Ja jeszcze widziałem. Opinię mam niemal identyczną, co Proteus. Od siebie dodam, że Counselor jest dla mnie niepokojącą - kolejną zresztą - oznaką tego, czym dla wielkich amerykańskich wytwórni jest "sztuka". Otóż sztuka jest wtedy, jeśli scenariusz napisał jakiś znany pisarz, jest dużo brutalności i przekleństw, dużo trudnych i pretensjonalnych słów, ogólnie silenie się na głęboką filozofię oraz smutne zakończenie. Coś podobnego stało się dla mnie z Prometeuszem, choć tam oczywiście ani przekleństw ani znanego pisarza ani smutnego zakończenia jako takiego nie było. I ta sama osoba reżysera przy obydwu tych produkcjach chyba nie jest niestety przypadkiem.
Ja sobie wyobrażam, w jaki sposób odbyła się produkcja tego filmu - Cormac przyniósł do studia pierwszy draft scenariusza, producenci zobaczyli mnóstwo trudnych słów i nihilizmu i uznali, że przyda im się "artystyczny" thriller, który mogliby docenić krytycy. A że chcieli, żeby to też zarobiło kasę to zatrudnili najgłośniejsze gwiazdy, genialnego wizualistę na reżysera i z miejsca pojechali.
Tak się kończy robienie filmów kiedy "geniuszom" daje się pełną kontrolę nad materiałem i zupełnie nie patrzy im się na ręce. Casus George'a Lucasa.
Trzeba się pogodzić z faktem, że Ridley Scott nie potrafi i chyba nigdy nie potrafił obiektywnie oceniać nadsyłanych mu scenariuszy. I że jego filmy zawsze były i zawsze już będą produkcjami na zasadzie "hit or miss", których jakość jest bardziej kwestią przypadku niż jakiegoś świadomego działania z jego strony. Parę razy się udało, parę razy go natchnęło, ale to tyle.
Największą wadą Counselora jest to, że w tym filmie NIC SIĘ NIE DZIEJE. JEDYNE, co robi główny bohater podczas CAŁEJ akcji to jeździ samochodem i rozmawia z ludźmi. Całość jest przegadana w najgorszy możliwy sposób i świadczy o tym, że McCarthy zwyczajnie nie powinien brać się za pisanie scenariuszy. To nie jego bajka. Koleś popełnia błąd, którego oduczają na pierwszych lekcjach kursów scenariuszowych: że scenariusz to nie proza i tekst powinien działać przede wszystkim wizualnie, a nie literacko. Tekst McCarthy'ego wizualnie nie działa zupełnie, a literacko czasem tak, a czasem nie - o ile miejscami z ekranu atakuje bezlitosne grafomaństwo o tyle momentami dialogi Cormaca zamieniają się w prawdziwą poezję, poruszającą i szczerą, której słucha się z niekłamaną przyjemnością. Ale to niestety tylko momenty.
I na plus idą te momenty i zakończenie, które mi się podobało. Reszta do kosza. Takie 5/10.
Ja sobie wyobrażam, w jaki sposób odbyła się produkcja tego filmu - Cormac przyniósł do studia pierwszy draft scenariusza, producenci zobaczyli mnóstwo trudnych słów i nihilizmu i uznali, że przyda im się "artystyczny" thriller, który mogliby docenić krytycy. A że chcieli, żeby to też zarobiło kasę to zatrudnili najgłośniejsze gwiazdy, genialnego wizualistę na reżysera i z miejsca pojechali.
Tak się kończy robienie filmów kiedy "geniuszom" daje się pełną kontrolę nad materiałem i zupełnie nie patrzy im się na ręce. Casus George'a Lucasa.
Trzeba się pogodzić z faktem, że Ridley Scott nie potrafi i chyba nigdy nie potrafił obiektywnie oceniać nadsyłanych mu scenariuszy. I że jego filmy zawsze były i zawsze już będą produkcjami na zasadzie "hit or miss", których jakość jest bardziej kwestią przypadku niż jakiegoś świadomego działania z jego strony. Parę razy się udało, parę razy go natchnęło, ale to tyle.
Największą wadą Counselora jest to, że w tym filmie NIC SIĘ NIE DZIEJE. JEDYNE, co robi główny bohater podczas CAŁEJ akcji to jeździ samochodem i rozmawia z ludźmi. Całość jest przegadana w najgorszy możliwy sposób i świadczy o tym, że McCarthy zwyczajnie nie powinien brać się za pisanie scenariuszy. To nie jego bajka. Koleś popełnia błąd, którego oduczają na pierwszych lekcjach kursów scenariuszowych: że scenariusz to nie proza i tekst powinien działać przede wszystkim wizualnie, a nie literacko. Tekst McCarthy'ego wizualnie nie działa zupełnie, a literacko czasem tak, a czasem nie - o ile miejscami z ekranu atakuje bezlitosne grafomaństwo o tyle momentami dialogi Cormaca zamieniają się w prawdziwą poezję, poruszającą i szczerą, której słucha się z niekłamaną przyjemnością. Ale to niestety tylko momenty.
I na plus idą te momenty i zakończenie, które mi się podobało. Reszta do kosza. Takie 5/10.
02-01-2014, 14:57





