Im więcej czasu mija od wczorajszego seansu, tym niżej plasuje się moje mniemanie o tym filmie, a jest to mniemanie, które zadowoliłby nawet powtarzalny samograj. Wersja tl;dr poniżej.
Pogodziłem się już z tym, że przyszło nam żyć w erze, w której uznani twórcy nawet po dekadach przerwy mają potrzebę rozkopywania stworzonych przez siebie franczyz (czy to bezpośrednio, czy to jako producenci/marionetkarze), ale Scott ostatecznie stał się jednynym, który naprawdę potrafi wzbudzić we mnie z tego powodu poczucie frustracji. Może więc w jakimś sensie osiągnął zamierzony efekt, bo karuzela trollingu w jego wykonaniu nie bierze jeńców. Mam bezgraniczne poszanowanie do majestatu słuszności wieku, ale powala mnie to, że jak taki Scorsese po dziś dzień zachowuje młodzieńczy wigor, energię, bystrość i przenikliwość umysłu, a nawet drapieżność twórczą, tak Scott – że się wyrażę z młodzieńczą buńczucznością, a nawet bezczelnością dyktowaną tym, że nie potrafi przestać – dotkliwie przeżywa uwiąd starczy i jego gangrena powoli przesącza wszelką decyzyjność. Dla mnie to jest już po prostu ryży drab, który powinien odejść na zasłużoną emeryturę, zanim jeszcze bardziej pogrąży siebie i pamięć o swojej filmografii, ew. trzymając się roli producenta kreatywnego podpowiadającego to i owo – mam nadzieję, że taka była jego rola przy "BR2049".
Podobał mi się wczorajszy post Szamana, który doskonale oddał moje odczucia świeżo po seansie. Mówiąc krótko, jeśli nie potrafi się budować napięcia i popychać akcji do przodu inaczej, niż poprzez uwypuklanie kretyńskich decyzji bohaterów, to należałoby dać sobie już spokój. Do któregoś momentu budowanie klimatu było naprawdę okay, zwłaszcza w jednej sekwencji, która może zmrozić krew stężeniem terroru i do której nie mam zarzutów (mimo wspomnianego już przytulania i ślizgania się), ale od momentu otwarcia przez Davida jadaczki przeważa apatycznie poprowadzony slasher, który jest oparty na pociesznej grotesce i niepotrzebnych resentymentach. Nawet operatorska robota Wolskiego wypadła tutaj po prostu przyzwoicie, po raz pierwszy w jego współpracy ze Scottem nie zachwycając.
Potrafię zrozumieć rozczarowanie "Prometeuszem", choć koniec końców lubię ten film jako "guilty pleasure". Był intrygujący i spójny tematycznie, oferował intrygujące rozwinięcie uniwersum z minimalnym udziałem ksenomorfów i pewną charyzmę, gdy realizacyjnie jest to wg mnie czołówka filmów Scotta, z motywem muzycznym na czele. Był też jednak niezborny dramaturgicznie, co wynikało z częściowo podobnych problemów. Zabawne jest jednak to, że jak zwrócił uwagę Mierzwiak, potrzeba powtórki z rozrywki, by spojrzeć na poprzednika bardziej przychylnym okiem. Wtedy nie mogłem pojąć, jak niektóre sceny przeszły przez sztab ludzi i trafiły na ekran, ale teraz, gdy bolączki "Prometeusza" powtarza kontynuacja, nie mieści mi się to już w bani. Zresztą, co to za kontynuacja? Wtedy mieliśmy letni blockbuster z dreszczykiem, po którym zostały także mistrzowskie zwiastuny, teraz jest to nieznośny rozkrok, który niewiele ze sobą niesie i razi niekoherencją w tonie.
Widzę, że Scott już naprawdę zapomniał, co definiuje sympatyczne postacie, o których los można zadrżeć. Waterston i McBride budują jakąś wielowymiarowość, ale jest to raczej zasługa ich samych, scenariusz im w tym nie pomaga. Polubiłem też Upworth – niektórzy powiedzą, że to dlatego, że Callie Hernandez jest przepiękna, ale moim zdaniem jej postacie zawsze mają w sobie tyle osobowości i charyzmy, że powinna dostawać lepsze role, niż te najwyraźniej przeznaczone dla zjawiskowego mięsa w horrorach (czy atrakcyjnych przyjaciółek protagonistki). O Davidzie szkoda gadać – z niejednoznacznej postaci stał się oczywistym antagonistą, któremu brakuje już tylko wąsa do podkręcania. Jakby milczał i nie serwował tych głodnych kawałków pop-filozofii, to robiłby większe wrażenie, a tak... Niemniej, szacun dla Fassbendera za subtelne nakreślenie różnicy między postaciami, on sobie wstydu nie robi nigdy. Ze wstydu powinien natomiast spłonąć Franco!
