Zgodzę się z Tobą. Tu brakowało treści na te 8h. Jednocześnie bohaterowie całościowo, nie byli tak interesujący, jak w serii pierwszej, gdzie chyba ulubioną moją sceną jest zwykła rozmowa w samochodzie.
Koniec końców dokończyłem to nawet bezboleśnie. Drugą połowę oglądałem z jakimś większym zaangażowaniem. Chyba wpłynęło na to przesunięcie akcentu na współczesność. Ogólnie mój zasadniczy problem z trzecim sezonem, to ta jego konstrukcja. Moim zdaniem film, czy serial, który bawi się w kilka linii czasowych, powinien jednak mieć bardziej dopracowany pomysł na narrację. Tutaj doszło do jakiegoś rozmydlenia, które spowodowało, że nie umiałem określić, gdzie rozgrywa się właściwa historia. W pierwszym sezonie "True Detective" było to znacznie lepiej pomyślane. Może też dlatego, że patent był prostszy. Tutaj jakoś się ta konstrukcja posypała. Finalnie jakoś tam się zazębia i mam wrażenie, że nawet wiem, o co twórcy chodziło. Zgadzam się z powyższymi postami Kuby i patyczaka, że to jakaś próba podjęcia analizy budowy i rozpadu rodziny. Jednak jest tu zdecydowanie za mało jakichś konkretnych punktów zaczepienia, za mało konkretów, za mało inspirujących wniosków, żeby to działało dobrze. Poza tym - no sorry - nie tego oczekuję po serialu "True Detective". Może inaczej. Nie tylko tego. W poprzednich seriach o wiele lepiej udawało się skleić motywy kryminalne z taką życiową zwyczajnością. To było zresztą ich siłą.
Ali zagrał rolę wybitną. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Był świetny w każdej z linii czasowych. Różne oblicza tej samej postaci. Perfekcyjnie opracowane aktorsko to było. Zadbał o wszystkie detale. Dorff miał fajniejszą postać, ale jednak prostszą o wiele. Oczywiście też na plus. Do tego cichym bohaterem serii jest Scoot McNairy. Fantastyczny występ. Charakteryzacja świetna. W ogóle serial realizacyjnie to top topów. Może czasami aż za bardzo. Bo te piękne, klimatyczne zdjęcia i niepokojący momentami montaż, aż nie pasował do opowieści.
Przerost formy nad treścią - to określenie pasuje mi tu idealnie.
Koniec końców dokończyłem to nawet bezboleśnie. Drugą połowę oglądałem z jakimś większym zaangażowaniem. Chyba wpłynęło na to przesunięcie akcentu na współczesność. Ogólnie mój zasadniczy problem z trzecim sezonem, to ta jego konstrukcja. Moim zdaniem film, czy serial, który bawi się w kilka linii czasowych, powinien jednak mieć bardziej dopracowany pomysł na narrację. Tutaj doszło do jakiegoś rozmydlenia, które spowodowało, że nie umiałem określić, gdzie rozgrywa się właściwa historia. W pierwszym sezonie "True Detective" było to znacznie lepiej pomyślane. Może też dlatego, że patent był prostszy. Tutaj jakoś się ta konstrukcja posypała. Finalnie jakoś tam się zazębia i mam wrażenie, że nawet wiem, o co twórcy chodziło. Zgadzam się z powyższymi postami Kuby i patyczaka, że to jakaś próba podjęcia analizy budowy i rozpadu rodziny. Jednak jest tu zdecydowanie za mało jakichś konkretnych punktów zaczepienia, za mało konkretów, za mało inspirujących wniosków, żeby to działało dobrze. Poza tym - no sorry - nie tego oczekuję po serialu "True Detective". Może inaczej. Nie tylko tego. W poprzednich seriach o wiele lepiej udawało się skleić motywy kryminalne z taką życiową zwyczajnością. To było zresztą ich siłą.
Ali zagrał rolę wybitną. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Był świetny w każdej z linii czasowych. Różne oblicza tej samej postaci. Perfekcyjnie opracowane aktorsko to było. Zadbał o wszystkie detale. Dorff miał fajniejszą postać, ale jednak prostszą o wiele. Oczywiście też na plus. Do tego cichym bohaterem serii jest Scoot McNairy. Fantastyczny występ. Charakteryzacja świetna. W ogóle serial realizacyjnie to top topów. Może czasami aż za bardzo. Bo te piękne, klimatyczne zdjęcia i niepokojący momentami montaż, aż nie pasował do opowieści.
Przerost formy nad treścią - to określenie pasuje mi tu idealnie.
.
28-03-2020, 15:20





