@Grevious
Co do idiotycznych rejonów - wątki tego komiksu to jest oczywiście mega tandeciarstwo i kicz, które do filmów pasują jak pięść do nosa (chociaż stary expanded universe też był pełen takich głupot i streszczeń fabuł, które brzmiały jak telenowele. Grevious-Calmari nie groszy od Maula-Pająka), ale kiedy dotarłem do tych naprawdę poronionych pomysłów, nie przeszkadzały mi one, bo wtedy już podchodziłem do tej historii nie jak do kanonicznej części sagi, tylko jak do zwykłego, X-menowo, Avengerowego komiksu, tyle że z bohaterami SW. I tak jak w "zwykłych" komiksach Marvela i DC, gdzie funkcjonuje pewna umowność w której twórcy świadomie grają na totalnie przerysowanych, tandeciarsko brzmiących motywach, ale używają ich jedynie jako pretekstu do fajnej zabawy bohaterami. I podobnie podchodziłem do tego, szczególnie, że co by nie myśleć o ogólnym zarysie fabuły tej serii, główny scenarzysta był na tyle sprawny, by wypełnić ją momentami, które przykuwały uwagę.
Natomiast co do relacji Aphra-Vader, to podobała mi się. W sensie sam pomysł tego zestawienia jest totalnie z dupy, nie pasuje do filmów, łączy bohaterów, którzy wyglądają jakby ktoś wyciągnął ich z kompletnie innych bajek i generalnie jest kolejnym pomysłem, który może się wydać tandeciarski, ale samo wykonanie tego motywu już było spoko. Lawrence też mi pisał, że Aphra za bardzo śmieszkowała wobec Vadera, który powinien budzić grozę, ale moim zdaniem ich relacja świetnie oddała to jak wyglądałaby współpraca ludzi o takim charakterze. Vader był kompletnie stoicki. Dla niego Aphra praktycznie nie istniała jako ktoś kim należy się przejmować. W najlepszym wypadku odczuwał może lekki szacunek do jej umiejętności, ale in the end i tak nie miało to znaczenia biorąc pod uwagę to jak ich współpraca się zakończyła.
Co do samej Aphry natomiast, przede wszystkim ona się go bała. To było wyraznie nakreślone. Już przy pierwszym spotkaniu wiedziała i prawie pogodziła się z tym, że on ją najprawdopodobniej zabije. I nawet wtedy gdy ich współpraca wciąż trwała ona wiedziała, że stoi na cienkim lodzie i że każdy błąd może ją kosztować życie. Nie próbowała go też przechytrzyć jak inne postaci, bo wiedziała, że w jego wypadku nie miało by to sensu. Czuć było z jej dialogów, że w pełni zdawała sobie sprawę z tego jak duża persona do niej uderzyła, ale że to taki typ bohaterki, co to wszystko śmiechem próbuje zbyć, to sobie tam rzucała dowcipasami, aby nerwowo spuścić nieco powietrza z napiętej, popapranej sytuacji, wiedząc, że on nigdy nie odpowie. I choć była z jednej strony przestraszona, to z drugiej miała w sobie ten pierwiastek szalonej osoby, która jest gotowa zaryzykować życie dla przygody i nie jest do w stanie do końca ukryć ekscytacji tym, że "Sam Lord Vader"poprosił ja o pomoc
Zrozumiałbym zarzuty, gdyby scenarzysta uległ pokusie nawiazania pomiędzy nimi jakiegoś większego stopnia spoufalenia, czy pokazali fragment w którym Vader odpowiada pozytywnie na jej dowcipkowanie, ale niczego takiego nie było. Zamiast tego mamy jedną postać, która jest kompletnym monolitem i drugą, która nerwowo próbuje śmieszkować wokół niego, aby jakoś poradzić sobie z tą popapraną sytuacją i dlatego, że taki ma charakter.
Ja wiem, że Aphra na papierze aż krzyczy "postać too cool for school" i "Widzicie? Dziewczyny też mogą być Hanami Solo" i że wygląda jakby wyrwali ją z innej bajki, ale w oderwaniu od szerszego kontekstu SW, sama postać mi się podobała.
