Fak, wkleję tak dla zasady mój spóźniony tekst o głównym kategoriach i oglądam dalej.
Pierwszy czas od czasu rozszerzenia głównej kategorii oscarowej w 2010, miałem okazję zobaczyć w kinie wszystkie nominowane w niej filmy przed galą. W związku z tym wypluję kilka znaków na temat tegorocznej gali.
Standardowa forma, czyli napiszę co uważam, że wygra, a także zaznaczę, co chciałbym żeby się wydarzyło.
Zaczynam
1. Najlepszy film
Wygra: „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”
Mój faworyt: „Call Me by Your Name”
Stawka w tym roku była bardzo nierówna. Obok zupełnie przeciętnych, chociaż sympatycznych „Darkest Hour”, „The Post” i „Lady Bird”, pojawiło się arcydzieło sztuki filmowej w postaci „Phantom Thread” czy przepiękny, bardzo emocjonalny „Call Me by Your Name”. „Dunkirk”, o którym było dość głośno w tym roku, to w mojej opinii nieudany eksperyment, który co prawda darzę szacunkiem, ale w życiu nie pomyślałbym nawet, żeby nagradzać go w kategoriach innych niż techniczne. To kiepsko napisany i dość dziwnie wyreżyserowany film, który w zasadzie nie wiadomo czemu ma służyć. Wartość historyczną jest tutaj zerowa. Emocjonalna natomiast to operuje w rejestrach ujemnych. Te tytuły jednak raczej nie mają wielkich szans na sukces.
Nagroda pójdzie do kogoś z trójki „Get Out”, „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri” i „The Shape of Water”. Przy czym ten pierwszy film, może być zwycięzcą tylko w wyniku jakiejś zupełnie dziwnej konfiguracji i nie byłby to wybór spowodowany za bardzo walorami artystycznymi. Nie przeczę, że to spoko film, jednak oglądając go kilka miesięcy temu, nie myślałem kompletnie o nim, jak o kandydacie do wielkich nagród. Realna walka toczy się na linii „Billboardy” i bajka o miłości do człowieka-ryby. Film McDonagha to rewelacyjna scenariuszowa robota, z fenomenalnym aktorstwem i bardzo solidną realizacją. Oczywiście, że są tam zgrzyty, nawet na poziomie tekstu, który jak wspomniałem jest świetny. Nie jest to żadne arcydzieło, ale film bardzo dobry. Baśń Del Toro to kino zupełnie inne. Szczerze mówiąc wyjęte z zupełnie innej bajki, niż moja. Nie porwało mnie to, nie poruszyło, ale jednocześnie czułem w nim magię kina, pasję. To trochę taki przykład filmu, dla którego w ogóle powstała X muza. Niecodzienna, trochę odklejona historia, opowiedziana z pełnym wykorzystaniem środków wyrazu filmowego. Nie ma w tym za bardzo tej przecenianej i za często wymaganej „głębi”, co absolutnie nie jest wadą. Mam jednak wrażenie, że to „Billboardy” będą tytułem jaki znajdzie się w kopercie na koniec gali. Trochę z powodu właśnie wspomnianej uniwersalności w przekazie. To film bliższy życiu, a akademicy od jakiegoś czasu wydają się stawiać na takie walory.
Mój faworyt natomiast nie ma żadnych szans na triumf w głównej kategorii. Może dlatego tak dobrze go odebrałem? „Call Me by Your Name” jest w każdym calu inny, niż zeszłoroczny „Moonlight”, którego szczerze nie trawię. To film subtelny. Cudownie wyreżyserowany. Tam gdzie Jenkins padał na kolana przed swoim bohaterem i wrzeszczał „patrzcie, cierpi!”, Guadagnino daje przestrzeń. Tworzy się dzięki temu realna przestrzeń życiowa dla postaci, które autentycznie żyją na ekranie. Żyją w cudownym, przepełnionym klimatem miejscu, do którego z chęcią bym sam się udał. Guadagnino stworzył w bardzo konkretnym miejscu, z bardzo specyficznymi bohaterami, historię uniwersalną. Homoseksualizm jest środkiem w tej opowieści, potrzebnym, ale tylko środkiem. Uwielbiam ten film. Tak po prostu.
