Nie będzie za bardzo o książce, o Currym, o „Stranger Thing”, ani o Spielbergu. „It” z 2017 to świetny film i warto jemu poświęcić trochę czasu. Tak po prostu.
![[Obrazek: 21370864_257478534772175_525252126905722...e=5A1CC59B]](https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/21370864_257478534772175_5252521269057228943_n.jpg?oh=99bb49bab4b7252b5b1676bb6df4c629&oe=5A1CC59B)
Książkę Kinga uwielbiam, do miniserial z 1990 roku sentyment mam ogromy. Siłą rzeczy na nową ekranizację „It” czekałem ogromnie. Jednak oczekiwaniu towarzyszyła jeszcze większa niepewność, czy cokolwiek dobrego może w 2017 roku na podstawie tej konkretnej historii wyjść, Dzisiejszych horrorów po prostu nie trawię. Jest to obecnie moim zdaniem najgorszy gatunek filmowy. Twory bez fabuły, przeładowane głośnymi straszakami, które w praktyce to jedynie nużą, w najlepszym wypadku litościwie śmieszą – taką mam opinię o horrorach ostatnich lat. Niestety osoba reżysera, problemy produkcyjne i większość kampanii promocyjnej wskazywała, że nowe „It” będzie doskonale wpisywało się w tej schemat, jedynie biorąc jako podkład kultową powieść. Co w linii prostej prowadziłoby do mojego sporego zdenerwowania. Czy tak się stało? Zdecydowanie nie. Chociaż nadal uważam, że zmiana reżysera wyszła filmowi na złe. Przynajmniej częściowo.
Przede wszystkim Muschietti zrobił film bardzo starannie. Wykonano tutaj świetną filmową robotę, co widać w zdjęciach, montażu, kolorystyce, scenografii. Zadbano tutaj o detale, nawet subtelnie mrugnięto kilka razy w kierunku ekranizacji z Timem Currym. Całość ciągnie jednak w górę bardzo dobry scenariusz, który po raz kolejny udowadnia, że dobry film na podstawie książki Kinga musi ją solidnie przeczesać. Nie zawsze oczywiście selekcja polega na tym samym. W „It” nie chodziło o tym, żeby wzorem Kubricka wyciąć dziwne, jeżeli nie wręcz kiepskie pomysły Kinga, a bardziej o nadanie historii bardziej filmowego kształtu, którego powieść raczej nie ma, natomiast jej założenie już tak. Dzięki temu otrzymujemy scenariusz bardziej skondensowany, gdzie środek ciężkości nadal jest podobny jak w pierwowzorze, ale bardziej wyeksponowany. Mimo tego, że książkowe „It” to chyba wręcz moja ulubiona książka w ogóle, uważam takie zmiany za bardzo korzystne dla filmu. Powodują one jednak, że koniec końców jest to obraz oparty na motywach powieści, a nie pełnoprawna ekranizacja.
Tym samym dochodzimy do przedstawienia opowieści w nowych realiach, którymi tym razem są lata 80. - wspaniale zresztą nakreślone poprzez takie perełki jak baner kinowy z "Lethal Weapon 2” na czele. Siłą zabiegu z przeniesieniem czasu akcji jest jednak nie bujna scenografia tła, a wykorzystanie jej z większym zamysłem, który z pełną siłą uderzy dopiero w nieuchronnym sequelu, ale już teraz przybliża na wielu płaszczyznach nasze pokolenie do tej historii i nadaje jej uniwersalnego wydźwięku. To się nazywa scenopisarstwo właśnie.
Scenarzyści (których w napisach można znaleźć finalnie trzech) wykreowali pełnokrwistą grupę bohaterów, którą co ważne poznajemy poprzez ich działania, zachowania i relacje. Nawet jeżeli reżyser czasami chwyta się troszkę topornych metod ekspozycji, są to nadal próby opowiadania obrazem, a nie siermiężne dialogi kierowane głównie do widza. To jest ogromna zaleta filmu. W trakcie seansu poznajemy „The Losers Club”, obserwujemy jak się tak naprawdę on tworzy. Na naszych oczach zawiązują się przyjaźnie, miłości a o przeszłości każdego bohatera dowiadujemy się w zasadzie mimochodem, tak jak ich koledzy. Poprzez zachowanie, chwilę szczerości, nagłe wyznanie. Brakuje mi wręcz słów, żeby opisać, jak bardzo żywi są bohaterowie w filmie Muschiettiego. To o nich jest ten film. I o takich jak oni. O ich dorastaniu, o trudnościach dzieciństwa, lękach, solidarnosći, przyjaźni, ale i o dorosłym świecie, który odciska na nich często bolesne piętno.
