Krótka piłka, czyli mini-recenzje
(17-03-2026, 15:59)Corn napisał(a): [Obrazek: 9stxa9p4irvd1.jpeg?auto=webp&s=9120946cc...fcffe8bc94]


Ol' Jiggaboo Jackson :) :)
Holiness is in right action, and courage on behalf of those who cannot defend themselves.

Odpowiedz
(17-03-2026, 22:48)slepy51 napisał(a):
shamar napisał(a):choc czesci animatroniki wyglada źle

Chyba ty. Jedyne co tam wygląda źle to transformacja Michaela Pare,

[Obrazek: tumblr-6ff273ecce3876a72737e10c862bb8d4-...f-500.webp]


I wstawiłeś właśnie TO ujęcie, gdzie to wygląda jak KUKŁA na dowód moich słów.
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
(13-10-2025, 11:17)Spoilerowo napisał(a): Here jest filmem, który chce być pomnikiem czasu, obserwatorem, kronikarzem ale jednocześnie męczy
takie 3/10, do powtórki za 10 lat

A ja dam jednak naciągane 6/10, bo nie męczyłem/nie nudziłem się (zresztą jest to jeden z tych filmów, że nawet po poznaniu fabuły można się skupić na drugim planie) i doceniam koncept, acz nie do końca wykonanie. Przede wszystkim to jeszcze nie jest ten etap CGI, które Zemeckis dodatkowo podkopuje mankamentami znanymi z Irlandczyka - czyli niezależnie od wieku postaci Hanks i Robin poruszają się i brzmią dokładnie tak samo (najlepszy jest i tak zresztą Bettany). Kuriozalnie wypada to zwłaszcza w finałowej scenie, więc znowu ktoś nie pomyślał. Poza tym jest w miarę solidnie - przynajmniej, gdy pozostajemy w domu, to twórcom udaje się jakoś zamaskować kompa. Fabularnie nie wiem na ile to jest wierne tej obrazkowej powieści, ale generalnie film powinien zdecydowanie bardziej odciąć się od tych wszystkich pozadomowych scen, które jednocześnie najbardziej rażą sztucznością. Co prawda tytuł odnosi się do miejsca, ale to reprezentowane jest przez właśnie przez dom, a nie lokalizację na mapie. Te wszystkie dinozaury, Indianie - zbędny zapychacz, także budżetu. To powinien być zdecydowanie bardziej zwarty koncept, który powinien skupiać się na powiązanych ze sobą (pośrednio lub bezpośrednio) wycinkach z życia wielopokoleniowej rodziny, a nie przypadkowych lokatorów domu, bo tak to niby mamy jakiś szkielet fabuły i główne postaci, ale to wszystko rozbija się trochę o absolutną przypadkowość pozostałych elementów (co zresztą dobrze oddają sceny wycięte). Do tego oczywiście zdołano tu wepchać "the message", więc mamy absolutnie z dupy czarną rodzinę (bez kitu - ze wszystkich pozostałych lokatorów, oni są najbardziej zbędni, zwłaszcza, że reprezentują przyszłość aka naszą teraźniejszość), która odhacza od razu wątek BLM oraz covid; jest feminizm i rodzina jako więzienie (zwłaszcza dla kobiet). I w sumie za te ostatnie powinienem obniżyć ocenę, ale, jak pisałem, kupił mnie ten koncept układanki obrazów i wszystko, co dotyczyło domu, a zwłaszcza tej jednej rodziny, oglądało mi się przyjemnie. Obstawiam, że dekadę albo dwie wcześniej, Zemeckis łącząc prawdziwe kino uzupełniane tylko CGI, zdołałby z tego wykrzesać więcej.
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
shamar napisał(a):I wstawiłeś właśnie TO ujęcie, gdzie to wygląda jak KUKŁA na dowód moich słów.

No co ty, a ja myślałem że to prawdziwy wilkołak :O

[Obrazek: tumblr-b24bd93104546f3084df296653c549d8-...0-540.webp]

Nie wiem, na moje to on wygląda zajebiście ale co ja się tam znam. A już na pewno lepiej i bardziej "żywo" niż oscarowy "An American Werewolf in London":

The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...

Odpowiedz
(09-03-2026, 03:52)slepy51 napisał(a): War Machine (2026)



Najnowszy hicior od Netflixa z Alanem Ritchsonem w roli głównej, który pewnie chciałby być "Predatorem" XXI wieku ale ani nie ma tutaj maestrii reżyserskiej Johna McTiernana, ani tak dobrego scenariusza, o obsadzie czy znakomitej oprawie muzycznej Silvestriego nawet nie wspominając; co gorsze, tytułowe zagrożenie kosmicznego pochodzenia również nie umywa się do tego z czym miała do czynienia eka najemników pod dowództwem Dutcha, w którego wcielał się Arnold. A skoro już wspomniałem o byłym gubernatorze Kalifornii to warto dodać, że choć Ritchson gabarytami jakoś mocno mu nie ustępuje, ba, aktorsko jest być może nawet mniej drewniany, tak jego ekranowa charyzma niestety blednie przy tej jaką posiadał austriacki kulturysta podrywający dziewczyny na kocyk (polecam lekturę jego autobiografii zatytułowanej "Pamięć absolutna").