2. Najlepszy aktor pierwszoplanowy
Wygra: Gary Oldman - „Darkest Hour”
Mój faworyt: Timothee Chalamet - „Call Me by Your Name”
W tej kategorii nie widziałem Denzela. Nie było jak. Kaluuya w stawce, to efekt spraw pozafilmowych, więc tę nominację olewam. Liczą się Day-Lewis, Oldman i młody, który zagrał geja. Daniela totalnie uwielbiam. Kto wie – może to najwybitniejszy aktor, jaki w ogóle był. Jest taka szansa. Kończy karierę rewelacyjnym występem u mojego ulubionego Andersona – pewnie, że chciałbym na maksa dla niego oscara w takich okolicznościach. Gdyby go wygrał, to będę z tego faktu bardzo zadowolony, jednak szanse oceniam na zerowe. Chętnie widziałbym jako triumfatora młodego Chalameta, bo jego rola to petarda na maksa. Trudna, złożona, wymagająca ogromnej dojrzałości i zrozumienia. Wielki występ. Jednak również w tym roku bez szans na sukces. Oldman ma tego oscara już od dawna i to jest fakt. Z jednej strony – fajnie. To wybitny aktor, należy mu się nagroda. Z drugiej jednak – szkoda, że za tę rolę, w tym filmie. Pewnie, że zagrał mega dobrze. Środki wyrazu użyte przez niego podczas portretowania Churchilla są dobrane doskonale. Szarża jest kontrolowana. To świetna rola. Jednak taka bardzo oczywista. Stosunkowo prosta. Taka no – oscarowa. Oczywiście, że będzie to zasłużona nagroda. Nie umiem się tym jednak jarać. Jakby dostał rycerzyka za nie wiem - „Leona”, to bym się jarał. Teraz nie potrafię.
3. Najlepsza aktorka pierwszoplanowa
Wygra: Frances McDormand - „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”
Mój faworyt: Margot Robbie - „I, Tonya”
Mocna czwórka w tym roku. Meryl Streep po prostu pomijam. Bez słów. Najmniej urzekłą mnie Saoirse Ronan, która zagrała fajną rolę, w sympatycznym filmie, jednak nie nazwałbym tego występu jakoś specjalnie powalającym. Po prostu dobra rola i tyle. Zagrana konsekwentnie, bez fałszu, o jaki było łatwo. Brawo, ale to nie jest jakiś kosmiczny poziom. Jej Glob jest dla mnie lekko niezrozumiały. W ogóle hype wokół „Lady Bird” to sroga przesada.
McDormand w „Billboardach” jest rewelacyjna. W zasadzie wszystko w tej roli jest idealne. Jest to pełna kreacja. W mojej opinii do pełnego zachwytu brakuje w niej jednak jakiegoś zróżnicowania. Tylko i aż.
Sally Hawkins na tym polu właśnie jest w moich oczach trochę lepsza. Jej niezwykle trudna rola jest mniej monotonna. Wynika to w dużej mierze oczywiście ze scenariusza, ale tak to już jest.
Najlepsza w stawce jednak dla mnie była Robbie. Brawurowa rola, pełna kreacja. Przemiana fizyczna to tylko wisienka na torcie. W jej Tonyi nie ma grama żurnalowej Margot, która wdarła się na salony głośną rolą u Scorsese. Oscara bym dał jej, ale wygrana McDormand czy Hawkins będzie bardzo satysfakcjonująca.
Absurdem jest brak w stawce Vicky Krieps.
4. Najlepszy aktor drugoplanowy
Wygra: Sam Rockwell - „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”
Mój faworyt: Sam Rockwell - „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”
Znowu mocna stawka, ale nie może w sumie być inaczej. Trochę mam wrażenie, że nominacja Plummera jest efektem afery z wycinaniem Spacey'a z filmu, ale nawet bez tego, jego rola jest bardzo dobra. Tutaj jednak nie może być inaczej, niż wygrana Rockwella. Nawet jeżeli pewne kwestie związane z jego bohaterem w filmie są problematyczne, tak on odgrywa tę rolę fenomenalnie. Nie ma tutaj żadnego zgrzytu, a przy okazji jest to złożona, skomplikowana rola.
5. Najlepsza aktorka drugoplanowa
Wygra: Allison Janney - „I, Tonya”
Mój faworyt: Lesley Manville - „Phantom Thread”
Rola Janney jest moim zdaniem dobra. Zagrana co prawda w 100% na jednej nucie, ale w tej prostocie perfekcyjna. Nie mam problemu z nagrodą dla niej. Jednak najbardziej scenię tutaj bardzo ciekawą kreację Manville u Andersona. Dobra była Laurie Metcalf, może nawet lepsza niż Janney. Mary J. Blige była spoko, ale nie umiem teraz powiedzieć nic więcej o jej występnie. Natomaist nominacja dla Spencer to lekkie jaja, ale no wiadomo o co chodzi.
