Żeby nie było: ja nie krytykuję KONCEPCJI sceny ucieczki Waingro i wątku romansu McCauleya. Absolutnie nie. Jak zwykle: nie CO, ale JAK :)
Jeśli chodzi o tę pierwszą rzecz, widzę, że obaj się ze mną w zasadzie zgadzacie, wiec git. Tak jak mówię: w tak świetnym i dopracowanym filmie po prostu boli, że z tysiąca potencjalnych rozwiązań motywu "postać musi uciec" Mann wybrał tak tani chwyt. Przy czym to:
A co do romansu McCauleya to znowu: ja nie narzekam na ideę (a Ty mi, Mefi, klarujesz ideę :) ), tylko na wprowadzenie jej w życie. Oczywiście też nie w całości. Natomiast jak dla mnie za dużo w tym wątku dzieje się "bo tak". Z sympatii dla Manna nazwijmy to nadmiernymi skrótami myslowymi ;) Otóż z banalnej rozmowy rozmowy w barze _na ekranie_ nic nie wynika. Między nimi nic nie iskrzy, choć z rozwoju sytuacji dowiadujemy się, że jednak owszem. Oglądając, "na słowo" musiałem uwierzyć, że Eady zafascynował McCauley i że McCauleya zainteresowała Eady. "Na słowo" musiałem uwierzyć, że czułość, która się nagle między nimi pojawia, skądś się bierze. Wreszcie "na słowo" musiałem uwierzyć, że Eady wybacza McCauleyowi, że jest złodziejem i mordercą, że ją okłamywał i tak dalej. To nie o to chodzi, że któryś z tych elementów nie ma sensu. To chodzi o to, że jak dla mnie, w przeciwnieństwie do wszystkiego innego w całym filmie, te rzeczy nie wynikają z tego, co widzę na ekranie między bohaterami. I znowu na koniec myśl, z którą się zgadzam:
Przypuszczam, że z czasem się do tego najnormalniej w świecie przyzwyczaję. Ale to już inna kwestia.
Jeśli chodzi o tę pierwszą rzecz, widzę, że obaj się ze mną w zasadzie zgadzacie, wiec git. Tak jak mówię: w tak świetnym i dopracowanym filmie po prostu boli, że z tysiąca potencjalnych rozwiązań motywu "postać musi uciec" Mann wybrał tak tani chwyt. Przy czym to:
Mefisto napisał(a):Neil uznał, że taki gnojek jak Waingro po prostu spieprzył i tyle i więcej go na oczy nie ujrzy. Nie przejął się, bo miał ważniejsze problemymnie przekonuje co do sensowności braku szczególnej reakcji.
A co do romansu McCauleya to znowu: ja nie narzekam na ideę (a Ty mi, Mefi, klarujesz ideę :) ), tylko na wprowadzenie jej w życie. Oczywiście też nie w całości. Natomiast jak dla mnie za dużo w tym wątku dzieje się "bo tak". Z sympatii dla Manna nazwijmy to nadmiernymi skrótami myslowymi ;) Otóż z banalnej rozmowy rozmowy w barze _na ekranie_ nic nie wynika. Między nimi nic nie iskrzy, choć z rozwoju sytuacji dowiadujemy się, że jednak owszem. Oglądając, "na słowo" musiałem uwierzyć, że Eady zafascynował McCauley i że McCauleya zainteresowała Eady. "Na słowo" musiałem uwierzyć, że czułość, która się nagle między nimi pojawia, skądś się bierze. Wreszcie "na słowo" musiałem uwierzyć, że Eady wybacza McCauleyowi, że jest złodziejem i mordercą, że ją okłamywał i tak dalej. To nie o to chodzi, że któryś z tych elementów nie ma sensu. To chodzi o to, że jak dla mnie, w przeciwnieństwie do wszystkiego innego w całym filmie, te rzeczy nie wynikają z tego, co widzę na ekranie między bohaterami. I znowu na koniec myśl, z którą się zgadzam:
Mefisto napisał(a):Tu polecam kapitalną scenę, pełną wspomnianych przez Ciebie emocji, w której Neil ucieka na jej oczach - przecież miał czas, żeby wsiąść do auta i odjechać z nią, choćby spróbować ucieczki. Ale tak nie zrobił.Jasna sprawa. Scena jest świetna, rewelacyjna i marszczy pośladki. Ale o to chodzi, że o ile ja widzę w tej właśnie końcowej scenie tonę emocji, to wcześniej niewiele zobaczyłem czegoś, co pozwoliłoby mi uwierzyć, że one są uzasadnione, skądś się biorą. Po prostu -- znowu: w przeciwieństwie do tylu innych elementów filmu, w które po prostu z miejsca się wierzy, bo to emanuje z zachowań, słów i mimiki bohaterów -- ja w ten ich związek (jak by go nie nazywać: miłością, przywiązaniem, romansem) nie uwierzyłem.
Przypuszczam, że z czasem się do tego najnormalniej w świecie przyzwyczaję. Ale to już inna kwestia.
Klub OFILMIE | Podcast filmowy Radio Ofilmie
09-03-2008, 17:25