„It” to rewelacyjny dramat obyczajowy. Polecam.
Aaa, z tego wszystkiego zapomniałem o jeszcze jednym istotnym elemencie. W filmie pojawia się postać grana przez Billa Skarsgårda. Nazywa się Pennywise. Warto jeszcze dodać kilka słów w związku z nim.
Czym jest tytułowe TO? Nie warto na pewno w kontekście filmu przywoływać tutaj mitologii Kinga. Można uznać, że jest katalizatorem całej historii, którą opowiada nam Muschietti; ucieleśnienie największych lęków, które skrywają nasi młodzi bohaterowie. Schodząc trochę na ziemię można jeszcze powiedzieć, że jest jedynym elementem, przez który film trafia do szufladki o nazwie horror. No i tutaj właśnie na wierzch wychodzą słabości reżysera. O ile miewa rewelacyjne, naprawdę genialne pomysły wizualne na swojego demonicznego bohatera, tak często spłyca obraz do generycznego straszaka. Co prawda w gotowym filmie nielubiane przeze mnie sceny ze zwiastunów prezentują się o wiele lepiej, tak nadal nie pasuje mi momentami zrobienie z Pennywise'a krzyczącego potworka. Jeszcze gorzej w moim odczuciu wychodzi mieszanie tych straszaków z zamierzonymi zabiegami komediowymi. Ten świetny scenariusz nie zasłużył na wygłupy, które momentami serwuje reżyser. Ewidentnie brakuje mu subtelności, wyczucia a może i zrozumienia podstaw scenariusza, nad którym pracował. Przy tej krytyce oddaję mu jednak, że dawno nie widziałem tak dobrze, mądrze i świadomie wykorzystanych wyśmiewanych już jump scare'ów. W takiej konstrukcji fabularnej, oraz przy założeniu, że Pennywise działa tak jak działa, to właśnie jump scare jest dobrym wyborem formalnym. Mam wrażenie, że Muschietti jest w tym zespole filmowym jedynym jego członkiem, który ciągnie „It” w stronę po prostu horroru o straszydłach i potworach. Co prawda tylko momentami, ale jednak. Podświadomie jednak czuję, że pierwotnie planowany jako reżyser Cary Fukunaga (obecny nadal w produkcji jako jeden z autorów scenariusza) jest w ogromnej mierze autorem takiego a nie innego podejścia o ludzkich bohaterów. Idąc dalej powiem wręcz, że z nim za sterami „It” mogłoby być dziełem realnie wybitnym. Kinem dojrzałym w 100%, a nie tylko 90%, filmem cenionym ogólnie, a nie tylko bardzo dobrym horrorem. Szkoda mi bardzo, że wypadł od z tej produkcji.
Muszę wrócić jeszcze do Skarsgårda, bo mówienie o tym filmie bez skupienia się przez chwilę na nim jest co prawda możliwe, ale niepełne. Gość stworzył kreację. W pełnym tego słowa znaczeniu. Wykorzystał w swojej grze wszystkie narzędzia aktorskie, łącznie z odpowiednim użyciem własnego ciała. Bardzo pomagają mu efekty specjalne, które mimo czasami kulawego wykonania są dobrze używane. Najważniejsze jest jednak to, że młody Skarsgård nie poszedł w kierunku Curry'ego. Stworzył własną interpretację potwora, różną od mistrzowskiej wersji z roku 1990. I obronił się. Będzie wspominany. Może nawet kultowy. To jest jego ogromny sukces, a to na nim ciążyła przy tej produkcji największa presja. Dodam jeszcze, że w kilku momentach jest autentycznie przerażający.
Film już widać, że odnosi ogromny sukces. Wyniki z pokazów dnia zerowego i pierwszego są absurdalnie dobre. No i dobrze. Może dzięki temu horrory choć troszeczkę podniosą swoją poprzeczkę, bo to gatunek z ogromnym potencjałem, jeżeli tylko twórcy mają ambicje, by zrobić coś więcej niż krzyczeć i biegać z bohaterami.
Czekam na kontynuację, w której już w zupełności nie będzie niestety Fukunagi. Do tego skupi się ona na dorosłych już bohaterach, gdzie miniserial poległ z kretesem, nawet w moich oczach fan boya. Zadanie trudne. Kredyt zaufania jednak jakiś jest. Gdyby twórcy mieli odwagę to mogliby poczekać z tym filmem 27 lat i zatrudnić tę samą ekipę aktorską, ale to oczywiście niemożliwe. Do tego zburzyłoby to cały zamysł ze zmianą czasu akcji oryginału. Tak więc TO wróci. Zawsze wraca. Przypomnę – miniserial, rok produkcji 1990; „It” Muschiettiego 2017. Przypadek? Nie sądzę :)
8/10
![[Obrazek: 21370864_257478534772175_525252126905722...e=5A1CC59B]](https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/21370864_257478534772175_5252521269057228943_n.jpg?oh=99bb49bab4b7252b5b1676bb6df4c629&oe=5A1CC59B)
Książkę Kinga uwielbiam, do miniserial z 1990 roku sentyment mam ogromy. Siłą rzeczy na nową ekranizację „It” czekałem ogromnie. Jednak oczekiwaniu towarzyszyła jeszcze większa niepewność, czy cokolwiek dobrego może w 2017 roku na podstawie tej konkretnej historii wyjść, Dzisiejszych horrorów po prostu nie trawię. Jest to obecnie moim zdaniem najgorszy gatunek filmowy. Twory bez fabuły, przeładowane głośnymi straszakami, które w praktyce to jedynie nużą, w najlepszym wypadku litościwie śmieszą – taką mam opinię o horrorach ostatnich lat. Niestety osoba reżysera, problemy produkcyjne i większość kampanii promocyjnej wskazywała, że nowe „It” będzie doskonale wpisywało się w tej schemat, jedynie biorąc jako podkład kultową powieść. Co w linii prostej prowadziłoby do mojego sporego zdenerwowania. Czy tak się stało? Zdecydowanie nie. Chociaż nadal uważam, że zmiana reżysera wyszła filmowi na złe. Przynajmniej częściowo.
Przede wszystkim Muschietti zrobił film bardzo starannie. Wykonano tutaj świetną filmową robotę, co widać w zdjęciach, montażu, kolorystyce, scenografii. Zadbano tutaj o detale, nawet subtelnie mrugnięto kilka razy w kierunku ekranizacji z Timem Currym. Całość ciągnie jednak w górę bardzo dobry scenariusz, który po raz kolejny udowadnia, że dobry film na podstawie książki Kinga musi ją solidnie przeczesać. Nie zawsze oczywiście selekcja polega na tym samym. W „It” nie chodziło o tym, żeby wzorem Kubricka wyciąć dziwne, jeżeli nie wręcz kiepskie pomysły Kinga, a bardziej o nadanie historii bardziej filmowego kształtu, którego powieść raczej nie ma, natomiast jej założenie już tak. Dzięki temu otrzymujemy scenariusz bardziej skondensowany, gdzie środek ciężkości nadal jest podobny jak w pierwowzorze, ale bardziej wyeksponowany. Mimo tego, że książkowe „It” to chyba wręcz moja ulubiona książka w ogóle, uważam takie zmiany za bardzo korzystne dla filmu. Powodują one jednak, że koniec końców jest to obraz oparty na motywach powieści, a nie pełnoprawna ekranizacja.
Tym samym dochodzimy do przedstawienia opowieści w nowych realiach, którymi tym razem są lata 80. - wspaniale zresztą nakreślone poprzez takie perełki jak baner kinowy z "Lethal Weapon 2” na czele. Siłą zabiegu z przeniesieniem czasu akcji jest jednak nie bujna scenografia tła, a wykorzystanie jej z większym zamysłem, który z pełną siłą uderzy dopiero w nieuchronnym sequelu, ale już teraz przybliża na wielu płaszczyznach nasze pokolenie do tej historii i nadaje jej uniwersalnego wydźwięku. To się nazywa scenopisarstwo właśnie.
Scenarzyści (których w napisach można znaleźć finalnie trzech) wykreowali pełnokrwistą grupę bohaterów, którą co ważne poznajemy poprzez ich działania, zachowania i relacje. Nawet jeżeli reżyser czasami chwyta się troszkę topornych metod ekspozycji, są to nadal próby opowiadania obrazem, a nie siermiężne dialogi kierowane głównie do widza. To jest ogromna zaleta filmu. W trakcie seansu poznajemy „The Losers Club”, obserwujemy jak się tak naprawdę on tworzy. Na naszych oczach zawiązują się przyjaźnie, miłości a o przeszłości każdego bohatera dowiadujemy się w zasadzie mimochodem, tak jak ich koledzy. Poprzez zachowanie, chwilę szczerości, nagłe wyznanie. Brakuje mi wręcz słów, żeby opisać, jak bardzo żywi są bohaterowie w filmie Muschiettiego. To o nich jest ten film. I o takich jak oni. O ich dorastaniu, o trudnościach dzieciństwa, lękach, solidarnosći, przyjaźni, ale i o dorosłym świecie, który odciska na nich często bolesne piętno.
„It” to rewelacyjny dramat obyczajowy. Polecam.
