Po Frost Dancers sięgnąłem po dwie wcześniejsze książki Garry'ego Kilworth dziejące się w tym samym uniwersum:
Hunter's Moon: A Story of Foxes - tutaj Kilworth na tapetę wziął lisy. Pierwsza i najlepiej oceniana z trylogii. A jak ja oceniam? Świetnie zbudowany świat przedstawiony i mitologia/kultura lisów. Np. Lisy są anarchistami i indywidualistami, dlatego nie dali się wytłuc jak wilki prowadzone przez swych dowódców w idiotycznych powstaniach. A z kolei dla nich słowo "kita" to jakiś n-word. Jak dla mnie to chyba będzie złoty standard lisiej kultury w literaturze xenofiction. I też wyjaśnia skąd pojawiły mityczne stwory - ano wedle legend ludzki awatar mający podbić świat miał tworzyć repliki zwierząt, a w efekcie powstały jednorożce, gryfy i inne parodie zwierząt.
Historia? Zdecydowanie obyczajówka i zbiór różnych przygód głównych bohaterów. Trochę też nieco gritty reboot Fantastycznego pana Lisa i Liska Pablo. Także mocno rozciągnięte i niekiedy dialogi zbyt długie. Jak w Frost Dancers najciekawsze jest zderzenie kulturowe. Głównym wątkiem jest związek brytyjskiej lisicy (głównej bohaterki) z amerykańskim lisem, który ma inne spojrzenie na ludzi (jako że w Ameryce inaczej traktują lisy niż w Europie), a także jako podmiejski zwierz nie widzi nic w złego w padlinożerstwie jako formie zdobywania żarła. A brytyjskie lisy mają inny system wartości - np. to mężowie przyjmują nazwiska swych żon i on uważa, że to debilna tradycja. Dodatkowo jako "światowiec" i mieszkaniec zoo wie więcej o otaczającym i nawet brytyjskie psy i lisy nie wiedzą co to lew czy słoń (bo skąd niby?). I dziwi go, że w UK nie ma kojotów i szopów.
Jak w Frost Dancers autor krytykuje pewne formy polowania, tutaj par force. Ale podszedł dość nieszablonowo - nie tyle skupia się na cierpieniu dzikiej zwierzyny, co na losie psów gończych. Główny foxhound, Breaker, po przejściu na "emeryturę" kończy jako uwiązany przy budzie głodujący burek. Też foxhoundy nic nie mają do lisów na poziomie personalnym. Niby Breaker mówi, że zabijałby lisy przy pierwszej okazji, ale gdy przychodzi co do czego, to okazuje się ich sprzymierzeńcem w walce z głównym złym. A tym jest pies stróżujący rasy rhodesian ridgeback, w sumie strona neutralna w konflikcie lisy-polowania. Autor podkreśla też, że nie wszyscy ludzie są źli np. przypadkowi przechodnie pomagają rannemu lisowi, zawożąc go do weterynarza. Generalnie to zapis czasów (utwór z 1989 r.) - zwraca się na coraz większy protest wobec polowań, odbywa u ludzi zmiana światopoglądowa, a lisy w UK zaczęły się urbanizować. Mnie zaskoczyło, że wtedy zaczęła się telemetria w badaniach zwierząt (co potwierdza monografia lisa, z której Kilworth korzystał).
Ma za to zajebistego villaina. Rhodesian to skończony psychopata budzący u wszystkich szczere przerażenie i rozdziały budza w czytelniku grozę i kibicowanie bohaterom. A z praktyki wiem, iż rhodesiany to groźne kreatury - szczekną znienacka przyprawiając o ryzyko zawału lub zniszczą słuchawki za kilka baniek. W dodatku dziad jest rasistą, z pogardą patrzącym się na inne psy (zwłaszcza na te polujące na lisy). Nawet nazywa bernardynkę Betsy zdzirą, której odjebuje gdyż pewnie nie ruchała :). Jakby powstała wierna ekranizacja, to spokojnie znalazłby się w temacie "Lista złych Murzynów". Też dobry był rozdział, kiedy jeden z lisów idzie szkolić sie u jakiejś lisiej wiedźmy będącej odpowiednikiem tej czarownicy z Conana Barbarzyńcy. No i ze wszystkich trzech pozycji najlepiej są rozwinięci bohaterowie z racji ich małej ilości i też dobrze rozporządzonego czasu... kartkowego.
