127 hours
#41
Hmm ale ja nie napisałem, że wymagam. Dla mnie to film o kolesiu który uwalił sobie rękę.

Odpowiedz
#42
Mierzwiak napisał(a):A jak inaczej go postrzegać? Film o koleżce który pod wpływem 127-godzinnej walki z głazem pojmuje co w życiu ważne, np. oddzwanianie do matki?

Wystarczylo zerknac kilka postow wyzej.

Cytat:Boyle przeciez nie chcial dokumentalnie odtworzyc pieciu dni uwiezienia bohatera w skalnej rozpadlinie, ale pokazac rowniez jak to ograniczenie go zmienilo, do jakich wnioskow sklonilo i co motywowalo go do wydostania sie, nie pozwalalo mu sie poddac.

Cytat:Właśnie - zmiana. To chyba najważniejsze w tej historii, która posłużyła Rolstonowi trochę inaczej spojrzeć na siebie. Motywacja, hart ducha, wola walki, poświęcenie - to mi imponuje, serio. Nie dopingowałem bohaterowi, bo wiedziałem jak się cała historia skończy, niemniej podziwiam.

To, o czym mowi Karol oczywiscie tez jest nie bez znaczenia.

Odpowiedz
#43
W tym filmie nie chodzi o to, co jest przedstawione, ale jak. Boyle wycisnął z tej historii maksimum. Dramat faceta jest pokazany wiarygodnie i zarazem bez zbędnej ckliwości i łzawości, a to duża sztuka. Mi osobiście wszystkie elementy filmu pasują: obraz, montaż, muzyka i aktorstwo James'a Franco, który spokojnie zalicza najlepszy w karierze występ.
Spokojne 7,5/10 za nieprzegięcie pały w stronę melodramatu. To byłoby nie do zniesienia.

Odpowiedz
#44
Jakuz, bez jajec. Co go motywowało do wydostania sie? Instynkt przeżycia aka wola przetrwania? No rzeczywiście - mega rozkmina. Do jakich wniosków skłoniła go ta cała sytuacja? Że zamiast chińskich podróbek lepiej brać ze sobą szwajcarską stal? :)

Odpowiedz
#45
Kolega wyżej strasznie trywializuje. W ten sposób z każdej fabuły mogę zrobić wielką kupę.

Odpowiedz
#46
Mental napisał(a):Co go motywowało do wydostania sie? Instynkt przeżycia aka wola przetrwania?

No wlasnie nie tylko to, ale skoro nastawienie miales takie, a nie inne, to nie dziwie sie, ze ci umknelo. ;)

Mental napisał(a):No rzeczywiście - mega rozkmina

Zadna mega i nawet nie rozkmina. Chodzi po prostu o to, ze od ugrzezniecia w wawozie do odpilowania przedramienia jest bardzo dluga droga. To na niej skupia sie zainteresowanie tworcow, a nie na "survivalowym" finale.

Odpowiedz
#47
I co wyniosłeś z tego "pomiędzy ugrzęźnięciem w wąwozie a survivalowym finałem"? Co tam jest takiego niesamowitego? Według mnie wszystko co w tym filmie najlepsze reżyser zdołał zawrzeć w pierwszych 20 minutach - zanim koleżka przytrzasnął se macke. Potem jest standard rozkminowo-podsumowujący-życie. W dodatku od czasu do czasu przygrywa lajtowa muzyczka i reżyser "wzbogaca" przekaz wstawkami rodem z Natural Born Killers (śmiech z offu, konwencja talk shaw etc). Na ki hooj? :) Żeby było weselej? Czadowiej? Coolowiej? :)

Odpowiedz
#48
Weselej. Ralston to typ goscia, ktorego humor nie opuscil nawet w tak dramatycznej sytuacji. Tworcy chcieli to uwypuklic, wiec wzbogacili film o humor, czesto bardzo czarny. Mi sie to podobalo.

Odpowiedz
#49
Przecież akcenty humorystyczne w tego typu kinie są raczej rzadkie więc nie wiem skąd nagle te zarzuty po co? Właśnie po to, by film wzbogacić i oddalić podejrzenia o sztampę(nie występuje). Wszystko jest tak elegancko wymieszane, że nie razi banałem ani ckliwymi scenami.

