Niech to, trzeba było słuchać ostrzeżeń. Rzeczywiście niezła lipa z tą ostatnią częścią. W ogóle nie ogląda się tego jak część serii. Poprzednie filmy były różne - jedne podobają mi się bardziej, drugie mniej - ale zasadniczo trzymały się pewnego sprawdzonego stylu. Były dynamiczne, akcja przenosiła się z miejsca na miejsce, to wszystko było podszyte pewną lekkością i dystansem.
"Final Reckoning" to przeciwieństwo tego, co było w poprzednich częściach - film jest ciężki, powolny, niezgrabny i dziwacznie podniosły i nadęty. Reprezentuje sobą wszystko, co totalnie nie kojarzy mi się z tą serią. Więcej gadania niż akcji, jakieś ruskie łodzie podwodne, jakieś nużące rozkminy w towarzystwie wojskowych czy pani prezydent, która ma swoje własne dylematy - to na pewno przygody Ethana Hunta, a nie jakiś nowy nieudany Jack Ryan? Klimat ciężki i smutny, Tom przez pół filmu chodzi z załzawionymi oczami i wygląda na zmęczonego. Gdyby nie dwie jako tako angażujące sceny akcji, pomyślałbym, że za sterami siedział Sam Mendes.
Serio ten film przeszedł przeróbki po niesatysfakcjonującym wyniku swojego poprzednika? Włodarze Paramountu zebrali się przy stole i ktoś rzucił: "Słuchajcie, Dead Reckoning miał kiepski wynik. Ale jest plan, jak wyjść z dołka: nasz finałowy film powinien mieć mniej akcji, humoru, energii i w ogóle rozrywki. I niech ma trzy godziny!". I jeszcze te wszystkie nawiązania do lepszych filmów z serii, żeby podkreślić nijakość tego najnowszego.
Muszę się zastanowić, czy to gorsze niż MI2. Ale oglądając dwójkę przynajmniej wiem, że następne części będą lepsze i zatrą złe wrażenie, podczas gdy to ma być finał, więc nie ma żadnej pociechy.
"Final Reckoning" to przeciwieństwo tego, co było w poprzednich częściach - film jest ciężki, powolny, niezgrabny i dziwacznie podniosły i nadęty. Reprezentuje sobą wszystko, co totalnie nie kojarzy mi się z tą serią. Więcej gadania niż akcji, jakieś ruskie łodzie podwodne, jakieś nużące rozkminy w towarzystwie wojskowych czy pani prezydent, która ma swoje własne dylematy - to na pewno przygody Ethana Hunta, a nie jakiś nowy nieudany Jack Ryan? Klimat ciężki i smutny, Tom przez pół filmu chodzi z załzawionymi oczami i wygląda na zmęczonego. Gdyby nie dwie jako tako angażujące sceny akcji, pomyślałbym, że za sterami siedział Sam Mendes.
Serio ten film przeszedł przeróbki po niesatysfakcjonującym wyniku swojego poprzednika? Włodarze Paramountu zebrali się przy stole i ktoś rzucił: "Słuchajcie, Dead Reckoning miał kiepski wynik. Ale jest plan, jak wyjść z dołka: nasz finałowy film powinien mieć mniej akcji, humoru, energii i w ogóle rozrywki. I niech ma trzy godziny!". I jeszcze te wszystkie nawiązania do lepszych filmów z serii, żeby podkreślić nijakość tego najnowszego.
Muszę się zastanowić, czy to gorsze niż MI2. Ale oglądając dwójkę przynajmniej wiem, że następne części będą lepsze i zatrą złe wrażenie, podczas gdy to ma być finał, więc nie ma żadnej pociechy.
08-09-2025, 15:39 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-09-2025, 15:40 przez al_jarid.)





