Przeczytałem obie wersje (krótszą - ukazała się kiedyś w "Feniksie" i tę dłuższą) i nawet napisałem reckę, którą tu przeklejam:
W 1938 roku John W. Campbell Jr. opublikował w amerykańskim czasopiśmie „Astounding Science Fiction” mikropowieść „Who goes there?”. W Polsce musieliśmy długo czekać na tłumaczenie - ukazało się dopiero w 1990 roku, w czasopiśmie „Fenix” (w numerze 01/1990) pod tytułem „Kim jesteś?”. Przez lata książka ta funkcjonowała tylko w tej formie, aż pewnego dnia w 2018 roku biograf Campbella, Alec Nevala-Lee, znalazł w archiwach Uniwersytetu Harvarda rozszerzoną wersję opowieści, zatytułowaną „Frozen Hell”. Po zakończonej sukcesem kampanii na Kickstarterze, wydłużona wersja historii z lat trzydziestych ujrzała światło dzienne, a jeden z amerykańskich autorów wziął się za kontynuację. Wydawnictwo Vesper postanowiło zapoznać polskich czytelników z „Frozen Hell”, co poskutkowało wydaniem książki pod tytułem „Coś”.
Równie ciekawie prezentują się dzieje ekranizacji materiału Campbella. Najpierw za przeniesienie tekstu na ekran zabrał się w 1951 roku Howard Hawks (choć jako reżyser podpisany jest Chrystian Nyby i dyskusje, który z nich rzeczywiście piastował to stanowisko trwają do dziś). Powstał film „The Thing from Another World” (polski tytuł to „Istota z innego świata”). Produkcja ma niewiele wspólnego z książką – zaledwie punkt wyjściowy i kilka pomysłów fabularnych. I dziś nie robi już większego wrażenia, choć znajduje się na liście filmów budujących dziedzictwo narodowe USA (National Film Registry). Dopiero John Carpenter, tworząc w 1982 roku „The Thing” („Coś)”, czyli jedno z największych arcydzieł w gatunku horror science-fiction, wyciągnął z tekstu wszystko co najlepsze. Później, w 2011 roku powstał jeszcze prequel wizji carpenterowskiej, zatytułowany… „The Thing” („Coś”). A niedawno gruchnęła wieść o kolejnej ekranizacji, tym razem opartej na rozszerzonej wersji tekstu Campbella Jr.
O ile film z 1982 roku stanowi prawdziwy majstersztyk z niesamowitymi efektami specjalnymi Roba Bottina (nagana dla Akademii za brak chociażby nominacji do Oscara!), potęgującą klimat, minimalistyczną ścieżką dźwiękową Ennio Morricone (nominowaną z jakichś kuriozalnych względów do Złotej Maliny!), fantastycznymi rolami Kurta Russella i reszty obsady oraz wiejącą z ekranu atmosferą paranoi i zaszczucia, o tyle samo opowiadanie, szczególnie w swojej rozszerzonej wersji, nie dostarcza równie emocjonujących przeżyć. Archaiczna miejscami narracja oraz bardzo rozwlekły początek (słusznie zmieniony przez samego Campbella) sprawiają, że trudno wczuć się w klimat. Do tego, autor czasami prowadzi fabułę w dość osobliwy sposób i miejscami nie bardzo wiadomo, co się dzieje. Elementy stanowiące o wielkości filmu są wprawdzie w książce obecne, jednak zazwyczaj przedstawione w znacznie gorszy sposób, a nierzadko osobliwie wplecione między wierszami.
A pomysł wyjściowy jest przecież rewelacyjny – naukowcy na biegunie muszą zmierzyć się z obcą formą życia, zdolną imitować wszystkie organizmy żywe i czytać w myślach (tej drugiej właściwości kosmicznego organizmu zabrakło w filmie). Wokół tylko lodowe piekło i wiejący wściekle, przeraźliwie zimny wiatr… Jak odróżnić kto jeszcze jest człowiekiem? Komu zaufać? Skąd wiadomo, w jaki sposób można się zarazić?
Niestety, już w okrojonej wersji opowieści Campbella przeszkadza niezbyt jasna myśl autora. W tekście rozszerzonym problemy te zostały spotęgowane i momentami ciężko się przebić przez kolejne akapity. I nie chodzi tu o jakieś filozoficzne zagmatwanie, czy używanie fachowego słownictwa. Po prostu styl pisania Campbella (przynajmniej w przypadku „Coś”) za bardzo się zestarzał i nie przystaje do dzisiejszych czasów.
Osobny akapit należy się wydawnictwu Vesper za fantastyczne wydanie. Książka szyta, w twardej oprawie i solidnie wzbogacona o materiały dodatkowe – tak powinno się traktować klasykę! Oprócz samej powieści, w środku mamy jeszcze przedmowę Aleca Nevala-Lee, wprowadzenie, czyli krótkie przybliżenie dziejów autora oraz tekstu, fragment kontynuacji oraz artykuł na temat filmu Carpentera. A wszystko okraszone utrzymanymi w duchu opowieści ilustracjami. Przydałaby się może jeszcze wersja skrócona, ale i tak nie ma się specjalnie do czego przyczepić.
Trudno mi ocenić „Coś”. Sama książka powinna dostać notę 5 lub maksymalnie 6. Ale jeden punkt więcej należy się za fantastyczne wydanie. A drugi za to, że pierwotna wersja tekstu stała się podstawą jednego z najwspanialszych filmów grozy w historii (przy okazji należącego również do moich osobistych faworytów). Po klasyczne historie zawsze warto sięgnąć, wszelako w tym przypadku zdecydowanie wyżej stawiam wersję Carpentera.
