wkurza, że jeśli autorka nie ma pomysłu, jak się ich pozbyć, to wprowadza nagle jakieś dziwne rozwiązanie, np. z dupy wyjęte plemię, które zabija faceta niewygodnego dla rozwoju fabuły. Deus ex machina to zresztą rozwiązanie częste w tej powieści - jeśli o czymś autorka zapomniała wcześniej, zostaje to wprowadzone po 30 stronach z dopiskiem "bohater zdziwił się, że o tym wcześniej nie pomyślał".
Najgorsze jest jednak zachowanie każdego człowieka obecnego na kartach powieści; zachowanie godne lemingów. W wyniku "walki" podjętej przez herosów giną cztery osoby, a osiągnięte z trudem Wielkie Zwycięstwo jest zwieńczone otrzymaniem tego, co i tak ci ludzie by dostali bez całego zamieszania. Nie chcę spojlerować, ale okazuje się, że pięcioosobowa grupa włożyła masę trudu aby osiągnąć niesamowicie banalną rzecz. Okazuje się zresztą, że jedyna siła napędowa terrorystów - prawdziwa motywacja ich przywódcy - jest tak słaba, że w pewnym momencie facet stwierdza "wystarczy mi tylko ochłap" i... zdradza własnych ludzi, rezygnując z tego, o co zaciekle walczył. Nie potrafię zrozumieć, co poeta miał na myśli. To jest po prostu durne.
Jeśli Cuaron rzeczywiście zrealizował z takiego materiału dobry film, to gigantyczne brawa dla niego, bo wymagało to wielkiego talentu. Chyba, że zmienił praktycznie całą fabułę, bo wtedy - ze świetnym pomysłem wyjściowym - sukces to żadna sztuka.
30-06-2007, 21:28