Definitywna proza o dzikich lisach i nie dziwię dobrym ocenom, choć wciaż u mnie na podium jest Frost Dancers. 8/10
Midnight's Sun: A Story of Wolves - chyba to pierwszy utwór literacki w XX wieku, gdzie wilk szary jest w pełni pozytywną postacią. We wstępie Kilworth wspomina, że najwyższy czas zrobić dobrego PR-u wilkom. I wziął to do serca, bo w głównej watasze są jako tako serdeczne stosunki, a nawet antagonista ma uzasadnione powody swojej niechęci do głównego bohatera, która z czasem przeradza się w szacunek. A powodem wyrzucenia głównego bohatera z watahy jest błędnie zinterpretowanej jego napadów padaczki jako opętania.
Bucho w poprzednim wcieleniu był wilkiem, bo wedle tej książki wilki nienawidzą okultyzmu, kabały i innych mistycznych lisich mambo-jambo :). I działa u nich inkwizycja karząca za ćpanie magią. I też znowu nie rozumieją działań człowieka. Kiedy naukowcy łapią go do badań, to dziwi się, czemu go nie zabili o razu i wnioskuje, że zostanie złożony w rytualne. Też reaguje nerwowo, kiedy dostaje zastrzyk w dupsko.
Zdecydowanie najsłabsza z trylogii. Fabuła stara wciskać trzy wątki, które mogły być odrębnymi powieściami. Kwestia choroby Athaby jest w sumie nierozwiązana. Najlepsza jest część środkowa będąca wilczym Piekłem na Pacyfiku i widać interesujące zderzenie gatunkowe. Motyw relacji międzykulturowej, typowy dla Kilwortha, wypada tu słabo: wilk algonkiński i polarny różnią się tylko kolorem sierści i nawet się tolerują (a główna postać kobieca sprowadza się do roli obiektu miłosnego). Trzeci wątek nieświadomie utrwala negatywny wizerunek wilków, bo antagonista po tym jak ludzie wytłukli jego watahę z samolotu, zbiera inne wilki i te mordują każdego napotkanego człowieka. Ja bym inaczej zrobiłbym, bo nawet wtedy (i dzisiaj) niesprowokowany atak wilka na człowieka to był margines błędu i szybciej człowiek zginie z ręki z innego człowieka (relacje z zakłamanej Rosji i pamiętniki z czasów, gdy wierzono w wampiry nie liczą się jako wiarygodne źródła).
I jeśli tamten dynks się weźmie jako licenca poetica (i trza przyznać, że zwraca się na konsekwencje), z tą książką jest ten problem, że zawiera sporo przeinaczeń nt. wilczego behawioru. Przy czym nie można odmówić researchu autorowi, bo jak w przypadku Frost Dancers i Hunter's Moon korzystał z dostępnych badań naukowych, a i tak przyznał we wstępie, że na tym etapie mało wiemy o wilkach. No i na jego korzyść przemawia fakt, że sama książka jest z roku 1990, gdy jeszcze obowiązywał koncept alfy i omegi. Dziś nieco więcej wiemy, jak to że wilcze watahy to prostu rodzina, a nie plemienna zbieranina jak u niektórych gatunków czy że jeleniowate wolą już dać się zabić tym wilkom niż przebywać z człowiekiem. I wszyscy w watasze są równo traktowani, gdy w Midnight's Sun panuje hierarchiczna, więzienna atmosfera, zaś wadera karze nieposłuszne szczenię klapsem gryzem w pupę (choć to były lata 90. Wtedy można było :P). Więc dzisiaj wielu może się odbić od książki i jakby miałaby powstać adaptacja, konieczne byłyby zmiany w scenariuszu. A w nowych wydaniach dawać wstęp wyjaśniający kontekst (jak to zrobiono w 101 dalmatyńczykach).
I pewnie Kilworth nie miałby nic przeciwko, bo mimo to dalej ma dobre przesłanie przyrodnicze, zmusza do refleksji - zwraca uwagę na hipokryzję ludzi, że czepiają sposobu zabijania ofiar przez wilki, a przymykają oczy na kotowate i inne drapieżniki. Wilki rozpoznają poziom zagrożenia ludzi, np. nie krytykują traperów, którzy żyją ze skórowania, czy mieszkańców ludzkich osad broniących swego dobytku. I z głową krytykuje pewne aspekty polowania. W dwóch poprzednich utworach Kilwortha miałem pamiętnych i świetnych villainów. Tu fajnie, że tutejszy antagonista nie jest zły, bo potrafi przyznać się do błędu i targają nimi sprzeczne emocje. Przypominał mi Ramzesa z Księcia Egiptu.
