Obejrzane. Już od pierwszego kwadransu filmu miałem świadomość, że będzie z tym dziełem problem. Realizacja: świetna. Forma: świetna. Ileś tam scen: perełki. Klimat: niewyjęty. Muzyka: pojachana. I co? I nic.
Nie chcę za bardzo powtarzać tego, co parę miesięcy temu napisali w tym wątku Mefisto i Jakuzzi, bo raz że w pełni się z nimi zgadzam, a dwa że nie ma sensu mielić znów tego samego. Oglądając, jak fabuła idzie jak po dobrze znanym sznurku, co jakiś czas zadawałem sobie pytanie: po co? Po co powstał ten film? Nie wiem. Niektórym, jak widać, się podoba, więc może właśnie ku ich zadowoleniu. Choć ja bym wolał, żeby Scottowi przyświecała jakaś konkretna myśl.
Oglądając "American Gangster" doszedłem do wniosku, że... takie kino w dzisiejszych czasach straciło rację bytu. Można zrobić solidny, sprawnie zrealizowany, staranny w oddaniu epoki film, ale nic z niego nie będzie wynikać. Treści, jakie niesie ze sobą AG, przebrzmiały iks lat temu, stąd film Scotta trąci rozciągniętym do dwóch i pół godziny banałem. A przecież AG próbuje być CZYMŚ. Stąd to stylizowanie na Scorcese, na Coppolę. Taki film to nie rozrywka, w której można powtarzać to samo raz za razem, byle błyskotliwie zrealizowane. Największą wadą "American Gangster" jest to, że ten film jest pusty. W zestawieniu z tym wszystko inne blednie. To fabuła poprowadzona według czytelnego punkt po punkcie schematu, wtłoczona w film, który żeby poruszać (uwaga! poruszać treścią, a nie bezdyskusyjną efektownością pojedyńczych scen), ma obowiązek czymś zaskoczyć. AG nie zaskakuje niczym, i dlatego jest tylko dobry. A w zasadzie "dobry minus". Minus za czytelne pretensje do bycia czymś więcej.
Ocena: * * * (bo świetne rzemiosło to jednak za mało)
Nie chcę za bardzo powtarzać tego, co parę miesięcy temu napisali w tym wątku Mefisto i Jakuzzi, bo raz że w pełni się z nimi zgadzam, a dwa że nie ma sensu mielić znów tego samego. Oglądając, jak fabuła idzie jak po dobrze znanym sznurku, co jakiś czas zadawałem sobie pytanie: po co? Po co powstał ten film? Nie wiem. Niektórym, jak widać, się podoba, więc może właśnie ku ich zadowoleniu. Choć ja bym wolał, żeby Scottowi przyświecała jakaś konkretna myśl.
Oglądając "American Gangster" doszedłem do wniosku, że... takie kino w dzisiejszych czasach straciło rację bytu. Można zrobić solidny, sprawnie zrealizowany, staranny w oddaniu epoki film, ale nic z niego nie będzie wynikać. Treści, jakie niesie ze sobą AG, przebrzmiały iks lat temu, stąd film Scotta trąci rozciągniętym do dwóch i pół godziny banałem. A przecież AG próbuje być CZYMŚ. Stąd to stylizowanie na Scorcese, na Coppolę. Taki film to nie rozrywka, w której można powtarzać to samo raz za razem, byle błyskotliwie zrealizowane. Największą wadą "American Gangster" jest to, że ten film jest pusty. W zestawieniu z tym wszystko inne blednie. To fabuła poprowadzona według czytelnego punkt po punkcie schematu, wtłoczona w film, który żeby poruszać (uwaga! poruszać treścią, a nie bezdyskusyjną efektownością pojedyńczych scen), ma obowiązek czymś zaskoczyć. AG nie zaskakuje niczym, i dlatego jest tylko dobry. A w zasadzie "dobry minus". Minus za czytelne pretensje do bycia czymś więcej.
Ocena: * * * (bo świetne rzemiosło to jednak za mało)
Klub OFILMIE | Podcast filmowy Radio Ofilmie
26-05-2008, 16:39






