Muszę przyznać, że chyba jestem masochistą! Co roku bowiem powtarzam sobie, że nie będę więcej "zarywał" nocy, by śledzić tę ceremonię obłudy oraz posuniętej aż do przesady politycznej poprawności skutkującej niesprawiedliwymi decyzjami wynikającymi z nagradzania filmów wyłącznie za to, że poruszają modną aktualnie tematykę (O czym świadczyć może chociażby triumf "Moonlight" nad "La La Land" czy tegoroczne zwycięstwo "Fantastycznej Kobiety", która w pokonanym polu zostawiła znakomitą węgierską produkcję "Dusza i Ciało" czy rosyjską "Niemiłość") ponieważ tylko się niepotrzebnie denerwuję, a jednak co roku zasiadam przed odbiornikiem. Tak też było tym razem.
I właściwie można powiedzieć tyle, że tegoroczna gala rozdania tych jakże prestiżowych nagród przyznawanych przez Amerykańską Akademię Filmową odbyła się niemal dokładnie według scenariusza z ubiegłego roku (Ba! Sytuacji nie poprawiał fakt, że był ten sam prowadzący Jimmy Kimmel a statuetkę w najważniejszej kategorii wręczali "bohaterowie" sprzed roku czyli Faye Dunnaway i Warren Beatty).
Z gali przez większą część czasu wiało nudą (Głównie przez patetyczne przemowy pełne nawiązań do modnego aktualnie molestowania kobiet w showbiznesie oraz wiecznie żywych kwestii rasowych czy ogólnie niesprawiedliwości społecznej. Warto w tym miejscu podkreślić, że zdarzyło się kilka ciekawszych momentów, takich jak chociażby przemówienie Allison Janney (zasłużenie nagrodzonej za fantastyczną kreację w "I, Tonya", który to film gorąco polecam nawet osobom, które niekoniecznie interesują się sportem ponieważ ) zaczynające się od słów "I did it all by myself ;) ) a przewidywalność większości rozstrzygnięć pozwalała sądzić, że wszystko było jasne przed rozdaniem, gdy tymczasem doszło do (moim zdaniem) ogromnej i moim zdaniem bardzo niemiłej niespodzianki, która zepsuła piękny wieczór.
Oczywiście to znaczy, że mam coś przeciwko niespodziankom. Przeciwnie! Uważam, że podczas tego typu eventów nawet mile widziane jest to, aby murowani zdawało się faworyci sensacyjnie polegli. Takie wydarzenia bowiem na długo zapadają w pamięć i budzą żarliwe dyskusje. W tym wypadku jednak mam wrażenie, że zwyciężył najsłabszy kandydat.
Nie zrozumcie mnie źle! Absolutnie nie twierdzę, że "Kształt Wody" czyli baśniowa opowieść o romansie, który połączył ze sobą ryboludzia z niemą kobietą (znakomita Sally Hawkins) jest złą produkcją. Muszę bowiem przyznać, że choć nie jest to może poziom "Labiryntu Fauna" tego samego reżysera, to oglądało mi się ją bardzo przyjemnie (głównie ze względu na jak zawsze wspaniałego Michaela Shannona, który tak cudownie bawił się swoją rolą przerysowanego antagonisty, że do dzisiaj nie rozumiem powodów tego, że nie znalazł uznania w oczach Akademii i nie został nominowany w kategorii najlepszy aktor zamiast choćby Daniela Kaluui. Szczególnie, że na nominację "załapała się" Octavia Spencer, która niczego specjalnego nie pokazała. Może po prostu Shannon był za mało czarny).
W mojej ocenie jednak inne tytuły, takie jak choćby "Trzy Billboardy" McDonagha, "Dunkierka" Nolana czy "Nić Widmo" Andersona były filmami zdecydowanie lepszymi i dużo bardziej zasłużyły na nagrodzenie złotą statuetką. Ba! Już nawet "Lady Bird" byłaby trafniejszym wyborem. No cóż! Chyba pora się przyzwyczaić, że urok głosowania preferencyjnego polega na tym, iż nie wygrywa najlepszy film, ale raczej najbezpieczniejszy. Taki, który "podpadł" najmniejszej ilości osób.
Oczywiście to nie znaczy, że nie jestem zadowolony z przynajmniej kilku rezultatów. Cieszy mnie fakt, że aż dwie statuetki zgarnął "Blade Runner 2049" Denisa Villeneuve'a. Cieszą mnie nagrody w kategoriach technicznych dla "Dunkierki" (nawet mimo faktu, że wolałbym również dostrzeżenie fantastycznej pracy wykonanej przy "Baby Driver"). Przede wszystkim jestem szczęśliwy, iż swojego długo wyczekiwanego Oscara wreszcie "wyszarpali" Gary Oldman i Roger Deakins. W obu przypadkach były to zwycięstwa absolutnie zasłużone mimo, że komentatorzy w radiowej Jedynce starali się umniejszać ich zasługi twierdząc, że są to takie "nagrody za całokształt" a nie za konkretne zasługi. Z tego co bowiem udało mi się zrozumieć "Blade Runner 2049" kompletnie im nie podszedł. No cóż! Każdy ma prawo się mylić!
