będzie to ostatni głos Mentala w sprawie Transformerów. wszystko, co miałem do napisania, napisałem wcześniej. jeśli odpowiem w tym temacie na jakikolwiek post, Admin ma prawo usunąć wypowiedź i pogrozić mi czerwonym drukiem :)
na wstępie zaznaczam: moje przewidywania dotyczące filmu nie sprawdziły się nawet w 1%. cóż ja za to mogę? amerykańscy eksperci od rozrywki w XXI wieku po raz kolejny zaskoczyli mnie swoja inwencją w ośmieszaniu każdego aspektu sci-fi. zapewne pojawią się głosy, że to celowy zabieg, że to karykatura, że mamy wakacje, że TAK MIAŁO BYĆ, że nie mieszczę sie w targecie, że to, że tamto...
bardzo dobrze pamiętam rok 1993. byłem wtedy małym chłopcem, ale pewne rzeczy nawet nierozgarnięty małolat zauważy. chodzi o radykalną niezgodność między kampanią promującą arcydzieło Spielberga a samym filmem. księgarniane półki uginały się pod ciężarem paleontologicznych tomiszczy, wystawy sklepowe tonęły w zalewie gadzich figurek. to nic, że znakomita większość publikacji przypominała album z obrazkami, to nic, że lwia cześć zabawek ociekała niewyobrażalną tandetą. ważne, że interes się kręcił, a ludzie walili drzwiami i oknami. breloczki z T-Rexem, piżama z T-Rexem, piórnik z T-Rexem... T-Rex z wielkimi oczkami i stopami jak u gęsi był wówczas normą. nie inaczej z jego mniejszymi krewniakami. wygląd raptorów kwituje dzisiaj uśmiechem politowania. pozy, w jakich je utrwalono, przywodziły na myśl rękodzieła paralityka z niedowładem lewej półkuli. najbardziej agresywna bestia świata dinozaurów zmartwychwstała po milionach lat tylko po to, by sportretował ją trzeciorzędny karykaturzysta.
pomimo tej całej kiczowatej otoczki, wspominam rok 1993 z rozrzewnieniem. film Spielberga nie miał bowiem nic wspólnego z pozafilmową zawieruchą, ba, odniósłby sukces kasowy nawet bez wsparcia oczojebnej kampanii reklamowej. dlaczego? spójrzcie na zachowanie i wygląd filmowych gadów. radykalna niezgodność to niezgodność między tym, co widać na sklepowych regałach a tym, co zachowane na taśmie filmowej. radykalna niezgodność to niezgodność między potocznym wyobrażeniem dinozaura jako dużego, nieruchawego stworzonka a jego celuloidowym odpowiednikiem - agresywną, bezlitosną maszyną do zabijania. dzięki odwadze Spielberga i oszczędności w dawkowaniu efektów komputerowych dinozaury przedostały się do filmowej świadomości masowego widza pod postacią budzących respekt przeciwników człowieka.
przenosimy sie w czasie do innej epoki. jest rok 2007. wakacje. idę sobie ulicą i oglądam witryny sklepowe. za szybą jednego z poznańskich sklepów z zabawkami sterczy robot. kolorowy, idiotyczny, z mega działkiem na ramieniu, pełen wypustek i wyrostków. niczym nie różni się od poronionych pomysłów Baya, który ponoć "rozmyślał" nad finalnym projektem maszyn przez dwa lata. dzięki partackiej gigantomanii i szalejącej cenzurze filmowe maszyny bojowe przedostaną się do świadomości masowego widza pod postacią odjechanych, dowcipkujących, buszujących po podwórku przed domem kolorowych robotów. następne odsłony przygód nastolatka ratującego wszechświat potwierdzą tylko ten status. Megatron zostanie niebawem ambasadorem UNICEF, Starscream otrzyma zaproszenie na ceremonie rozdania nagród za najlepszy pocałunek, a Pime'a zaprzęgną do promocji jogurtów, seksownie połykanych przez beznadziejną Megan Fox. nie chciałbym pozować na ponurego proroka słonecznych wakacji, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że już nigdy nie zobaczymy w kinie maszyny rozumianej jako wytwór inżynierii wojskowej, przeznaczonej do eksterminacji wroga.
żyjemy w czasach porażającej zgodności: horror=krew, akcja=głupota, robot=bajka. pytanie: gdzie w tym wszystkim fundamentalny wyznacznik gatunki sci-fi? gdzie niepokój?
Transformery 2007 otrzymują ode mnie 0/10 za:
- pomysł gadających maszyn z ustami;
- efekty specjalne (!);
- miażdżącą głupotę na każdym odcinku;
- żenujące poczucie humoru;
- niezobowiązujący klimat wakacji;
- aktorstwo;
- scenariusz, którego nie ma, a który być powinien;
- ostatnie 20 minut;
- brak przemocy;
- naiwność;
- amerykańskich komandosów, którzy wysławiają się jak uczniowie szkółki niedzielnej;
- Megan Fox, wypinającą tyłek w oczekiwaniu na dostawę od tyłu;
- pusty autobus i puste samochody;
- co mi tam, za szklaną pułapkę 4 :)
ps: obecność efektów specjalnych na liście wad można uznać za czystą złośliwość sfrustrowanego widza :) można, gdyby nie jeden argument: za 10 lat nikt nie będzie pamiętał o efektach specjalnych Baya. za 10 lat Intel wypuści na rynek procesor Faflun Excalibur, generujący dwa tryliony kolorów na sekundę. nie mam zamiaru wychwalać czegoś, co już jest przeżytkiem.
ps2: niech nikt więcej nie kwestionuje mojej fantastycznej zdolności oceniania filmu na podstawie dwuminutowej zajawki :)
ps3: w filmie jest scena, w której piesek chihuahua oddaje mocz na nogę robota. polecam do refleksji.