Odpowiedz
#50
Obejrzałem z zaciśniętymi zębami pomimo, że zakończenie historii było mi znane od dnia ogłoszenia premiery filmu. Nakręcony w typowo brytyjski sposób. Przemieszanie występujących elementów przybiera charakterystyczną formę (podobnie jak w brytyjskiej muzyce) i nie traci przy tym sugestywności, a wręcz przeciwnie, podbija emocje poprzez naturalne i w pełni kontrolowane szaleństwo. Apogeum film osiąga podczas talk-show, ale kapitalnych scen naliczyłem conajmniej kilkanaście. Żadnych zastrzeżeń do wplecionych wizji, czy nietypowych zachowań - przecież tego typu rzeczy są absolutnie ludzkie w takich sytuacjach. Chyba, że jestem jednym z tych nielicznych (albo licznych?), którzy w epoce korporacyjnych cyborgów przyznają się do bycia człowiekiem. Wizje z dziewczyną najwyższej próby - rozłożyło mnie to na łopaty i przypomniało, co chodziło mi po łbie, gdy koczowałem samotnie jak bezdomny trzy doby na południu Włoch z 3 euro w kielni i jednym Snickersem (20% gratis). Zdjęcia i montaż - po brytyjsku, więc nie mogę stwierdzić inaczej - znakomite. Franco przekonuje, nie mam żadnych "ale". Faceta wcześniej nie widziałem.


Generalnie: film o zwykłym człowieku mającym zwykłe i płytkie problemy, którego dopadła niezwykła sytuacja. Nauka, którą wyniósł jest prosta i zwyczajnie banalna, ale czy nie jest prawdziwie życiowe myślenie o najbliższych i rozkminianie własnych banałów w takich chwilach? Bohater filozofem greckim w końcu nie jest.

7,5/10
I was always criticized for style and content, but I enjoy trying to tell stories a different way - Tony Scott

Odpowiedz
#51
Film dobry, ale dupy nie urywa. Jak dla mnie Boyle kompletnie nie trafił z tymi halucynacjami, przez co miałem wrażenie, że seans trochę się dłuży. Zdecydowanie za mało Franco w wersji naturalnej (scena talk show miażdży, czemu nie było tego więcej?), choć rola chyba najlepsza w jego dorobku. Zdjęcia piękne, do tego różnorodne ujęcia, które dodają dynamiki w tej jakby nie patrzeć pasywnej historii. Boyle wycisnął z tego max, aczkolwiek nie ma co ukrywać - najlepszą wersję wydarzeń miał prawdziwy Ralston, uwięziony przez skałę i dokonujący samookaleczenia. Aczkolwiek 127H podobał mi się bardziej niż Black Swan i Social Network, więc w rankingu oscarowym stawiam go wyżej.

7,5/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.

Odpowiedz
#52
Mnie w '127 hours' najbardziej rozwaliły dwa motywy: skakanie do jeziora w jaskini i promienie słońca przeszywające skały, w których ogrzewał się Ralston drugiego dnia po uwięzieniu. Mega dobra była też scena jak wyleciał z siodła roweru i leżąc na glebie, sięgnął po aparat i strzelił sobie pamiątkowa fotkę. W każdym razie jak na moje widzimisię '127 hours' to reklama szwajcarskich noży/scyzoryków. Sam posiadam takie wielofunkcyjne ustrojstwo - zawsze przy sobie w kieszeni w pogotowiu. Nawet jak jakieś miękko-fletowe, cipowato-humanitarystyczne postępowe pizdomózgi wprowadzą zakaz noszenia noży, to ja i tak nie zostawię mojego 'Szwajcara' w domu. Gdy nie ma się pod ręką włoskiej Berettki, 'Szwajcar' najlepszym przyjacielem człowieka. McGyver potwierdzi :)

Odpowiedz
#53
Szczególnie po tym filmie. Kto wie, kiedy będziesz musiał sobie coś amputować!

Odpowiedz
#54
Zasiadając do oglądania filmu, nie miałem zielonego pojęcia, kim był Ralston-Franco ani jak skończył. Ujęcie, w którym widać jego rękę szukającą po omacku noża leżącego na półce w szafie, było tak ewidentne w antycypowaniu nieuniknionego, że jedyne, co mi pozostało w tym momencie, to zgadywać, w jakich okolicznościach za nim zatęskni. Żeby była jasność, obstawiałem ciut mniej drastyczne okoliczności :)

Odpowiedz
#55
Byłem napalony na ten film jak szczerbaty na suchary, no i niestety spory zawód. Podobało mi się tylko właściwie pierwsze 15 minut i scena amputacji. Historia jest nieciekawa, średnio-angażująca, zdjęcia mi się nie podobały, montaż irytował, muzyka (szczególnie w ostatnich minutach) jeszcze bardziej. Franco zagrał dobrze, ale nie wiem skąd te wszystkie nominacje. Ogólnie letni film i raczej już nigdy do niego nie wrócę. Wolę Buried.