5/10
Wersja tl;dr
Pogodziłem się już z tym, że przyszło nam żyć w erze, w której uznani twórcy nawet po dekadach przerwy mają potrzebę rozkopywania stworzonych przez siebie franczyz (czy to bezpośrednio, czy to jako producenci/marionetkarze), ale Scott ostatecznie stał się jednynym, który naprawdę potrafi wzbudzić we mnie z tego powodu poczucie frustracji. Może więc w jakimś sensie osiągnął zamierzony efekt, bo karuzela trollingu w jego wykonaniu nie bierze jeńców. Mam bezgraniczne poszanowanie do majestatu słuszności wieku, ale powala mnie to, że jak taki Scorsese po dziś dzień zachowuje młodzieńczy wigor, energię, bystrość i przenikliwość umysłu, a nawet drapieżność twórczą, tak Scott – że się wyrażę z młodzieńczą buńczucznością, a nawet bezczelnością dyktowaną tym, że nie potrafi przestać – dotkliwie przeżywa uwiąd starczy i jego gangrena powoli przesącza wszelką decyzyjność. Dla mnie to jest już po prostu ryży drab, który powinien odejść na zasłużoną emeryturę, zanim jeszcze bardziej pogrąży siebie i pamięć o swojej filmografii, ew. trzymając się roli producenta kreatywnego podpowiadającego to i owo – mam nadzieję, że taka była jego rola przy "BR2049".
Podobał mi się wczorajszy post Szamana, który doskonale oddał moje odczucia świeżo po seansie. Mówiąc krótko, jeśli nie potrafi się budować napięcia i popychać akcji do przodu inaczej, niż poprzez uwypuklanie kretyńskich decyzji bohaterów, to należałoby dać sobie już spokój. Do któregoś momentu budowanie klimatu było naprawdę okay, zwłaszcza w jednej sekwencji, która może zmrozić krew stężeniem terroru i do której nie mam zarzutów (mimo wspomnianego już przytulania i ślizgania się), ale od momentu otwarcia przez Davida jadaczki przeważa apatycznie poprowadzony slasher, który jest oparty na pociesznej grotesce i niepotrzebnych resentymentach. Nawet operatorska robota Wolskiego wypadła tutaj po prostu przyzwoicie, po raz pierwszy w jego współpracy ze Scottem nie zachwycając.
Potrafię zrozumieć rozczarowanie "Prometeuszem", choć koniec końców lubię ten film jako "guilty pleasure". Był intrygujący i spójny tematycznie, oferował intrygujące rozwinięcie uniwersum z minimalnym udziałem ksenomorfów i pewną charyzmę, gdy realizacyjnie jest to wg mnie czołówka filmów Scotta, z motywem muzycznym na czele. Był też jednak niezborny dramaturgicznie, co wynikało z częściowo podobnych problemów. Zabawne jest jednak to, że jak zwrócił uwagę Mierzwiak, potrzeba powtórki z rozrywki, by spojrzeć na poprzednika bardziej przychylnym okiem. Wtedy nie mogłem pojąć, jak niektóre sceny przeszły przez sztab ludzi i trafiły na ekran, ale teraz, gdy bolączki "Prometeusza" powtarza kontynuacja, nie mieści mi się to już w bani. Zresztą, co to za kontynuacja? Wtedy mieliśmy letni blockbuster z dreszczykiem, po którym zostały także mistrzowskie zwiastuny, teraz jest to nieznośny rozkrok, który niewiele ze sobą niesie i razi niekoherencją w tonie.
Widzę, że Scott już naprawdę zapomniał, co definiuje sympatyczne postacie, o których los można zadrżeć. Waterston i McBride budują jakąś wielowymiarowość, ale jest to raczej zasługa ich samych, scenariusz im w tym nie pomaga. Polubiłem też Upworth – niektórzy powiedzą, że to dlatego, że Callie Hernandez jest przepiękna, ale moim zdaniem jej postacie zawsze mają w sobie tyle osobowości i charyzmy, że powinna dostawać lepsze role, niż te najwyraźniej przeznaczone dla zjawiskowego mięsa w horrorach (czy atrakcyjnych przyjaciółek protagonistki). O Davidzie szkoda gadać – z niejednoznacznej postaci stał się oczywistym antagonistą, któremu brakuje już tylko wąsa do podkręcania. Jakby milczał i nie serwował tych głodnych kawałków pop-filozofii, to robiłby większe wrażenie, a tak... Niemniej, szacun dla Fassbendera za subtelne nakreślenie różnicy między postaciami, on sobie wstydu nie robi nigdy. Ze wstydu powinien natomiast spłonąć Franco!
5/10
Wersja tl;dr
14-05-2017, 12:11 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-05-2017, 12:17 przez Galadh.)
Spoiler