I właściwie można powiedzieć tyle, że tegoroczna gala rozdania tych jakże prestiżowych nagród przyznawanych przez Amerykańską Akademię Filmową odbyła się niemal dokładnie według scenariusza z ubiegłego roku (Ba! Sytuacji nie poprawiał fakt, że był ten sam prowadzący Jimmy Kimmel a statuetkę w najważniejszej kategorii wręczali "bohaterowie" sprzed roku czyli Faye Dunnaway i Warren Beatty).
Z gali przez większą część czasu wiało nudą (Głównie przez patetyczne przemowy pełne nawiązań do modnego aktualnie molestowania kobiet w showbiznesie oraz wiecznie żywych kwestii rasowych czy ogólnie niesprawiedliwości społecznej. Warto w tym miejscu podkreślić, że zdarzyło się kilka ciekawszych momentów, takich jak chociażby przemówienie Allison Janney (zasłużenie nagrodzonej za fantastyczną kreację w "I, Tonya", który to film gorąco polecam nawet osobom, które niekoniecznie interesują się sportem ponieważ ) zaczynające się od słów "I did it all by myself ;) ) a przewidywalność większości rozstrzygnięć pozwalała sądzić, że wszystko było jasne przed rozdaniem, gdy tymczasem doszło do (moim zdaniem) ogromnej i moim zdaniem bardzo niemiłej niespodzianki, która zepsuła piękny wieczór.
Oczywiście to znaczy, że mam coś przeciwko niespodziankom. Przeciwnie! Uważam, że podczas tego typu eventów nawet mile widziane jest to, aby murowani zdawało się faworyci sensacyjnie polegli. Takie wydarzenia bowiem na długo zapadają w pamięć i budzą żarliwe dyskusje. W tym wypadku jednak mam wrażenie, że zwyciężył najsłabszy kandydat.
Nie zrozumcie mnie źle! Absolutnie nie twierdzę, że "Kształt Wody" czyli baśniowa opowieść o romansie, który połączył ze sobą ryboludzia z niemą kobietą (znakomita Sally Hawkins) jest złą produkcją. Muszę bowiem przyznać, że choć nie jest to może poziom "Labiryntu Fauna" tego samego reżysera, to oglądało mi się ją bardzo przyjemnie (głównie ze względu na jak zawsze wspaniałego Michaela Shannona, który tak cudownie bawił się swoją rolą przerysowanego antagonisty, że do dzisiaj nie rozumiem powodów tego, że nie znalazł uznania w oczach Akademii i nie został nominowany w kategorii najlepszy aktor zamiast choćby Daniela Kaluui. Szczególnie, że na nominację "załapała się" Octavia Spencer, która niczego specjalnego nie pokazała. Może po prostu Shannon był za mało czarny).
W mojej ocenie jednak inne tytuły, takie jak choćby "Trzy Billboardy" McDonagha, "Dunkierka" Nolana czy "Nić Widmo" Andersona były filmami zdecydowanie lepszymi i dużo bardziej zasłużyły na nagrodzenie złotą statuetką. Ba! Już nawet "Lady Bird" byłaby trafniejszym wyborem. No cóż! Chyba pora się przyzwyczaić, że urok głosowania preferencyjnego polega na tym, iż nie wygrywa najlepszy film, ale raczej najbezpieczniejszy. Taki, który "podpadł" najmniejszej ilości osób.
Oczywiście to nie znaczy, że nie jestem zadowolony z przynajmniej kilku rezultatów. Cieszy mnie fakt, że aż dwie statuetki zgarnął "Blade Runner 2049" Denisa Villeneuve'a. Cieszą mnie nagrody w kategoriach technicznych dla "Dunkierki" (nawet mimo faktu, że wolałbym również dostrzeżenie fantastycznej pracy wykonanej przy "Baby Driver"). Przede wszystkim jestem szczęśliwy, iż swojego długo wyczekiwanego Oscara wreszcie "wyszarpali" Gary Oldman i Roger Deakins. W obu przypadkach były to zwycięstwa absolutnie zasłużone mimo, że komentatorzy w radiowej Jedynce starali się umniejszać ich zasługi twierdząc, że są to takie "nagrody za całokształt" a nie za konkretne zasługi. Z tego co bowiem udało mi się zrozumieć "Blade Runner 2049" kompletnie im nie podszedł. No cóż! Każdy ma prawo się mylić!
Najlepszy film 2021: Titane
Najlepszy film 2020: Pewnego razu w Hollywood
Najlepszy film 2019: Parasite
Najlepszy film 2018: Suspiria
Najlepszy film 2020: Pewnego razu w Hollywood
Najlepszy film 2019: Parasite
Najlepszy film 2018: Suspiria
06-03-2018, 01:04 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06-03-2018, 01:19 przez Bradesinarus.)