6/10 (jedno oczko w górę za scenę amputacji, która jest zawodowa i dla Kate Mary, którą uwielbiam)

Odpowiedz
#56
Nie do końca tego oczekiwałem, nie mniej obraz bardzo dobry. Przyznam szczerze, że zanim nie trafiłem przypadkiem na zwiastun (jakieś pół roku temu) nie miałem zielonego pojęcia kim był Ralston, a koleś jest twardym sukinsynem ! Ale po kolei:
Bardzo podobał mi się montaż, przeplatanie wizji z realnym życiem, dzielenie ekranu i inne triki, które zastosował Boyle. Do tego wszystkiego doszły piękne zdjęcia i całkiem nieźle dobrana muzyka, chociaż nie obyło się bez kilku zgrzytów.
Franco zagrał bardzo dobrze, chyba najlepsza jego rola. Bohatera kupuje się od razu i w trakcie seansu nabiera coraz więcej sympatii (sceny talk show, które są genialne i przemyślenia Arona) i mimo wiadomego finału kibicuje.
No właśnie, finał ... przyznam szczerze, że rzucanie mięsem na ekranie i latające flaki nie są mi obce, nie mniej przyłapałem się na tym, że z nerwów "skakała" mi noga ;) Scena naprawdę mocna. Widziałem, że kilka osób na sali odwracało głowę.

Ogólnie obraz bardzo dobry, nie mniej trochę się wlecze, muzyka chwilami totalnie nie trafiona i 2-3 wizje również bym wyrzucił.

Jak dla mnie 7.5/10

Przypuszczam, że na jego miejscu po jednym dniu bym zwariował, a na drugi umarł. Nie wiem czy miałbym wystarczająco duże jaja, żeby zrobić to co on.

Odpowiedz
#57
Świetny film, mimo, że wiadomo jak się skończy, to trzyma w napięciu :wink: .Facet miał naprawdę koszmarny niefart, nie wiem jak ja bym się zachowała w takiej sytuacji, pewnie bym po godzinie zwariowała.Film bez zbędnego, przesadnego patosu, fajne sceny halucynacji, dobrze, że nie wyszła z tego jakaś totalna schiza bo nie o tym przeciez miał być film.Jedynie muzyka jest koszmarna i zupełnie nie pasująca do filmu, i że to ten sam facet zrobił muzykę do Slumdoga :roll: .Scena amputacji sprawiła, że odechciało mi się obiadu.9/10

Odpowiedz
#58
Guzeppe napisał(a):Mi to strasznie pachnie obrazem w stylu Touching the Void.

Aż musiałem siebie samego zacytować. "127 godzin" to właśnie taki sequel/spin-off "Touching the void". Gość ma przesrane, nie ma wody, jedzenia, uwięziony w dziurze, z której nikt go nie wyciągnie. Jedynie pod względem realizacyjnym "127 godzin" wypada bardziej profesjonalnie (mniej telewizyjne).
UWAGA-BĘDZIE SPOILER
Są nawet bardzo podobne sceny halucynacji. Muszę jednak przyznać zostały one o wiele lepiej przedstawione w Touching the Void- zamiast Scooby Doo, pojawiającego się na ułamek sekundy, bohatera nękał kawałek Abby (i chodzi mi głównie o bardzo sugestywny sposób ukazania tego motywu). Scena tragikomiczna- każdemu czasem wejdzie w głowę jakaś buracka przyśpiewka, która nie daje spokoju, a co dopiero, gdyby podnieść to do potęgi n, gdy mózg zaczyna szwankować z wycięczenia. IMO o wiele bardziej sugestywne.
KONIEC SPOILERA

Seans całkiem przyjemny, przyprawiony smakowitą kulminacją, ale jednak zbyt lekko podchodzący do tematu, by na serio poruszyć widza, zmusić go ściskania kciuków do białości. Jednym słowem: "poprawny". Ode mnie 7/10.

Odpowiedz
#59
Dobry film, znakomity Franco (rola jego życia i obawiam się, że tak już zostanie)! Świetna dynamika, muzyka, montaż, zdjęcia - ogólnie bardzo fajny, rozrywkowy film. Z drugiej strony bardzo dobrze pokazany dramat jednostki, przy którym w paru miejscach można się wzdrygnąć. No i, co ważniejsze, niesamowicie pozytywny to film, po którym aż chce się żyć. To powinni w polskich szkołach filmowych pokazywać, to może gówna pokroju Plac Zbawiciela nie miałyby miejsca. Generalnie jestem na tak - może i żadne arcydzieło, ale bardzo dobry film z masą aspektów, dla których warto go zobaczyć.

8 / 10
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
#60
Tak, ten film powinni obejrzeć nasi rodzimi "tfurcy", to może by się nauczyli, że równie ważne jak temat, jest sposób jego przedstawienia. Nie forma zamiast treści, a forma dopasowana i uzupełniajaca tę treść i przekaz.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  13 Hours: The Secret Soldiers of Benghazi (Michael Bay) vast 39 13,319 25-05-2022, 18:06
Ostatni post: Gieferg
  These Final Hours (2013) Snappik 5 2,638 02-03-2015, 20:37
Ostatni post: Dżabba
  [oddzielony] 127 hours Arahan 0 531 21-10-2010, 16:39
Ostatni post: Arahan



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości