Po 34 stronach tego tematu będę widocznie oryginalny, ale... ja właśnie tych "ochów" za "Gorączką" jakby to było kino z kości słoniowej nie rozumiem. Owszem, film podobał mi się, jest dobry i tyle, ale nazywanie tego filmem perfekcyjnym to dla mnie naprawdę gruba przesada. Kilka scen to perełki (strzelanina na ulicy, scena przy kawie), klimatu też nie brakuje, z kolei postać Pacino po prostu kradnie cały film, ale reszta była mi tu zupełnje obojętna. Niby świetnie napisane postacie, a nie wzbudzali u mnie żadnych większych emocji, zarówno "ci po obydwu stronach", a wiele elementów jest dla mnie zwyczajnie zbędnych - sceny z życia prywatnego bohaterów niewiele tu wnoszą i spowalniają akcję (mam tu na myśli momenty typu bankiet itd.), a postacie kobiece są tak bardzo płaskie i dużo się czasu mimo to im poświęca, że moja ocena scenariusza na tym cierpi. Gdyby Mann wywalił te zbędne wątki i nie robił przy tym z tego obszernej historii, to byłoby wtedy moim zdaniem znacznie lepiej.
Na dzień dzisiejszy ode mnie - 7/10, może po powtórce będzie oczko w górę, ale raczej nigdy nie uznam "Gorączki" za skończone arcydzieło kinematografii światowej.
Na dzień dzisiejszy ode mnie - 7/10, może po powtórce będzie oczko w górę, ale raczej nigdy nie uznam "Gorączki" za skończone arcydzieło kinematografii światowej.
17-10-2017, 11:44 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-01-2018, 09:58 przez Kryst_007.)





