Swego czasu zaliczyłem pobyt w wariatkowie.
Umiem zacząć niczym dobry dziennikarz Pudelka. Ale tak poważnie - tak, miałem taki epizod w życiu. Z przyczyn których nie muszę się wstydzić, bo społeczeństwo raczej za nie klepie po główce aniżeli wyklucza, choć byłem tam z ludźmi, na których nie jeden bez empatyczny i osądzający człowiek mógłby spojrzeć z obrzydzeniem lub dystansem. Trafiłem tam w pokrętny sposób, robiąc baranka z logiki, w podobny sposób co McMurphy. Nikt mnie tam siłą nie zaciągnął, sam się zgłosiłem, bo też chciałem uciec od konsekwencji tego jak prowadziłem swoje życie (choć nie łamałem prawa jak protagonista filmu).
"Lot nad..." zobaczyłem po raz pierwszy całkiem niedawno. Nigdy wcześniej ten film po prostu nie był w kręgu moich zainteresowań, ot co. W końcu chciałem zobaczyć klasyk własnymi oczami, i porównać ze swoimi doświadczeniami i przemyśleniami. Smutny jest fakt, zakładając że film przedstawia prawdziwe oblicze ówczesnych szpitali psychiatrycznych w USA, że ta placówka z połowy lat 70' niewiele się różni od dzisiejszych w Polsce. Są różne miejsca oczywiście, ja akurat leżałem w typowym szpitalu kochającym styl Polski ze wczesnych lat 90'.
Faktycznie film robi świetną robotę. Budowanie społeczności wśród chorych i organizowanie sobie rozrywek, kiedy nie ma się praktycznie nic pod ręka, to wszystko prawda, widziałem na własne oczy i byłem tego częścią. Może nie symulowaliśmy oglądanych meczów, bo telewizor jeden na korytarz akurat był, ale generalnie większość podobna. Przyjmowanie leków również. Za to terapia trochę się różniła, bo nikt na siebie nie wjeżdżał. Tam gdzie ja byłem nikt się nie pieścił, i jak miałeś za dużo testosteronu to szybko tacy delikwenci zapisani byli w pasach. W placówce przedstawionej w filmie wydaje się że miejscami było bardziej liberalnie.
Wiem że to tylko wizualna otoczka do przemyśleń, jakie książka i jej adaptacje chciały wywołać. I tu również wielką przyjemność miałem kiedy konfrontowałem treść filmu ze swoimi wspomnieniami. O czym jest właściwie ten film według Was? Ja morał rozumiem w ten sposób, bardzo prosty, że ucieczka przed konsekwencjami naszej natury, nie czynów, a po prostu natury, to jeden z największych błędów jaki możemy popełnić. McMurphy mógł się zaszyć w psychiatryku, na Karaibach, u swojej babci, nie zmienia to faktu że i tak przebyłby te samą drogę. Jego wejście do szpitala było szansą która przetrawiła jego natura. A było blisko by coś zmieniło się na lepsze. Miał okazję skonfrontować się z innymi spojrzeniami na świat dzięki ludziom z innymi defektami. To naprawdę potrafi poszerzyć czyjeś pole widzenia. Jestem za to zawiedziony sam sobą, ponieważ protagonista który jest łachudrą i gwałcicielem, zaskarbił sobie moja sympatię i współczucie. Jestem jedyny który tak ma?
[Offtopic, do tematu podrywacze.film.org.pl; nie będę pisał tej anegdotki tam, żeby nie obnosić się po całym forum z tym o czym pisałem wyżej, a widziałem że niektórzy piszą tam o swoich "przegranych historiach" z kobietami. W tamtejszym szpitali sam jedną poznałem. Młodsza ode mnie o parę lat, przywieźli ją bo miała próbę samobójczą po tym jak pobił ją chłopak. Dziewczyna bez matki i ojca, obracająca się w kręgu patologii, a jednak coś zaiskrzyło. W warunkach takiego szpitala nie ma zbytniego pola manewru do uprawiania sexu, choć rzekomo byli tacy którym to się udawało. Zatem zbytnio sobie nie poużywałem, a jak w pewnym momencie poprosiłem o trochę dystansu, bo czułem się przytłoczony, zajęła się 2 dni później jakimś gościem z ostrą schizofrenią kilka sal obok. Poczułem się jakbym przegrał wszystko :-P]
Mam nadzieję, że Indianin dobiegł do raju.
