Nie dodam wiele nowego, może tylko podsumuję to co już było w inny sposób: Transformers to szczyt przerostu techniki nad jakąkolwiek wartością rozrywkową. Do tej pory nie miałem pojęcia, że film zwany "rozrywkowym" może aż tak wymęczyć. Na początku jeszcze było znośnie, a nawet parę zabawnych momentów było, (wszystko w skali filmu wakacyjnego) jednak niemożliwe przeładowanie akcją, groteskowe rozdęcie chyba dosłownie wszystkiego w tym filmie uniemożliwiają przyjemne oglądanie.
Transformers mają przede wszystkim dwa problemy:
- Brak scenariusza. Nie, scenariusz nie jest głupi. Nie jest infantylny. Jego po prostu nie ma. Kolejne sceny nijak się ze sobą nie łączą, kolejni bez sensu wprowadzani bohaterowie zaśmiecają tylko ekran, a z kilkunastu robotów i tak zapamiętuje się najwyżej 4.
- Michael Bay nigdy nie słyszał o dawkowaniu atrakcji. Co działa efektywniej - 3-4 różnorodne, dopieszczonych sceny akcji, rozsiane w odpowiednich odstępach po filmie czy monotonne powtarzanie tej samej młócki przez bite 2,5 godziny z krótkimi przerwami na gagi? Film jest po prostu dwa razy za długi. Sceny są niemożliwie rozciągnięte, a połowę można spokojnie wyrzucić bez szkody, ba, z korzyścią dla filmu. Bay nie wie, że w montażu część scen powinna wylecieć albo zostać skrócona i serwuje nam takie orgie nudy jak roboty chowające się przez 10 minut przed rodzicami w ogródku (kto jeszcze modlił się, żeby ta scena się już wreszcie skończyła?).
Poszedłem na ten film, oczekując niewymagającej intelektualnie, efektownej rozrywki z bezpretensjonalnym, niewyszukanym humorem. Dostałem kretyńską, nużącą orgię efektów specjalnych z paroma żartami na początku, które najpierw zostają podmienione na humor klozetowy, a później wzniosłe i kompletnie pozbawione sensu przemowy.
Gdyby film poszedł w konwencję żywej kreskówki, (takie przebłyski były - świetna scenka w której kolejne Decepticony meldują się dowódcy, aby zakończyć triumfalnym okrzykiem "Chwała Megatronowi!" - perełka) został porządnie okrojony i wyzuty z żenady w stylu robot-czarnuch z getta, mógłby być naprawdę porządnym kinem rozrywkowo familijnym, na które bym się wybrał, żeby pooglądać wielkie roboty i przyjemnie zabić półtorej-dwie godziny. Niestety, Bay wychodzi na zwykłego partacza, który nie może się nawet poszczycić tytułem sprawnego wyrobnika.
PS. Zagłosowałem na robota obsikującego agenta. Nawet (a raczej zwłaszcza) w filmie dla dzieci to porażka.
Transformers mają przede wszystkim dwa problemy:
- Brak scenariusza. Nie, scenariusz nie jest głupi. Nie jest infantylny. Jego po prostu nie ma. Kolejne sceny nijak się ze sobą nie łączą, kolejni bez sensu wprowadzani bohaterowie zaśmiecają tylko ekran, a z kilkunastu robotów i tak zapamiętuje się najwyżej 4.
- Michael Bay nigdy nie słyszał o dawkowaniu atrakcji. Co działa efektywniej - 3-4 różnorodne, dopieszczonych sceny akcji, rozsiane w odpowiednich odstępach po filmie czy monotonne powtarzanie tej samej młócki przez bite 2,5 godziny z krótkimi przerwami na gagi? Film jest po prostu dwa razy za długi. Sceny są niemożliwie rozciągnięte, a połowę można spokojnie wyrzucić bez szkody, ba, z korzyścią dla filmu. Bay nie wie, że w montażu część scen powinna wylecieć albo zostać skrócona i serwuje nam takie orgie nudy jak roboty chowające się przez 10 minut przed rodzicami w ogródku (kto jeszcze modlił się, żeby ta scena się już wreszcie skończyła?).
Poszedłem na ten film, oczekując niewymagającej intelektualnie, efektownej rozrywki z bezpretensjonalnym, niewyszukanym humorem. Dostałem kretyńską, nużącą orgię efektów specjalnych z paroma żartami na początku, które najpierw zostają podmienione na humor klozetowy, a później wzniosłe i kompletnie pozbawione sensu przemowy.
Gdyby film poszedł w konwencję żywej kreskówki, (takie przebłyski były - świetna scenka w której kolejne Decepticony meldują się dowódcy, aby zakończyć triumfalnym okrzykiem "Chwała Megatronowi!" - perełka) został porządnie okrojony i wyzuty z żenady w stylu robot-czarnuch z getta, mógłby być naprawdę porządnym kinem rozrywkowo familijnym, na które bym się wybrał, żeby pooglądać wielkie roboty i przyjemnie zabić półtorej-dwie godziny. Niestety, Bay wychodzi na zwykłego partacza, który nie może się nawet poszczycić tytułem sprawnego wyrobnika.
PS. Zagłosowałem na robota obsikującego agenta. Nawet (a raczej zwłaszcza) w filmie dla dzieci to porażka.
08-09-2007, 23:14






