Czytam sobie biografię Morawieckiego Jakuba i Piotra Gajdzińskich
i pojawia się wątek sponsoringu Bitwy Warszawskiej Hoffmana:
Mateusz Morawiecki zdaje się, jak Włodzimierz Lenin, uważać kino za najważniejszą ze sztuk. Gdy dotarła do niego informacja, że Jerzy Hoffman, opromieniony sławą ekranizacji sienkiewiczowskiej „Trylogii”, zamierza nakręcić film o „cudzie nad Wisłą”, wielkim zwycięstwie z 1920 roku nad Związkiem Sowieckim, natychmiast zdecydował się w tym uczestniczyć. Pieniędzmi kierowanego przez siebie banku. Powiedzmy sobie szczerze – potencjał marketingowy tego rodzaju filmów dla komercyjnej firmy jest bardzo ograniczony. Ale powiedzmy też sobie szczerze, że choć badania mogą wskazywać na coś innego, to decyzja zawsze należy do prezesa. Jeśli prezes jest bardzo „zideologizowany”, żadne badania go nie powstrzymają. A Morawiecki nie ma wątpliwości, że Bitwa Warszawska z 1920 roku była jednym z najważniejszych wydarzeń XX wieku i jednym z najświetniejszych osiągnięć oręża polskiego. Zresztą film Hoffmana nie był jedynym filmem sponsorowanym przez Bank Zachodni WBK za prezesury Morawieckiego. I nie jedynym mało pod względem korzyści marketingowych udanym – podobnie było z „Czarnym czwartkiem” Antoniego Krauze, filmem o powstaniu 1970 roku, oraz z serialem „Czas honoru”. Jak bardzo chybione pod względem marketingowym były decyzje o sponsorowaniu tych filmów, świadczą noty w Wikipedii – nazwa sponsora pojawia się ledwie raz.
Pewnego dnia Jerzy Hoffman wraz z Pawłem Bereńskim, kierownikiem produkcji, był umówiony z Mateuszem Morawieckim. Panowie zjawili się w warszawskiej siedzibie BZ WBK przy Grzybowskiej, a ja, powiadomiony przez recepcjonistkę, zjechałem na dół, aby ich powitać i wprowadzić do prezesa, bo goście to byli niezwyczajni. Poza tym jestem wielbicielem i „Pana Wołodyjowskiego”, i „Potopu” (zwłaszcza), i „Ogniem i mieczem”, więc chciałem reżysera tych filmów poznać. Jechaliśmy razem windą na czwarte piętro, a panowie filmowcy byli w doskonałych humorach. Jerzy Hoffman zwrócił się do swojego współpracownika: „Nikt inny nie potrafiłby zrobić tego filmu lepiej niż my, dwaj starzy komuniści”. Poradziłem gościom, aby tego wątku w rozmowie z Morawieckim w żadnym wypadku nie poruszali, bo jego poczucie humoru i wyczucie dla „chichotu historii” jest mocno ograniczone. Mówiąc szczerze – jest żadne.
Panowie do tej rady się zastosowali, ale „Bitwa Warszawska 1920” nie okazała się ani najlepszym filmem Jerzego Hoffmana, ani największym przebojem kasowym polskiej kinematografii. Choć Morawiecki bardzo się starał, aby tak było. Na dofinansowanie filmu bank wysupłał grubo ponad 2 miliony złotych, a prezes ingerował nawet w scenariusz, mocno poprawiając, między innymi, sceny z amerykańskimi lotnikami. Nie robił tego sam. Pod jego nadzorem scenariusz „poprawiał” Artur Adamski, wówczas pracownik Departamentu Komunikacji Wewnętrznej BZ WBK, w latach osiemdziesiątych działacz Solidarności Walczącej, autor książek o Kornelu Morawieckim. Sam też dostałem scenariusz do poprawek, ale nie miałem dość odwagi, aby w niego ingerować. Za to na promującej film konferencji prasowej, gdzie w ostatniej chwili pojawiłem się zamiast prezesa, którego zatrzymały w banku jakieś nagłe wydarzenia, podeszła do mnie grająca jedną z głównych ról Natasza Urbańska. „Panie prezesie, od dawna chciałam pana poznać” – zwróciła się do mnie. Przez ułamek sekundy miałem ochotę udawać, że jestem Mateuszem Morawieckim. Kto, patrząc w te oczy, nigdy nie miał pokusy, niech pierwszy rzuci kamieniem...
W sumie nie wiedziałem, że Morawiecki poprawiał jeszcze scenariusz - no, ale Tarantino to z niego nie jest ;)