Po pierwsze - wiem, że swoim postem Ameryki nie odkrywam, ale wcześniej nie miałem żadnej styczności z tą książką. Znawcy Literatury i Inni Podobni - nie krzyżujcie mnie ;).
Nareszcie dopadłem "Fahrenheit 451" Ray'a Bradbury'ego i muszę powiedzieć, że jestem mile zaskoczony. Wizja przyszłości, w której książki są prawnie zakazane, a strażacy zajmują się ich paleniem (451 stopni Fahrenheita to temperatura, w której pali się papier). Na pierwszy rzut oka szczęśliwi mieszkańcy bliżej nieokreślonego miasta żyją bez zmartwień, a ich główną rozrywką jest oglądanie w telewizji oper mydlanych, których bohaterowie są im bliżsi niż rodzina. Główny bohater jest wzorowym strażakiem, w którym jednak coś pęka po tym, jak jego żona przedawkowuje środki nasenne. To co mnie najbardziej uderzyło to aktualność książki - zakaz czytania nie jest wziętym z powietrza pomysłem jakiegoś despoty, tylko odezwą na oczekiwania społeczeństwa. To ludzie sami zaczęli odchodzić od czytania książek, w poszukiwaniu czegoś mniej skomplikowanego, czegoś co da rozrywkę nieskrępowaną ukrytymi przekazami i zastanawiającymi podtekstami. Nikt ich do niczego nie zmuszał.
Nietrudno odnieść wymowę książki do współczesnego kina, które wykazuje bardzo podobną tendencję. I w tym momencie czuję rozdarcie wewnętrzne - przecież "Transformers", który tak mi się podoba, praktycznie nie ma scenariusza. W tym filmie nie ma nic poza efektami specjalnymi i paroma fajnymi tekstami. Pojawia się pytanie: Czy w obliczu wszystkich tych wad (których jestem świadom) mam wbrew sobie znienawidzić film, na którym byłem w kinie trzy razy za każdym razem świetnie się bawiąc? Z drugiej jednak strony czuje się trochę winny współudziału w zarzynaniu lepszego kina. Nie jestem typem widza, który poszukuje w filmach większej prawdy i oczekuje po seansie iluminacji, ale boję się myśleć co może być za paręnaście lat, jeśli w filmach będzie jeszcze mniej treści.
PS. Pytanie do kogoś, kto oglądał film - warto?
Nareszcie dopadłem "Fahrenheit 451" Ray'a Bradbury'ego i muszę powiedzieć, że jestem mile zaskoczony. Wizja przyszłości, w której książki są prawnie zakazane, a strażacy zajmują się ich paleniem (451 stopni Fahrenheita to temperatura, w której pali się papier). Na pierwszy rzut oka szczęśliwi mieszkańcy bliżej nieokreślonego miasta żyją bez zmartwień, a ich główną rozrywką jest oglądanie w telewizji oper mydlanych, których bohaterowie są im bliżsi niż rodzina. Główny bohater jest wzorowym strażakiem, w którym jednak coś pęka po tym, jak jego żona przedawkowuje środki nasenne. To co mnie najbardziej uderzyło to aktualność książki - zakaz czytania nie jest wziętym z powietrza pomysłem jakiegoś despoty, tylko odezwą na oczekiwania społeczeństwa. To ludzie sami zaczęli odchodzić od czytania książek, w poszukiwaniu czegoś mniej skomplikowanego, czegoś co da rozrywkę nieskrępowaną ukrytymi przekazami i zastanawiającymi podtekstami. Nikt ich do niczego nie zmuszał.
Nietrudno odnieść wymowę książki do współczesnego kina, które wykazuje bardzo podobną tendencję. I w tym momencie czuję rozdarcie wewnętrzne - przecież "Transformers", który tak mi się podoba, praktycznie nie ma scenariusza. W tym filmie nie ma nic poza efektami specjalnymi i paroma fajnymi tekstami. Pojawia się pytanie: Czy w obliczu wszystkich tych wad (których jestem świadom) mam wbrew sobie znienawidzić film, na którym byłem w kinie trzy razy za każdym razem świetnie się bawiąc? Z drugiej jednak strony czuje się trochę winny współudziału w zarzynaniu lepszego kina. Nie jestem typem widza, który poszukuje w filmach większej prawdy i oczekuje po seansie iluminacji, ale boję się myśleć co może być za paręnaście lat, jeśli w filmach będzie jeszcze mniej treści.
PS. Pytanie do kogoś, kto oglądał film - warto?
24-06-2008, 20:50