na wstępie zaznaczam: moje przewidywania dotyczące filmu nie sprawdziły się nawet w 1%. cóż ja za to mogę? amerykańscy eksperci od rozrywki w XXI wieku po raz kolejny zaskoczyli mnie swoja inwencją w ośmieszaniu każdego aspektu sci-fi. zapewne pojawią się głosy, że to celowy zabieg, że to karykatura, że mamy wakacje, że TAK MIAŁO BYĆ, że nie mieszczę sie w targecie, że to, że tamto...
bardzo dobrze pamiętam rok 1993. byłem wtedy małym chłopcem, ale pewne rzeczy nawet nierozgarnięty małolat zauważy. chodzi o radykalną niezgodność między kampanią promującą arcydzieło Spielberga a samym filmem. księgarniane półki uginały się pod ciężarem paleontologicznych tomiszczy, wystawy sklepowe tonęły w zalewie gadzich figurek. to nic, że znakomita większość publikacji przypominała album z obrazkami, to nic, że lwia cześć zabawek ociekała niewyobrażalną tandetą. ważne, że interes się kręcił, a ludzie walili drzwiami i oknami. breloczki z T-Rexem, piżama z T-Rexem, piórnik z T-Rexem... T-Rex z wielkimi oczkami i stopami jak u gęsi był wówczas normą. nie inaczej z jego mniejszymi krewniakami. wygląd raptorów kwituje dzisiaj uśmiechem politowania. pozy, w jakich je utrwalono, przywodziły na myśl rękodzieła paralityka z niedowładem lewej półkuli. najbardziej agresywna bestia świata dinozaurów zmartwychwstała po milionach lat tylko po to, by sportretował ją trzeciorzędny karykaturzysta.
pomimo tej całej kiczowatej otoczki, wspominam rok 1993 z rozrzewnieniem. film Spielberga nie miał bowiem nic wspólnego z pozafilmową zawieruchą, ba, odniósłby sukces kasowy nawet bez wsparcia oczojebnej kampanii reklamowej. dlaczego? spójrzcie na zachowanie i wygląd filmowych gadów. radykalna niezgodność to niezgodność między tym, co widać na sklepowych regałach a tym, co zachowane na taśmie filmowej. radykalna niezgodność to niezgodność między potocznym wyobrażeniem dinozaura jako dużego, nieruchawego stworzonka a jego celuloidowym odpowiednikiem - agresywną, bezlitosną maszyną do zabijania. dzięki odwadze Spielberga i oszczędności w dawkowaniu efektów komputerowych dinozaury przedostały się do filmowej świadomości masowego widza pod postacią budzących respekt przeciwników człowieka.
przenosimy sie w czasie do innej epoki. jest rok 2007. wakacje. idę sobie ulicą i oglądam witryny sklepowe. za szybą jednego z poznańskich sklepów z zabawkami sterczy robot. kolorowy, idiotyczny, z mega działkiem na ramieniu, pełen wypustek i wyrostków. niczym nie różni się od poronionych pomysłów Baya, który ponoć "rozmyślał" nad finalnym projektem maszyn przez dwa lata. dzięki partackiej gigantomanii i szalejącej cenzurze filmowe maszyny bojowe przedostaną się do świadomości masowego widza pod postacią odjechanych, dowcipkujących, buszujących po podwórku przed domem kolorowych robotów. następne odsłony przygód nastolatka ratującego wszechświat potwierdzą tylko ten status. Megatron zostanie niebawem ambasadorem UNICEF, Starscream otrzyma zaproszenie na ceremonie rozdania nagród za najlepszy pocałunek, a Pime'a zaprzęgną do promocji jogurtów, seksownie połykanych przez beznadziejną Megan Fox. nie chciałbym pozować na ponurego proroka słonecznych wakacji, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że już nigdy nie zobaczymy w kinie maszyny rozumianej jako wytwór inżynierii wojskowej, przeznaczonej do eksterminacji wroga.
żyjemy w czasach porażającej zgodności: horror=krew, akcja=głupota, robot=bajka. pytanie: gdzie w tym wszystkim fundamentalny wyznacznik gatunki sci-fi? gdzie niepokój?
Transformery 2007 otrzymują ode mnie 0/10 za:
- pomysł gadających maszyn z ustami;
- efekty specjalne (!);
- miażdżącą głupotę na każdym odcinku;
- żenujące poczucie humoru;
- niezobowiązujący klimat wakacji;
- aktorstwo;
- scenariusz, którego nie ma, a który być powinien;
- ostatnie 20 minut;
- brak przemocy;
- naiwność;
- amerykańskich komandosów, którzy wysławiają się jak uczniowie szkółki niedzielnej;
- Megan Fox, wypinającą tyłek w oczekiwaniu na dostawę od tyłu;
- pusty autobus i puste samochody;
- co mi tam, za szklaną pułapkę 4 :)
ps: obecność efektów specjalnych na liście wad można uznać za czystą złośliwość sfrustrowanego widza :) można, gdyby nie jeden argument: za 10 lat nikt nie będzie pamiętał o efektach specjalnych Baya. za 10 lat Intel wypuści na rynek procesor Faflun Excalibur, generujący dwa tryliony kolorów na sekundę. nie mam zamiaru wychwalać czegoś, co już jest przeżytkiem.
ps2: niech nikt więcej nie kwestionuje mojej fantastycznej zdolności oceniania filmu na podstawie dwuminutowej zajawki :)
ps3: w filmie jest scena, w której piesek chihuahua oddaje mocz na nogę robota. polecam do refleksji.
08-08-2007, 10:01