Co do idiotycznych rejonów - wątki tego komiksu to jest oczywiście mega tandeciarstwo i kicz, które do filmów pasują jak pięść do nosa (chociaż stary expanded universe też był pełen takich głupot i streszczeń fabuł, które brzmiały jak telenowele. Grevious-Calmari nie groszy od Maula-Pająka), ale kiedy dotarłem do tych naprawdę poronionych pomysłów, nie przeszkadzały mi one, bo wtedy już podchodziłem do tej historii nie jak do kanonicznej części sagi, tylko jak do zwykłego, X-menowo, Avengerowego komiksu, tyle że z bohaterami SW. I tak jak w "zwykłych" komiksach Marvela i DC, gdzie funkcjonuje pewna umowność w której twórcy świadomie grają na totalnie przerysowanych, tandeciarsko brzmiących motywach, ale używają ich jedynie jako pretekstu do fajnej zabawy bohaterami. I podobnie podchodziłem do tego, szczególnie, że co by nie myśleć o ogólnym zarysie fabuły tej serii, główny scenarzysta był na tyle sprawny, by wypełnić ją momentami, które przykuwały uwagę.
Natomiast co do relacji Aphra-Vader, to podobała mi się. W sensie sam pomysł tego zestawienia jest totalnie z dupy, nie pasuje do filmów, łączy bohaterów, którzy wyglądają jakby ktoś wyciągnął ich z kompletnie innych bajek i generalnie jest kolejnym pomysłem, który może się wydać tandeciarski, ale samo wykonanie tego motywu już było spoko. Lawrence też mi pisał, że Aphra za bardzo śmieszkowała wobec Vadera, który powinien budzić grozę, ale moim zdaniem ich relacja świetnie oddała to jak wyglądałaby współpraca ludzi o takim charakterze. Vader był kompletnie stoicki. Dla niego Aphra praktycznie nie istniała jako ktoś kim należy się przejmować. W najlepszym wypadku odczuwał może lekki szacunek do jej umiejętności, ale in the end i tak nie miało to znaczenia biorąc pod uwagę to jak ich współpraca się zakończyła.
Co do samej Aphry natomiast, przede wszystkim ona się go bała. To było wyraznie nakreślone. Już przy pierwszym spotkaniu wiedziała i prawie pogodziła się z tym, że on ją najprawdopodobniej zabije. I nawet wtedy gdy ich współpraca wciąż trwała ona wiedziała, że stoi na cienkim lodzie i że każdy błąd może ją kosztować życie. Nie próbowała go też przechytrzyć jak inne postaci, bo wiedziała, że w jego wypadku nie miało by to sensu. Czuć było z jej dialogów, że w pełni zdawała sobie sprawę z tego jak duża persona do niej uderzyła, ale że to taki typ bohaterki, co to wszystko śmiechem próbuje zbyć, to sobie tam rzucała dowcipasami, aby nerwowo spuścić nieco powietrza z napiętej, popapranej sytuacji, wiedząc, że on nigdy nie odpowie. I choć była z jednej strony przestraszona, to z drugiej miała w sobie ten pierwiastek szalonej osoby, która jest gotowa zaryzykować życie dla przygody i nie jest do w stanie do końca ukryć ekscytacji tym, że "Sam Lord Vader"poprosił ja o pomoc
Zrozumiałbym zarzuty, gdyby scenarzysta uległ pokusie nawiazania pomiędzy nimi jakiegoś większego stopnia spoufalenia, czy pokazali fragment w którym Vader odpowiada pozytywnie na jej dowcipkowanie, ale niczego takiego nie było. Zamiast tego mamy jedną postać, która jest kompletnym monolitem i drugą, która nerwowo próbuje śmieszkować wokół niego, aby jakoś poradzić sobie z tą popapraną sytuacją i dlatego, że taki ma charakter.
Ja wiem, że Aphra na papierze aż krzyczy "postać too cool for school" i "Widzicie? Dziewczyny też mogą być Hanami Solo" i że wygląda jakby wyrwali ją z innej bajki, ale w oderwaniu od szerszego kontekstu SW, sama postać mi się podobała.
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
07-12-2016, 18:28 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-12-2016, 18:33 przez Proteus.)