Do tej książki raczej będę wracał najmniej i mogła powstać później, bo widać że autor jest po jasnej stronie przyrody. 7/10
Hunter's Moon: A Story of Foxes - tutaj Kilworth na tapetę wziął lisy. Pierwsza i najlepiej oceniana z trylogii. A jak ja oceniam? Świetnie zbudowany świat przedstawiony i mitologia/kultura lisów. Np. Lisy są anarchistami i indywidualistami, dlatego nie dali się wytłuc jak wilki prowadzone przez swych dowódców w idiotycznych powstaniach. A z kolei dla nich słowo "kita" to jakiś n-word. Jak dla mnie to chyba będzie złoty standard lisiej kultury w literaturze xenofiction. I też wyjaśnia skąd pojawiły mityczne stwory - ano wedle legend ludzki awatar mający podbić świat miał tworzyć repliki zwierząt, a w efekcie powstały jednorożce, gryfy i inne parodie zwierząt.
Historia? Zdecydowanie obyczajówka i zbiór różnych przygód głównych bohaterów. Trochę też nieco gritty reboot Fantastycznego pana Lisa i Liska Pablo. Także mocno rozciągnięte i niekiedy dialogi zbyt długie. Jak w Frost Dancers najciekawsze jest zderzenie kulturowe. Głównym wątkiem jest związek brytyjskiej lisicy (głównej bohaterki) z amerykańskim lisem, który ma inne spojrzenie na ludzi (jako że w Ameryce inaczej traktują lisy niż w Europie), a także jako podmiejski zwierz nie widzi nic w złego w padlinożerstwie jako formie zdobywania żarła. A brytyjskie lisy mają inny system wartości - np. to mężowie przyjmują nazwiska swych żon i on uważa, że to debilna tradycja. Dodatkowo jako "światowiec" i mieszkaniec zoo wie więcej o otaczającym i nawet brytyjskie psy i lisy nie wiedzą co to lew czy słoń (bo skąd niby?). I dziwi go, że w UK nie ma kojotów i szopów.
Jak w Frost Dancers autor krytykuje pewne formy polowania, tutaj par force. Ale podszedł dość nieszablonowo - nie tyle skupia się na cierpieniu dzikiej zwierzyny, co na losie psów gończych. Główny foxhound, Breaker, po przejściu na "emeryturę" kończy jako uwiązany przy budzie głodujący burek. Też foxhoundy nic nie mają do lisów na poziomie personalnym. Niby Breaker mówi, że zabijałby lisy przy pierwszej okazji, ale gdy przychodzi co do czego, to okazuje się ich sprzymierzeńcem w walce z głównym złym. A tym jest pies stróżujący rasy rhodesian ridgeback, w sumie strona neutralna w konflikcie lisy-polowania. Autor podkreśla też, że nie wszyscy ludzie są źli np. przypadkowi przechodnie pomagają rannemu lisowi, zawożąc go do weterynarza. Generalnie to zapis czasów (utwór z 1989 r.) - zwraca się na coraz większy protest wobec polowań, odbywa u ludzi zmiana światopoglądowa, a lisy w UK zaczęły się urbanizować. Mnie zaskoczyło, że wtedy zaczęła się telemetria w badaniach zwierząt (co potwierdza monografia lisa, z której Kilworth korzystał).
Ma za to zajebistego villaina. Rhodesian to skończony psychopata budzący u wszystkich szczere przerażenie i rozdziały budza w czytelniku grozę i kibicowanie bohaterom. A z praktyki wiem, iż rhodesiany to groźne kreatury - szczekną znienacka przyprawiając o ryzyko zawału lub zniszczą słuchawki za kilka baniek. W dodatku dziad jest rasistą, z pogardą patrzącym się na inne psy (zwłaszcza na te polujące na lisy). Nawet nazywa bernardynkę Betsy zdzirą, której odjebuje gdyż pewnie nie ruchała :). Jakby powstała wierna ekranizacja, to spokojnie znalazłby się w temacie "Lista złych Murzynów". Też dobry był rozdział, kiedy jeden z lisów idzie szkolić sie u jakiejś lisiej wiedźmy będącej odpowiednikiem tej czarownicy z Conana Barbarzyńcy. No i ze wszystkich trzech pozycji najlepiej są rozwinięci bohaterowie z racji ich małej ilości i też dobrze rozporządzonego czasu... kartkowego.