Aaa, z tego wszystkiego zapomniałem o jeszcze jednym istotnym elemencie. W filmie pojawia się postać grana przez Billa Skarsgårda. Nazywa się Pennywise. Warto jeszcze dodać kilka słów w związku z nim.
Czym jest tytułowe TO? Nie warto na pewno w kontekście filmu przywoływać tutaj mitologii Kinga. Można uznać, że jest katalizatorem całej historii, którą opowiada nam Muschietti; ucieleśnienie największych lęków, które skrywają nasi młodzi bohaterowie. Schodząc trochę na ziemię można jeszcze powiedzieć, że jest jedynym elementem, przez który film trafia do szufladki o nazwie horror. No i tutaj właśnie na wierzch wychodzą słabości reżysera. O ile miewa rewelacyjne, naprawdę genialne pomysły wizualne na swojego demonicznego bohatera, tak często spłyca obraz do generycznego straszaka. Co prawda w gotowym filmie nielubiane przeze mnie sceny ze zwiastunów prezentują się o wiele lepiej, tak nadal nie pasuje mi momentami zrobienie z Pennywise'a krzyczącego potworka. Jeszcze gorzej w moim odczuciu wychodzi mieszanie tych straszaków z zamierzonymi zabiegami komediowymi. Ten świetny scenariusz nie zasłużył na wygłupy, które momentami serwuje reżyser. Ewidentnie brakuje mu subtelności, wyczucia a może i zrozumienia podstaw scenariusza, nad którym pracował. Przy tej krytyce oddaję mu jednak, że dawno nie widziałem tak dobrze, mądrze i świadomie wykorzystanych wyśmiewanych już jump scare'ów. W takiej konstrukcji fabularnej, oraz przy założeniu, że Pennywise działa tak jak działa, to właśnie jump scare jest dobrym wyborem formalnym. Mam wrażenie, że Muschietti jest w tym zespole filmowym jedynym jego członkiem, który ciągnie „It” w stronę po prostu horroru o straszydłach i potworach. Co prawda tylko momentami, ale jednak. Podświadomie jednak czuję, że pierwotnie planowany jako reżyser Cary Fukunaga (obecny nadal w produkcji jako jeden z autorów scenariusza) jest w ogromnej mierze autorem takiego a nie innego podejścia o ludzkich bohaterów. Idąc dalej powiem wręcz, że z nim za sterami „It” mogłoby być dziełem realnie wybitnym. Kinem dojrzałym w 100%, a nie tylko 90%, filmem cenionym ogólnie, a nie tylko bardzo dobrym horrorem. Szkoda mi bardzo, że wypadł od z tej produkcji.
Muszę wrócić jeszcze do Skarsgårda, bo mówienie o tym filmie bez skupienia się przez chwilę na nim jest co prawda możliwe, ale niepełne. Gość stworzył kreację. W pełnym tego słowa znaczeniu. Wykorzystał w swojej grze wszystkie narzędzia aktorskie, łącznie z odpowiednim użyciem własnego ciała. Bardzo pomagają mu efekty specjalne, które mimo czasami kulawego wykonania są dobrze używane. Najważniejsze jest jednak to, że młody Skarsgård nie poszedł w kierunku Curry'ego. Stworzył własną interpretację potwora, różną od mistrzowskiej wersji z roku 1990. I obronił się. Będzie wspominany. Może nawet kultowy. To jest jego ogromny sukces, a to na nim ciążyła przy tej produkcji największa presja. Dodam jeszcze, że w kilku momentach jest autentycznie przerażający.
Film już widać, że odnosi ogromny sukces. Wyniki z pokazów dnia zerowego i pierwszego są absurdalnie dobre. No i dobrze. Może dzięki temu horrory choć troszeczkę podniosą swoją poprzeczkę, bo to gatunek z ogromnym potencjałem, jeżeli tylko twórcy mają ambicje, by zrobić coś więcej niż krzyczeć i biegać z bohaterami.
Czekam na kontynuację, w której już w zupełności nie będzie niestety Fukunagi. Do tego skupi się ona na dorosłych już bohaterach, gdzie miniserial poległ z kretesem, nawet w moich oczach fan boya. Zadanie trudne. Kredyt zaufania jednak jakiś jest. Gdyby twórcy mieli odwagę to mogliby poczekać z tym filmem 27 lat i zatrudnić tę samą ekipę aktorską, ale to oczywiście niemożliwe. Do tego zburzyłoby to cały zamysł ze zmianą czasu akcji oryginału. Tak więc TO wróci. Zawsze wraca. Przypomnę – miniserial, rok produkcji 1990; „It” Muschiettiego 2017. Przypadek? Nie sądzę :)
8/10
.
09-09-2017, 14:04 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-09-2017, 14:08 przez srebrnik.)