6. Najlepsza reżyseria
Wygra: Guillermo del Toro - „The Shape of Water”
Mój faworyt: Paul Thomas Anderson - „Phantom Thread”
Del Toro dostanie zasłużoną nagrodę. Jego film to wynik pasji i zaangażowania, które z innym reżyserem nie miałyby na pewno miejsca. Udało mu się stworzyć złożoną filmowo opowieść, której dopięcie było niezwykle trudne. Ten gość to wizjoner. Człowiek, który po prostu musiał być reżyserem filmowym, bo w innym wypadku świat by coś stracił. „The Shape of Water” to film, gdzie jego podpis jest przeogromny. To jest reżyseria filmową, jaką cenię najbardziej. Konsekwentna, pewna ręka – przecież w tym filmie jest taki misz-masz, a on jednak nie bał się żonglować różnymi motywami. Robił to przy tym bardzo umiejętnie.
Jednak dla mnie Anderson to jest absolutny tytan w temacie reżyserii filmowej. Obecnie chyba najlepszy na świecie. Nikt inny aktualnie nie tka swoich filmów tak precyzyjnie. U niego nie ma miejsca na najmniejszy przypadek. Wszystko jest doskonale dopracowane. Każdy element składowy jego filmów służy opowieści, to jest reżyseria idealna. Natomiast mimo, że „Phantom Thread” póki co nie trafił mnie jakoś mocno w serce, tak oglądanie tej maestrii filmowej jest dla mnie samo w sobie czymś absolutnie fenomenalnym.
W tej kategorii brakuje mi Guadagnino, o którym pisałem wyżej. Szkoda też McDonagha, bo „Billboardy” to nie tylko scenariusz. Spokojnie mogliby oni zająć miejsca Gerwig i Nolana. Wykonali oni dobrą robotę, zwłaszcza ta pierwsza, ale to jednak niższy poziom niż wielcy nieobecni.
7. Najlepszy scenariusz oryginalny
Wygra: Martin McDonagh - „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”
Mój faworyt: Martin McDOnagh - „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”
Po prostu nie może być inaczej. Bardzo precyzyjny scenariusz, pełen zwrotów akcji. Ma swoje wady, ale jednak nie wychodzą one za bardzo na wierzch przy morzu zalet. Dialogi to są absolutnym arcydziełem. Dla mnie w tym roku bez konkurencji.
Na wyróżnienie tym razem jednak zasługuje w moich oczach Peele z „Get Out”. Scenariusz to mega mocna strona filmu. To ten rodzaj tekstu, który autentycznie fascynuje przy kolejnych podejściach. Mistrzostwo foreshadowingu. Lubię takie myki.
8. Najlepszy scenariusz adaptowany
Wygra: James Ivory - „Call Me by Your Name”
Mój faworyt: James Ivory - „Call Me by Your Name”
Jak widać kategorie scenariuszowe w tym roku są proste. Praca Ivoriego jest doskonała. W tekście do mojego ulubionego oscarowego filmu tego roku nie widzę cienia fałszu. Natomiast pewna scena mówiona pod koniec tego filmu – ona sama w sobie jest warta oscara.
Sorkin oczywiście dostarczył rewelacyjny, bardzo „swój” skrypt. Nie byłoby to jakąś zbrodnią, gdyby go nagrodzono, jednak to jest coś co nie zawsze zachwyca. To wielki popis, bez przerostu formy nad treścią, ale jednak w pewnym momencie czułem przesyt. Może to nie do końca efekt samego tekstu. Od zawsze twierdzę, że „Molly's Game” dobrze by zrobił inny reżyser. Wtedy tekst Sorkina też mógłby wypaść lepiej, bo przecież w filmie nic nie jest samo sobie.
Bardzo miło, że nominowano „Logana”, szkoda jednak, że w tej kategorii, bo jak bardzo lubię ten film, tak na pewno nie stoi on scenariuszem. Reżyserią, aktorstwem – tak. Tekstem – nie.
I tak najważniejsze jest, żeby wygrał Deakins. Po to ta gala się moim zdaniem odbywa. W końcu wielki mistrz dostanie rycerza.