Definitywna proza o dzikich lisach i nie dziwię dobrym ocenom, choć wciaż u mnie na podium jest Frost Dancers. 8/10
Midnight's Sun: A Story of Wolves - chyba to pierwszy utwór literacki w XX wieku, gdzie wilk szary jest w pełni pozytywną postacią. We wstępie Kilworth wspomina, że najwyższy czas zrobić dobrego PR-u wilkom. I wziął to do serca, bo w głównej watasze są jako tako serdeczne stosunki, a nawet antagonista ma uzasadnione powody swojej niechęci do głównego bohatera, która z czasem przeradza się w szacunek. A powodem wyrzucenia głównego bohatera z watahy jest błędnie zinterpretowanej jego napadów padaczki jako opętania.
Bucho w poprzednim wcieleniu był wilkiem, bo wedle tej książki wilki nienawidzą okultyzmu, kabały i innych mistycznych lisich mambo-jambo :). I działa u nich inkwizycja karząca za ćpanie magią. I też znowu nie rozumieją działań człowieka. Kiedy naukowcy łapią go do badań, to dziwi się, czemu go nie zabili o razu i wnioskuje, że zostanie złożony w rytualne. Też reaguje nerwowo, kiedy dostaje zastrzyk w dupsko.
Zdecydowanie najsłabsza z trylogii. Fabuła stara wciskać trzy wątki, które mogły być odrębnymi powieściami. Kwestia choroby Athaby jest w sumie nierozwiązana. Najlepsza jest część środkowa będąca wilczym Piekłem na Pacyfiku i widać interesujące zderzenie gatunkowe. Motyw relacji międzykulturowej, typowy dla Kilwortha, wypada tu słabo: wilk algonkiński i polarny różnią się tylko kolorem sierści i nawet się tolerują (a główna postać kobieca sprowadza się do roli obiektu miłosnego). Trzeci wątek nieświadomie utrwala negatywny wizerunek wilków, bo antagonista po tym jak ludzie wytłukli jego watahę z samolotu, zbiera inne wilki i te mordują każdego napotkanego człowieka. Ja bym inaczej zrobiłbym, bo nawet wtedy (i dzisiaj) niesprowokowany atak wilka na człowieka to był margines błędu i szybciej człowiek zginie z ręki z innego człowieka (relacje z zakłamanej Rosji i pamiętniki z czasów, gdy wierzono w wampiry nie liczą się jako wiarygodne źródła).
I jeśli tamten dynks się weźmie jako licenca poetica (i trza przyznać, że zwraca się na konsekwencje), z tą książką jest ten problem, że zawiera sporo przeinaczeń nt. wilczego behawioru. Przy czym nie można odmówić researchu autorowi, bo jak w przypadku Frost Dancers i Hunter's Moon korzystał z dostępnych badań naukowych, a i tak przyznał we wstępie, że na tym etapie mało wiemy o wilkach. No i na jego korzyść przemawia fakt, że sama książka jest z roku 1990, gdy jeszcze obowiązywał koncept alfy i omegi. Dziś nieco więcej wiemy, jak to że wilcze watahy to prostu rodzina, a nie plemienna zbieranina jak u niektórych gatunków czy że jeleniowate wolą już dać się zabić tym wilkom niż przebywać z człowiekiem. I wszyscy w watasze są równo traktowani, gdy w Midnight's Sun panuje hierarchiczna, więzienna atmosfera, zaś wadera karze nieposłuszne szczenię
I pewnie Kilworth nie miałby nic przeciwko, bo mimo to dalej ma dobre przesłanie przyrodnicze, zmusza do refleksji - zwraca uwagę na hipokryzję ludzi, że czepiają sposobu zabijania ofiar przez wilki, a przymykają oczy na kotowate i inne drapieżniki. Wilki rozpoznają poziom zagrożenia ludzi, np. nie krytykują traperów, którzy żyją ze skórowania, czy mieszkańców ludzkich osad broniących swego dobytku. I z głową krytykuje pewne aspekty polowania. W dwóch poprzednich utworach Kilwortha miałem pamiętnych i świetnych villainów. Tu fajnie, że tutejszy antagonista nie jest zły, bo potrafi przyznać się do błędu i targają nimi sprzeczne emocje. Przypominał mi Ramzesa z Księcia Egiptu.
Do tej książki raczej będę wracał najmniej i mogła powstać później, bo widać że autor jest po jasnej stronie przyrody. 7/10
25-05-2025, 01:50