W 1938 roku John W. Campbell Jr. opublikował w amerykańskim czasopiśmie „Astounding Science Fiction” mikropowieść „Who goes there?”. W Polsce musieliśmy długo czekać na tłumaczenie - ukazało się dopiero w 1990 roku, w czasopiśmie „Fenix” (w numerze 01/1990) pod tytułem „Kim jesteś?”. Przez lata książka ta funkcjonowała tylko w tej formie, aż pewnego dnia w 2018 roku biograf Campbella, Alec Nevala-Lee, znalazł w archiwach Uniwersytetu Harvarda rozszerzoną wersję opowieści, zatytułowaną „Frozen Hell”. Po zakończonej sukcesem kampanii na Kickstarterze, wydłużona wersja historii z lat trzydziestych ujrzała światło dzienne, a jeden z amerykańskich autorów wziął się za kontynuację. Wydawnictwo Vesper postanowiło zapoznać polskich czytelników z „Frozen Hell”, co poskutkowało wydaniem książki pod tytułem „Coś”.
Równie ciekawie prezentują się dzieje ekranizacji materiału Campbella. Najpierw za przeniesienie tekstu na ekran zabrał się w 1951 roku Howard Hawks (choć jako reżyser podpisany jest Chrystian Nyby i dyskusje, który z nich rzeczywiście piastował to stanowisko trwają do dziś). Powstał film „The Thing from Another World” (polski tytuł to „Istota z innego świata”). Produkcja ma niewiele wspólnego z książką – zaledwie punkt wyjściowy i kilka pomysłów fabularnych. I dziś nie robi już większego wrażenia, choć znajduje się na liście filmów budujących dziedzictwo narodowe USA (National Film Registry). Dopiero John Carpenter, tworząc w 1982 roku „The Thing” („Coś)”, czyli jedno z największych arcydzieł w gatunku horror science-fiction, wyciągnął z tekstu wszystko co najlepsze. Później, w 2011 roku powstał jeszcze prequel wizji carpenterowskiej, zatytułowany… „The Thing” („Coś”). A niedawno gruchnęła wieść o kolejnej ekranizacji, tym razem opartej na rozszerzonej wersji tekstu Campbella Jr.
O ile film z 1982 roku stanowi prawdziwy majstersztyk z niesamowitymi efektami specjalnymi Roba Bottina (nagana dla Akademii za brak chociażby nominacji do Oscara!), potęgującą klimat, minimalistyczną ścieżką dźwiękową Ennio Morricone (nominowaną z jakichś kuriozalnych względów do Złotej Maliny!), fantastycznymi rolami Kurta Russella i reszty obsady oraz wiejącą z ekranu atmosferą paranoi i zaszczucia, o tyle samo opowiadanie, szczególnie w swojej rozszerzonej wersji, nie dostarcza równie emocjonujących przeżyć. Archaiczna miejscami narracja oraz bardzo rozwlekły początek (słusznie zmieniony przez samego Campbella) sprawiają, że trudno wczuć się w klimat. Do tego, autor czasami prowadzi fabułę w dość osobliwy sposób i miejscami nie bardzo wiadomo, co się dzieje. Elementy stanowiące o wielkości filmu są wprawdzie w książce obecne, jednak zazwyczaj przedstawione w znacznie gorszy sposób, a nierzadko osobliwie wplecione między wierszami.
A pomysł wyjściowy jest przecież rewelacyjny – naukowcy na biegunie muszą zmierzyć się z obcą formą życia, zdolną imitować wszystkie organizmy żywe i czytać w myślach (tej drugiej właściwości kosmicznego organizmu zabrakło w filmie). Wokół tylko lodowe piekło i wiejący wściekle, przeraźliwie zimny wiatr… Jak odróżnić kto jeszcze jest człowiekiem? Komu zaufać? Skąd wiadomo, w jaki sposób można się zarazić?
Niestety, już w okrojonej wersji opowieści Campbella przeszkadza niezbyt jasna myśl autora. W tekście rozszerzonym problemy te zostały spotęgowane i momentami ciężko się przebić przez kolejne akapity. I nie chodzi tu o jakieś filozoficzne zagmatwanie, czy używanie fachowego słownictwa. Po prostu styl pisania Campbella (przynajmniej w przypadku „Coś”) za bardzo się zestarzał i nie przystaje do dzisiejszych czasów.
Osobny akapit należy się wydawnictwu Vesper za fantastyczne wydanie. Książka szyta, w twardej oprawie i solidnie wzbogacona o materiały dodatkowe – tak powinno się traktować klasykę! Oprócz samej powieści, w środku mamy jeszcze przedmowę Aleca Nevala-Lee, wprowadzenie, czyli krótkie przybliżenie dziejów autora oraz tekstu, fragment kontynuacji oraz artykuł na temat filmu Carpentera. A wszystko okraszone utrzymanymi w duchu opowieści ilustracjami. Przydałaby się może jeszcze wersja skrócona, ale i tak nie ma się specjalnie do czego przyczepić.
Trudno mi ocenić „Coś”. Sama książka powinna dostać notę 5 lub maksymalnie 6. Ale jeden punkt więcej należy się za fantastyczne wydanie. A drugi za to, że pierwotna wersja tekstu stała się podstawą jednego z najwspanialszych filmów grozy w historii (przy okazji należącego również do moich osobistych faworytów). Po klasyczne historie zawsze warto sięgnąć, wszelako w tym przypadku zdecydowanie wyżej stawiam wersję Carpentera.
Wszystko jest możliwe, niemożliwe zabiera tylko trochę więcej czasu.
23-11-2021, 11:57 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23-11-2021, 11:57 przez Dirk.)