Pierwszy czas od czasu rozszerzenia głównej kategorii oscarowej w 2010, miałem okazję zobaczyć w kinie wszystkie nominowane w niej filmy przed galą. W związku z tym wypluję kilka znaków na temat tegorocznej gali.
Standardowa forma, czyli napiszę co uważam, że wygra, a także zaznaczę, co chciałbym żeby się wydarzyło.
Zaczynam
1. Najlepszy film
Wygra: „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”
Mój faworyt: „Call Me by Your Name”
Stawka w tym roku była bardzo nierówna. Obok zupełnie przeciętnych, chociaż sympatycznych „Darkest Hour”, „The Post” i „Lady Bird”, pojawiło się arcydzieło sztuki filmowej w postaci „Phantom Thread” czy przepiękny, bardzo emocjonalny „Call Me by Your Name”. „Dunkirk”, o którym było dość głośno w tym roku, to w mojej opinii nieudany eksperyment, który co prawda darzę szacunkiem, ale w życiu nie pomyślałbym nawet, żeby nagradzać go w kategoriach innych niż techniczne. To kiepsko napisany i dość dziwnie wyreżyserowany film, który w zasadzie nie wiadomo czemu ma służyć. Wartość historyczną jest tutaj zerowa. Emocjonalna natomiast to operuje w rejestrach ujemnych. Te tytuły jednak raczej nie mają wielkich szans na sukces.
Nagroda pójdzie do kogoś z trójki „Get Out”, „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri” i „The Shape of Water”. Przy czym ten pierwszy film, może być zwycięzcą tylko w wyniku jakiejś zupełnie dziwnej konfiguracji i nie byłby to wybór spowodowany za bardzo walorami artystycznymi. Nie przeczę, że to spoko film, jednak oglądając go kilka miesięcy temu, nie myślałem kompletnie o nim, jak o kandydacie do wielkich nagród. Realna walka toczy się na linii „Billboardy” i bajka o miłości do człowieka-ryby. Film McDonagha to rewelacyjna scenariuszowa robota, z fenomenalnym aktorstwem i bardzo solidną realizacją. Oczywiście, że są tam zgrzyty, nawet na poziomie tekstu, który jak wspomniałem jest świetny. Nie jest to żadne arcydzieło, ale film bardzo dobry. Baśń Del Toro to kino zupełnie inne. Szczerze mówiąc wyjęte z zupełnie innej bajki, niż moja. Nie porwało mnie to, nie poruszyło, ale jednocześnie czułem w nim magię kina, pasję. To trochę taki przykład filmu, dla którego w ogóle powstała X muza. Niecodzienna, trochę odklejona historia, opowiedziana z pełnym wykorzystaniem środków wyrazu filmowego. Nie ma w tym za bardzo tej przecenianej i za często wymaganej „głębi”, co absolutnie nie jest wadą. Mam jednak wrażenie, że to „Billboardy” będą tytułem jaki znajdzie się w kopercie na koniec gali. Trochę z powodu właśnie wspomnianej uniwersalności w przekazie. To film bliższy życiu, a akademicy od jakiegoś czasu wydają się stawiać na takie walory.
Mój faworyt natomiast nie ma żadnych szans na triumf w głównej kategorii. Może dlatego tak dobrze go odebrałem? „Call Me by Your Name” jest w każdym calu inny, niż zeszłoroczny „Moonlight”, którego szczerze nie trawię. To film subtelny. Cudownie wyreżyserowany. Tam gdzie Jenkins padał na kolana przed swoim bohaterem i wrzeszczał „patrzcie, cierpi!”, Guadagnino daje przestrzeń. Tworzy się dzięki temu realna przestrzeń życiowa dla postaci, które autentycznie żyją na ekranie. Żyją w cudownym, przepełnionym klimatem miejscu, do którego z chęcią bym sam się udał. Guadagnino stworzył w bardzo konkretnym miejscu, z bardzo specyficznymi bohaterami, historię uniwersalną. Homoseksualizm jest środkiem w tej opowieści, potrzebnym, ale tylko środkiem. Uwielbiam ten film. Tak po prostu.
