Film akcji z perspektywy pierwszej osoby, promowany sloganami typu "Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłeś". Fabuła głęboka: koleś zmartwychwstaje i idzie się napierdalać. W międzyczasie porywają mu jeszcze żonę, więc napierdala się podwójnie. Nie wiem, co o tym myśleć. Pewnie obejrzę z czystej ciekawości.
Mnie to męczy już na poziomie zwiastuna, ale z ciekawości chyba się wybiorę. Na szczęście jest to dosyć krótki film, więc może będzie się dało to znieść.
Absolutnie nic. Tylko tak jak Craven mam obawy, czy wytrzymam więcej niż 20 minut w takiej konwencji. Wszystkim śmieciowo-grindhouse'owym filmom, które widziałem, kończył się potencjał po upływie kwadransa. Wyjątkiem był może "Hobo z szotgunem".
02-04-2016, 22:37 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02-04-2016, 22:38 przez Mental.)
Fajny filmik, takie "Call of Duty: Eastern Europe" :) To "Bad Motherfucker" tylko wszystko jest 10x bardziej.
Widać, że reżyser miał pomysły jak wykorzystać perspektywę, trochę szkoda że starczyło mu ich na godzinę materiału. Spokojnie można by wywalić z tego filmu pół godziny i tylko by na tym zyskał. Reżyser jest bardzo słabym scenarzystą, gdy tylko ma napisać coś więcej, niż kozacki one-liner. Ale jak już czymś dowali to do pieca.
Zamiast prostego "porwali mu żonę - musi ją odbić", sili się na dodanie tła historii (sci-fi pierdololo) i bohaterom (Tim Roth..., totalnie zbędne retrospekcje i "scena muzyczna"). Na szczęście to tylko 15min, ale zabija trochę pacing filmu i spowalnia niepotrzebnie świetną akcje.
Same postacie są przerysowane i przez większa część seansu widać, że aktorzy dobrze się bawią - z naciskiem na bad guya.
Akcja z bejsbolem, "popis" wokalny Jimmy'ego (WTF?) i niektóre jego wcielenia. Sam pomysł nie jest nowy, ale jako swoisty briefing do każdej "misji" pasowałby idealnie. Tutaj poszli wg mnie mocno słabą stronę.
Nie martwiłbym się o znużenie akcja, bo twórcy starają się jak mogą wszystko urozmaicić i do każdej sekwencji podejść trochę inaczej. 3/4 filmu to czysta, rewelacyjna, niczym nie skrępowana napierdzielanka - pomimo niskiego budżetu (widać, że kręcili to we Wschodniej Europie, CGI ssie) jest efektownie i brutalnie. Główny bohater się nie patyczkuje, a kamera nie ucieka od cycków i krwi. FPP tylko potęguje efekt uczestnictwa w samym środku rozpierduchy. Pościg i druga część finału to najlepsze sekwencje w całym filmie, a każda strzelanina daje niesamowitą radochę. Wszystkiego dopełniają krwiste i urozmaicone finiszery. Przez bitą godzinę siedzi się z wielkim bananem na twarzy - montażyście i operatorowi należą się brawa. Tylko kilka razy dało się odczuć trzęsawkę (w jednej z pierwszych scen bijatyk i w pierwszej połowie finału). Niestety wybija to z uczucia oglądania filmu i sama akcja w nich słabuje.
Idealny film na relaks po całym dniu roboty. Lekką ręką 7/10.
I want to belive.
12-04-2016, 23:25 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-04-2016, 23:37 przez Gladius.)
Zacznę może od tego, że „Hardcore Henry” autorstwa do tej pory nieznanego mi rosyjskiego reżysera Ilyi Naishullera to podobno pierwszy film akcji zrealizowany z perspektywy pierwszoosobowej. I choć w rezultacie otrzymaliśmy coś bardziej przypominającego grę komputerową niż rasową produkcję kinową a próby poszukiwania tu jakiegokolwiek głębszego sensu są z góry skazane na niepowodzenie, to jednak niewątpliwie muszę przyznać, iż końcowy produkt jest co najmniej ciekawy.
Dostaliśmy bowiem solidną dawkę wysokooktanowej rozrywki zmieszanej z czystym funem. Szalone tempo, maksymalnie przegięte sceny akcji, czarny jak smoła humor, absurdalnie przerysowaną przemoc, frenetyczny montaż, śliczną Haley Bennett oraz fantastyczną kreację Sharlto Copley'a, który chyba pozamiatał konkurencję w wyścigu o tytuł najlepszego aktora drugoplanowego bieżącego roku!
