Proszę ja Was - ten film jest brzydki i pozbawiony jakiegokolwiek stylu oraz charakteru poprzedników. Tak, sporo scen wyglądało na kręcone komórkami, bo są wyprane z kolorów, nieostre, często z efektem trzęsawki, zimne i bez polotu. W dodatku każda akcja budowana jest tu właściwie na statycznych ujęciach, szkolnym montażu i ogólnej nijakości łączenia tego do kupy. De Palma w jedynce potrafił ze zwykłej rozmowy w restauracji zrobić trzymający w napięciu majstersztyk. Woo brak logiki nadrabiał pięknym slow-mo i dynamiką; część trzecia robiła wrażenie bardziej realistycznym, odrobinę przyziemnym zacięciem; czwórka była efektowna i pięknie komiksowa, a piątka od tego samego reżysera co tutaj, po prostu porywała rozmachem, energią. Tu natomiast ta sama ekipa co poprzednio bezustannie zabija dobre pomysły fatalną inscenizacją (chyba już pisałem o najgorszym z całego cyklu prologu, który powinien był ustawiać wszystko, a zamiast tego spalił kompletnie zainteresowanie). W kinie co chwila ziewałem i/lub łapałem się za głowę, że ktoś w ogóle zatwierdził te marne kalki sekwencji z innych filmów, z przeklejonym od nich również klimatem. I żal mi było Tomka, bo mimo dawania z siebie wszystkiego, widać było, że jedzie na tym samym autopilocie, co Craig w Spectre i jego Hunt jest nie tylko zmęczony, ale znudzony. Więć sorry, jeśli ktoś wystawia maksy i twierdzi, że to szczyt szczytów w kinie akcji, to filmów z tego gatunku musiał oglądać może ze dwa.
Dobre wypełniacze czasu? Błagam. Mdły romans o chemii praktycznie zerowej (Ilsa zresztą potrzebna jest całej fabule jak pryszcz na dupie), jakieś pierdololo z córką Max, której nie tylko brakuje charyzmy i charakteru matki - w ogóle samo nawiązanie z dupy, bo nic za nim nie stoi - ale w ogóle większej tożsamości. Nie wnosi ona zresztą do tego filmu za wiele - ot ładna buzia, która nie wiadomo jakim cudem utrzymuje się w tym biznesie. Wszelkie twisty mają potencjał, ale wykładane z gracją młotka Cavilla wprawiają bardziej w zażenowanie niż zachwyt. Elementy komediowe z kolei, podobnie jak ta żałosna ścieżka dźwiękowa, której mogłoby nie być, pasują do udającej mega poważną, mhroczną fabułę, jak pięść do nosa. Owszem, scena z helikopterami wybija się na tym tle (choć też nie powala), lecz trzeba na nią czekać aż dwie godziny, podczas których na ekranie dzieje się wiele i jednocześnie nic. Bo na zdrowy rozsądek fabułę popycha do przodu może co trzecia scena, a reszta jest nie wiadomo po co (ale czy to dziwi, skoro na plan weszli z notatkami, a nie z dopiętym scenariuszem). I tak, Kuba - akurat to M:I aż nadto próbuje być "mega inteligentnym i ambitnym pod względem historii filmem", w dodatku kolejnym blockbusterem z rzędu, który ni stąd, ni zowąd zaczyna przeć na wątek rodzinny i braterstwo.I to się odbija czkawką już po pierwszych 20 minutach, a potem jest tylko gorzej.