2. Najlepszy aktor pierwszoplanowy
Wygra: Gary Oldman - „Darkest Hour”
Mój faworyt: Timothee Chalamet - „Call Me by Your Name”
W tej kategorii nie widziałem Denzela. Nie było jak. Kaluuya w stawce, to efekt spraw pozafilmowych, więc tę nominację olewam. Liczą się Day-Lewis, Oldman i młody, który zagrał geja. Daniela totalnie uwielbiam. Kto wie – może to najwybitniejszy aktor, jaki w ogóle był. Jest taka szansa. Kończy karierę rewelacyjnym występem u mojego ulubionego Andersona – pewnie, że chciałbym na maksa dla niego oscara w takich okolicznościach. Gdyby go wygrał, to będę z tego faktu bardzo zadowolony, jednak szanse oceniam na zerowe. Chętnie widziałbym jako triumfatora młodego Chalameta, bo jego rola to petarda na maksa. Trudna, złożona, wymagająca ogromnej dojrzałości i zrozumienia. Wielki występ. Jednak również w tym roku bez szans na sukces. Oldman ma tego oscara już od dawna i to jest fakt. Z jednej strony – fajnie. To wybitny aktor, należy mu się nagroda. Z drugiej jednak – szkoda, że za tę rolę, w tym filmie. Pewnie, że zagrał mega dobrze. Środki wyrazu użyte przez niego podczas portretowania Churchilla są dobrane doskonale. Szarża jest kontrolowana. To świetna rola. Jednak taka bardzo oczywista. Stosunkowo prosta. Taka no – oscarowa. Oczywiście, że będzie to zasłużona nagroda. Nie umiem się tym jednak jarać. Jakby dostał rycerzyka za nie wiem - „Leona”, to bym się jarał. Teraz nie potrafię.
3. Najlepsza aktorka pierwszoplanowa
Wygra: Frances McDormand - „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”
Mój faworyt: Margot Robbie - „I, Tonya”
Mocna czwórka w tym roku. Meryl Streep po prostu pomijam. Bez słów. Najmniej urzekłą mnie Saoirse Ronan, która zagrała fajną rolę, w sympatycznym filmie, jednak nie nazwałbym tego występu jakoś specjalnie powalającym. Po prostu dobra rola i tyle. Zagrana konsekwentnie, bez fałszu, o jaki było łatwo. Brawo, ale to nie jest jakiś kosmiczny poziom. Jej Glob jest dla mnie lekko niezrozumiały. W ogóle hype wokół „Lady Bird” to sroga przesada.
McDormand w „Billboardach” jest rewelacyjna. W zasadzie wszystko w tej roli jest idealne. Jest to pełna kreacja. W mojej opinii do pełnego zachwytu brakuje w niej jednak jakiegoś zróżnicowania. Tylko i aż.
Sally Hawkins na tym polu właśnie jest w moich oczach trochę lepsza. Jej niezwykle trudna rola jest mniej monotonna. Wynika to w dużej mierze oczywiście ze scenariusza, ale tak to już jest.
Najlepsza w stawce jednak dla mnie była Robbie. Brawurowa rola, pełna kreacja. Przemiana fizyczna to tylko wisienka na torcie. W jej Tonyi nie ma grama żurnalowej Margot, która wdarła się na salony głośną rolą u Scorsese. Oscara bym dał jej, ale wygrana McDormand czy Hawkins będzie bardzo satysfakcjonująca.
Absurdem jest brak w stawce Vicky Krieps.
4. Najlepszy aktor drugoplanowy
Wygra: Sam Rockwell - „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”
Mój faworyt: Sam Rockwell - „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”
Znowu mocna stawka, ale nie może w sumie być inaczej. Trochę mam wrażenie, że nominacja Plummera jest efektem afery z wycinaniem Spacey'a z filmu, ale nawet bez tego, jego rola jest bardzo dobra. Tutaj jednak nie może być inaczej, niż wygrana Rockwella. Nawet jeżeli pewne kwestie związane z jego bohaterem w filmie są problematyczne, tak on odgrywa tę rolę fenomenalnie. Nie ma tutaj żadnego zgrzytu, a przy okazji jest to złożona, skomplikowana rola.
5. Najlepsza aktorka drugoplanowa
Wygra: Allison Janney - „I, Tonya”
Mój faworyt: Lesley Manville - „Phantom Thread”
Rola Janney jest moim zdaniem dobra. Zagrana co prawda w 100% na jednej nucie, ale w tej prostocie perfekcyjna. Nie mam problemu z nagrodą dla niej. Jednak najbardziej scenię tutaj bardzo ciekawą kreację Manville u Andersona. Dobra była Laurie Metcalf, może nawet lepsza niż Janney. Mary J. Blige była spoko, ale nie umiem teraz powiedzieć nic więcej o jej występnie. Natomaist nominacja dla Spencer to lekkie jaja, ale no wiadomo o co chodzi.