Umiem zacząć niczym dobry dziennikarz Pudelka. Ale tak poważnie - tak, miałem taki epizod w życiu. Z przyczyn których nie muszę się wstydzić, bo społeczeństwo raczej za nie klepie po główce aniżeli wyklucza, choć byłem tam z ludźmi, na których nie jeden bez empatyczny i osądzający człowiek mógłby spojrzeć z obrzydzeniem lub dystansem. Trafiłem tam w pokrętny sposób, robiąc baranka z logiki, w podobny sposób co McMurphy. Nikt mnie tam siłą nie zaciągnął, sam się zgłosiłem, bo też chciałem uciec od konsekwencji tego jak prowadziłem swoje życie (choć nie łamałem prawa jak protagonista filmu).
"Lot nad..." zobaczyłem po raz pierwszy całkiem niedawno. Nigdy wcześniej ten film po prostu nie był w kręgu moich zainteresowań, ot co. W końcu chciałem zobaczyć klasyk własnymi oczami, i porównać ze swoimi doświadczeniami i przemyśleniami. Smutny jest fakt, zakładając że film przedstawia prawdziwe oblicze ówczesnych szpitali psychiatrycznych w USA, że ta placówka z połowy lat 70' niewiele się różni od dzisiejszych w Polsce. Są różne miejsca oczywiście, ja akurat leżałem w typowym szpitalu kochającym styl Polski ze wczesnych lat 90'.
Faktycznie film robi świetną robotę. Budowanie społeczności wśród chorych i organizowanie sobie rozrywek, kiedy nie ma się praktycznie nic pod ręka, to wszystko prawda, widziałem na własne oczy i byłem tego częścią. Może nie symulowaliśmy oglądanych meczów, bo telewizor jeden na korytarz akurat był, ale generalnie większość podobna. Przyjmowanie leków również. Za to terapia trochę się różniła, bo nikt na siebie nie wjeżdżał. Tam gdzie ja byłem nikt się nie pieścił, i jak miałeś za dużo testosteronu to szybko tacy delikwenci zapisani byli w pasach. W placówce przedstawionej w filmie wydaje się że miejscami było bardziej liberalnie.
Wiem że to tylko wizualna otoczka do przemyśleń, jakie książka i jej adaptacje chciały wywołać. I tu również wielką przyjemność miałem kiedy konfrontowałem treść filmu ze swoimi wspomnieniami. O czym jest właściwie ten film według Was? Ja morał rozumiem w ten sposób, bardzo prosty, że ucieczka przed konsekwencjami naszej natury, nie czynów, a po prostu natury, to jeden z największych błędów jaki możemy popełnić. McMurphy mógł się zaszyć w psychiatryku, na Karaibach, u swojej babci, nie zmienia to faktu że i tak przebyłby te samą drogę. Jego wejście do szpitala było szansą która przetrawiła jego natura. A było blisko by coś zmieniło się na lepsze. Miał okazję skonfrontować się z innymi spojrzeniami na świat dzięki ludziom z innymi defektami. To naprawdę potrafi poszerzyć czyjeś pole widzenia. Jestem za to zawiedziony sam sobą, ponieważ protagonista który jest łachudrą i gwałcicielem, zaskarbił sobie moja sympatię i współczucie. Jestem jedyny który tak ma?
[Offtopic, do tematu podrywacze.film.org.pl; nie będę pisał tej anegdotki tam, żeby nie obnosić się po całym forum z tym o czym pisałem wyżej, a widziałem że niektórzy piszą tam o swoich "przegranych historiach" z kobietami. W tamtejszym szpitali sam jedną poznałem. Młodsza ode mnie o parę lat, przywieźli ją bo miała próbę samobójczą po tym jak pobił ją chłopak. Dziewczyna bez matki i ojca, obracająca się w kręgu patologii, a jednak coś zaiskrzyło. W warunkach takiego szpitala nie ma zbytniego pola manewru do uprawiania sexu, choć rzekomo byli tacy którym to się udawało. Zatem zbytnio sobie nie poużywałem, a jak w pewnym momencie poprosiłem o trochę dystansu, bo czułem się przytłoczony, zajęła się 2 dni później jakimś gościem z ostrą schizofrenią kilka sal obok. Poczułem się jakbym przegrał wszystko :-P]
Mam nadzieję, że Indianin dobiegł do raju.
08-12-2018, 12:51