Mało tego - ten film nie wie tak naprawdę, czym chce być (co tłumaczy słabe łączenie wątków oraz konwencji). W przywołanej już scenie toaletowej widać to aż nadto. W True Lies - które samo w sobie było pastiszem, więc zrobione zostało z przymrużeniem oka - kibel rozwalają Arnie i wielki jak dąb Arab, mimo przyjętej konwencji nie wykraczając poza prawa fizyki i świata przedstawionego. I jest to też pojedynek pokazujący na ich twarzach wysiłek, momentami naprawdę dramaturgiczny. Tymczasem w Fallout jakiś chuderlawy Azjata wyrywa jednym ruchem metalową rurę ze ściany, a Cavill z rozbiegu niszczy pół ściany. Panowie obijają się po ryjach non-stop, ale efektów i jakichkolwiek śladów na nich w ogóle nie widać. Już pomijając fakt, że w tak dużym klubie, ten kibel byłby non-stop okupowany przez kolesi w różnym stanie, to jest to w założeniu scena, na której opiera się cały środek ciężkości intrygi w tym momencie. Ale dramatu w ogóle tu nie ma. I kiedy pojawia się z dupy Elsa, zabijając gościa, po czym tłumacząc się, iż "celowała niżej", to ja nie wiem, czy śmiać się, czy płakać - szczególnie, że reakcja pozostałych postaci to wzruszenie ramion. I tak jest praktycznie z każdą kolejną sekwencją akcji, którą zawsze coś psuje. A żeby było śmieszniej, to nawet momenty mające rozładować napięcie i pozwolić odetchnąć zostały chamsko zgapione z innych filmów (mam tu na myśli scenę z policjantką, jako żywą wziętą z The Town).
Wybaczcie, ale M:I do tej pory wyznaczało standardy współczesnego kina akcji z pogranicza nieprawdopodobieństwa (zawsze jednak pokazane było ono w sposób pozwalający w nie uwierzyć), zatem powinno się od tej serii wymagać o wiele więcej. Tymczasem Fallout jest poniżej poziomu - tu niemal z każdego kadru bije fałsz, brak oryginalności i konsekwencji, realizacyjna nijakość. I winą za to obarczam złamanie dotychczasowej reguły systematycznej wymiany ekipy. Ktoś najwyraźniej pomyślał, że trzeba pójść drogą Szybkich i wściekłych, tworząc sobie rodzinę nie tylko w fabule, ale i na planie. Niestety, to zupełnie inny rodzaj kina, żeby móc sobie pozwolić na obranie takiej drogi. Gdy w poprzednich częściach epizodycznie pojawiała się eks-żona, to było ciekawe nawiązanie, inteligentna próba nadania Huntowi głębi oraz fajna klamerka. Tutaj z kolei dostaliśmy mdłe romansidło, które nie wiadomo nawet jak traktować, bo jest tak niezręcznie wklejone pomiędzy akcję. Tym samym Fallout to monstrum Frankensteina, w którym zaszyte są wszystkie grzeszki współczesnego, beznamiętnego kina akcji. I zarazem film, który przegrywa z własnym trailerem (swoją drogą ile tam jest ujęć nieobecnych w gotowym produkcie - to też ciekawe, bo pewnie okaże się, że najlepsze momenty wycięto). Nie wiem, co poszło nie tak w trakcie produkcji, ale jest to ewidentne, że Fallout na jakimś jej etapie zostało po prostu sprzedane bądź zabite. Taka smutna prawda.
Dobre wypełniacze czasu? Błagam. Mdły romans o chemii praktycznie zerowej (Ilsa zresztą potrzebna jest całej fabule jak pryszcz na dupie), jakieś pierdololo z córką Max, której nie tylko brakuje charyzmy i charakteru matki - w ogóle samo nawiązanie z dupy, bo nic za nim nie stoi - ale w ogóle większej tożsamości. Nie wnosi ona zresztą do tego filmu za wiele - ot ładna buzia, która nie wiadomo jakim cudem utrzymuje się w tym biznesie. Wszelkie twisty mają potencjał, ale wykładane z gracją młotka Cavilla wprawiają bardziej w zażenowanie niż zachwyt. Elementy komediowe z kolei, podobnie jak ta żałosna ścieżka dźwiękowa, której mogłoby nie być, pasują do udającej mega poważną, mhroczną fabułę, jak pięść do nosa. Owszem, scena z helikopterami wybija się na tym tle (choć też nie powala), lecz trzeba na nią czekać aż dwie godziny, podczas których na ekranie dzieje się wiele i jednocześnie nic. Bo na zdrowy rozsądek fabułę popycha do przodu może co trzecia scena, a reszta jest nie wiadomo po co (ale czy to dziwi, skoro na plan weszli z notatkami, a nie z dopiętym scenariuszem). I tak, Kuba - akurat to M:I aż nadto próbuje być "mega inteligentnym i ambitnym pod względem historii filmem", w dodatku kolejnym blockbusterem z rzędu, który ni stąd, ni zowąd zaczyna przeć na wątek rodzinny i braterstwo.I to się odbija czkawką już po pierwszych 20 minutach, a potem jest tylko gorzej.