6. Najlepsza reżyseria
Wygra: Guillermo del Toro - „The Shape of Water”
Mój faworyt: Paul Thomas Anderson - „Phantom Thread”
Del Toro dostanie zasłużoną nagrodę. Jego film to wynik pasji i zaangażowania, które z innym reżyserem nie miałyby na pewno miejsca. Udało mu się stworzyć złożoną filmowo opowieść, której dopięcie było niezwykle trudne. Ten gość to wizjoner. Człowiek, który po prostu musiał być reżyserem filmowym, bo w innym wypadku świat by coś stracił. „The Shape of Water” to film, gdzie jego podpis jest przeogromny. To jest reżyseria filmową, jaką cenię najbardziej. Konsekwentna, pewna ręka – przecież w tym filmie jest taki misz-masz, a on jednak nie bał się żonglować różnymi motywami. Robił to przy tym bardzo umiejętnie.
Jednak dla mnie Anderson to jest absolutny tytan w temacie reżyserii filmowej. Obecnie chyba najlepszy na świecie. Nikt inny aktualnie nie tka swoich filmów tak precyzyjnie. U niego nie ma miejsca na najmniejszy przypadek. Wszystko jest doskonale dopracowane. Każdy element składowy jego filmów służy opowieści, to jest reżyseria idealna. Natomiast mimo, że „Phantom Thread” póki co nie trafił mnie jakoś mocno w serce, tak oglądanie tej maestrii filmowej jest dla mnie samo w sobie czymś absolutnie fenomenalnym.
W tej kategorii brakuje mi Guadagnino, o którym pisałem wyżej. Szkoda też McDonagha, bo „Billboardy” to nie tylko scenariusz. Spokojnie mogliby oni zająć miejsca Gerwig i Nolana. Wykonali oni dobrą robotę, zwłaszcza ta pierwsza, ale to jednak niższy poziom niż wielcy nieobecni.
7. Najlepszy scenariusz oryginalny
Wygra: Martin McDonagh - „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”
Mój faworyt: Martin McDOnagh - „Three Billboards Outside Ebbing, Missouri”
Po prostu nie może być inaczej. Bardzo precyzyjny scenariusz, pełen zwrotów akcji. Ma swoje wady, ale jednak nie wychodzą one za bardzo na wierzch przy morzu zalet. Dialogi to są absolutnym arcydziełem. Dla mnie w tym roku bez konkurencji.
Na wyróżnienie tym razem jednak zasługuje w moich oczach Peele z „Get Out”. Scenariusz to mega mocna strona filmu. To ten rodzaj tekstu, który autentycznie fascynuje przy kolejnych podejściach. Mistrzostwo foreshadowingu. Lubię takie myki.
8. Najlepszy scenariusz adaptowany
Wygra: James Ivory - „Call Me by Your Name”
Mój faworyt: James Ivory - „Call Me by Your Name”
Jak widać kategorie scenariuszowe w tym roku są proste. Praca Ivoriego jest doskonała. W tekście do mojego ulubionego oscarowego filmu tego roku nie widzę cienia fałszu. Natomiast pewna scena mówiona pod koniec tego filmu – ona sama w sobie jest warta oscara.
Sorkin oczywiście dostarczył rewelacyjny, bardzo „swój” skrypt. Nie byłoby to jakąś zbrodnią, gdyby go nagrodzono, jednak to jest coś co nie zawsze zachwyca. To wielki popis, bez przerostu formy nad treścią, ale jednak w pewnym momencie czułem przesyt. Może to nie do końca efekt samego tekstu. Od zawsze twierdzę, że „Molly's Game” dobrze by zrobił inny reżyser. Wtedy tekst Sorkina też mógłby wypaść lepiej, bo przecież w filmie nic nie jest samo sobie.
Bardzo miło, że nominowano „Logana”, szkoda jednak, że w tej kategorii, bo jak bardzo lubię ten film, tak na pewno nie stoi on scenariuszem. Reżyserią, aktorstwem – tak. Tekstem – nie.
I tak najważniejsze jest, żeby wygrał Deakins. Po to ta gala się moim zdaniem odbywa. W końcu wielki mistrz dostanie rycerza.
.
05-03-2018, 03:43