Krótko mówiąc: „Hardcore” to cudownie pokręcone dziwactwo, które mnie absolutnie urzekło i które gorąco polecam!
Najlepszy film 2021: Titane Najlepszy film 2020: Pewnego razu w Hollywood Najlepszy film 2019: Parasite Najlepszy film 2018: Suspiria
Dowalony do pieca filmik. Czysta akcja niemal non-stop, do tego bardzo fajnie nakręcona i pomysłowa, a przy tym mocno campowa jeśli chodzi o ukazywanie przemocy - tu rządzi zwłaszcza końcówka. Bardzo fajny Copley, soundtrack i humor. Widać, że reżyser sporo napieprzał w różne fps-y i że naoglądał się w młodości c-klasowych esefów oraz wczesnego Petera Jacksona. Ogólnie, świetna bezpretensjonalna rozrywka, idealna do piwa i chipsów, potrafiąca zaskoczyć inwencją i wzbudzić podziw realizacją.
PS. Wyjątkowo obejrzałem film z lektorem i nie żałuję - czyta Łukomski, któremu dali bardzo soczyste tłumaczenie, wyszło rewelacyjnie.
Dialogi są rodem z kina klasy Z (rosyjski komandos i jego "don't you want to see what THIS FUCKER will do to THIS FUCKER?"), czarny charakter to niewidomy telekinetyk o aparycji nazisty, a Sharlto Copley pojawia się w kilkunastu wcieleniach - co jednocześnie daje sporo humoru, a przy tym (o dziwo) jest sensownie wyjaśnione.
Koncept nakręcenia całego filmu w pierwszej perspektywie jest świetny i oryginalny. Szacunek dla kaskaderów, którzy momentami zrobili niezły opis - sceny akcji bywały bardzo efektowne.
Niby dużo kiczu, ale twórcy są tego świadomi i widać, że wszystko jest z przymrużeniem oka. Wyszedł taki zamierzony pastisz w stylu "Commando".
Ode mnie 7+/10
"Fabuły" brak... Choć właściwie jest ale tak sztampowa i niedorzeczna... W sumie to podrzędny FPS w formie filmu więc nie ma się co czepiać.
Nawet nie nudzi, jak mogłoby się wydawać. Większość sekwencji - bardzo dobra ale niektóre cięcia psuły nastrój.
(20-08-2016, 22:46)Capt. Nascimento napisał(a): Sharlto Copley pojawia się w kilkunastu wcieleniach - co jednocześnie daje sporo humoru, a przy tym (o dziwo) jest sensownie wyjaśnione.
Gdzie to było wyjaśnione?
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
04-09-2016, 15:02 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-09-2016, 15:06 przez shamar.)
była cała długa scena poświęcona temu, że Sharlto był kalekim inżynierem i autorem serii cyborgów, przy pomocy których mógł wchodzić w interakcję ze światem zewnętrznym.
Chyba że przyczepiłeś się do jakiejś pierdoły, a ja produkuję się teraz tylko po to, żeby wpaść w twoją pułapkę. Wtedy się wkurvię.
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church
04-09-2016, 16:31 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-09-2016, 16:32 przez Wawrzyniec.)
była cała długa scena poświęcona temu, że Sharlto był kalekim inżynierem i autorem serii cyborgów, przy pomocy których mógł wchodzić w interakcję ze światem zewnętrznym.
Chyba że przyczepiłeś się do jakiejś pierdoły, a ja produkuję się teraz tylko po to, żeby wpaść w twoją pułapkę. Wtedy się wkurvię.
Widziałem, że ich produkował ale umknęło mi to, że produkował te swoje klony. Samo ich pojawianie jest dosyć od czapy. Jeden ginie - pojawia się zaraz drugi, jakby śledził akcję i czekał na śmierć pop[rzendiego
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
Nie mógł śledzić akcji, bo (o ile mnie pamięć nie myli) aktywny mógł być tylko jeden naraz.
I do not believe in the creed professed by the Jewish Church, by the Roman Church, by the Greek Church, by the Turkish Church, by the Protestant Church, nor by any church that I know of. My own mind is my own church
W burdelu były 2 w tym samym czasie. I musiałbym sprawdzać - ale oba chyba aktywne jednocześnie.
Skoro nie było możliwości śledzenia to jest to wyjątkowo idiotyczne bo ginie 1 a za chwilę materializuje się kolejny w pokoju obok, żeby dołączyć do akcji.
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.
05-09-2016, 08:30 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05-09-2016, 08:35 przez shamar.)