Mało tego - ten film nie wie tak naprawdę, czym chce być (co tłumaczy słabe łączenie wątków oraz konwencji). W przywołanej już scenie toaletowej widać to aż nadto. W True Lies - które samo w sobie było pastiszem, więc zrobione zostało z przymrużeniem oka - kibel rozwalają Arnie i wielki jak dąb Arab, mimo przyjętej konwencji nie wykraczając poza prawa fizyki i świata przedstawionego. I jest to też pojedynek pokazujący na ich twarzach wysiłek, momentami naprawdę dramaturgiczny. Tymczasem w Fallout jakiś chuderlawy Azjata wyrywa jednym ruchem metalową rurę ze ściany, a Cavill z rozbiegu niszczy pół ściany. Panowie obijają się po ryjach non-stop, ale efektów i jakichkolwiek śladów na nich w ogóle nie widać. Już pomijając fakt, że w tak dużym klubie, ten kibel byłby non-stop okupowany przez kolesi w różnym stanie, to jest to w założeniu scena, na której opiera się cały środek ciężkości intrygi w tym momencie. Ale dramatu w ogóle tu nie ma. I kiedy pojawia się z dupy Elsa, zabijając gościa, po czym tłumacząc się, iż "celowała niżej", to ja nie wiem, czy śmiać się, czy płakać - szczególnie, że reakcja pozostałych postaci to wzruszenie ramion. I tak jest praktycznie z każdą kolejną sekwencją akcji, którą zawsze coś psuje. A żeby było śmieszniej, to nawet momenty mające rozładować napięcie i pozwolić odetchnąć zostały chamsko zgapione z innych filmów (mam tu na myśli scenę z policjantką, jako żywą wziętą z The Town).
Wybaczcie, ale M:I do tej pory wyznaczało standardy współczesnego kina akcji z pogranicza nieprawdopodobieństwa (zawsze jednak pokazane było ono w sposób pozwalający w nie uwierzyć), zatem powinno się od tej serii wymagać o wiele więcej. Tymczasem Fallout jest poniżej poziomu - tu niemal z każdego kadru bije fałsz, brak oryginalności i konsekwencji, realizacyjna nijakość. I winą za to obarczam złamanie dotychczasowej reguły systematycznej wymiany ekipy. Ktoś najwyraźniej pomyślał, że trzeba pójść drogą Szybkich i wściekłych, tworząc sobie rodzinę nie tylko w fabule, ale i na planie. Niestety, to zupełnie inny rodzaj kina, żeby móc sobie pozwolić na obranie takiej drogi. Gdy w poprzednich częściach epizodycznie pojawiała się eks-żona, to było ciekawe nawiązanie, inteligentna próba nadania Huntowi głębi oraz fajna klamerka. Tutaj z kolei dostaliśmy mdłe romansidło, które nie wiadomo nawet jak traktować, bo jest tak niezręcznie wklejone pomiędzy akcję. Tym samym Fallout to monstrum Frankensteina, w którym zaszyte są wszystkie grzeszki współczesnego, beznamiętnego kina akcji. I zarazem film, który przegrywa z własnym trailerem (swoją drogą ile tam jest ujęć nieobecnych w gotowym produkcie - to też ciekawe, bo pewnie okaże się, że najlepsze momenty wycięto). Nie wiem, co poszło nie tak w trakcie produkcji, ale jest to ewidentne, że Fallout na jakimś jej etapie zostało po prostu sprzedane bądź zabite. Taka smutna prawda.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings
25-08-2018, 16:09 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25-08-2018, 16:09 przez Mefisto.)