To już na starcie sprawia, że film nie posiada za bardzo atutów, którymi mógłby się w jakikolwiek sposób wyróżnić na tle podobnych mu produkcji. Australijczyk Patrick Hughes, autor przyzwoitego neo-westernu "Red Hill" i trzeciej części "The Expendables" (a także paru buddy movies skręconych dla Netflixa, z których pamiętam tyle, że je kiedyś widziałem i nic ponad to) to niestety nie jest jakiś reżyserski orzeł i choć jego warsztat sprawdza się tutaj całkiem nieźle to absolutnie nie sprawia, że można by "Maszynę do zabijania" w żaden sposób zapamiętać no chyba, że z tego pokracznie przetłumaczonego na polski tytułu. Jest tam jeden ciekawie zainscenizowany mastershot kręcony w trakcie jazdy jakiegoś pojazdu (obecnie to chyba taki standard we współczesnych akcyjniakach na streaming, ostatnio np. "The Wrecking Crew") ale poza tym nie ma tutaj nic, co wybijałoby się w jakikolwiek sposób poza zwyczajną przyzwoitość.

Fabularnie "War Machine" jest równie oryginalny co jego tytuł - przypomnę tylko, że blisko 10 lat temu był już tak samo nazwany film z Bradem Pittem, nakręcony, uwaga - również dla Netflixa. Skoro twórcom nie chciało się pokombinować nawet przy tym nie ma co oczekiwać by wymyślali jakieś cuda niewidy jeśli chodzi o zaprezentowaną tutaj historię - ot, eka kandydatów na Rangersów w trakcie ostatniej zaliczeniowej misji trafia na morderczego mecha z kosmosu i musi przeżyć by wrócić do bazy w celu poinformowania o napotkanym zagrożeniu dowództwo. Dodatkowo główny bohater ma jakąś podstawową filmową traumę do przepracowania (śmierć bliskiej mu osoby, o którą się obwinia, tego typu oklepane rzeczy) i nic więcej tutaj nie ma. Żadnych ciekawych pomysłów, ot, prosta akcyjka od początku aż do nakręconego w jakimś kamieniołomie finału przywodzącego na myśl bliźniaczą końcową bitkę z pierwszego (i drugiego bo były one praktycznie takie same i sklecone z tych samych ujęć) cormanowskiego "Carnosaura", która to z kolei nawiązywała do walki z T. rexem pokazanej w powstałym w 1960 roku "Dinosaurus!" w reżyserii Irvina S. Yeawortha Jr. - czyli jak widać nic nowego lub jak kto woli, kalka kalki.

I tak sobie ciągle narzekam ale dzięki tej prostocie ogląda się to wszystko bardzo przyzwoicie - sceny akcji są przejrzyste i spełniają swoje zadanie, mamy trochę fajnej pirotechniki, efekty wizualne mecha są na zadowalającym poziomie a całość choć raczej głupawa, to odpowiednio brutalna i całkiem przyziemna co sprawia, że można nawet trochę zżyć się z tymi naszymi ponumerowanymi bohaterami bez imion. Jasne, giną oni w standardowych odstępach czasowych i na sposoby, które raczej nie zdziwią nikogo, kto w swoim życiu oglądał kilka filmów akcji pt. "ekipa komandosów na misji z czymś walczy" ale nie o to tutaj chodzi. Ma być prosta rozrywka na przyzwoitym poziomie i można pokusić się o stwierdzenie, że "War Machine" pod tym względem sprawdza się całkiem nieźle.

Nie polecę nikomu tego filmu bo nie jest to nawet w swoim gatunku nic oryginalnego ale jeśli ktoś chce sobie obejrzeć jakiś w miarę przyzwoity obrazek, w którym ci raczej mniej zapadający w pamięć bohaterowie uciekają przed złym mechem z kosmosu to nie będzie to aż taki tragiczny wybór na wieczór - trzeba tylko dobrze wiedzieć, co i w jakim celu się ogląda by później nie było zawodu, "bo aktorstwo słabe, fabuła oklepana i film nie wymiecie Oscarów". No nie wymiecie (choć te nagrody i tak są już od dawna wystarczająco mocno skompromitowane) ale można trafić w dzisiejszych czasach dużo gorzej - przynajmniej nie ma tutaj popularnej obecnie marvelozy i głupkowatego śmieszkowania sabotującego każdy jeden dramatyczny moment jakimś samoświadomym żarcikiem - może i jest głupkowato czy mało oryginalnie ale też, pomimo podjętego tematu, całkiem przyziemnie i mimo wszystko szczerze.

Naciągane 6/10

Obejrzałem wczoraj i generalnie ten film miał zadatki na fajnego akcyjniaka, ale totalnie nie pasuje mi tutaj pomysł z tym kosmicznym robotem. Oglądając ten film miałem wrażenie że twórcy serwują mi jakiegoś Benny hilla w slow-mo, w takim sensie że ten robot się za nimi tak wlecze a oni mu uciekają. Dodatkowo odniosłem wrażenie że dostaliśmy jedno zakończenie za dużo. Netflix, nie wiem czy spodziewał się takiego sukcesu, ale pewnie pluje sobie teraz w brodę bo to mógłby być idealny finał na sequel, a ostatnie 10 minut trochę temu przeczą. No ale przecież można kolejną inwazję zrobić, gdyby jednak chcieli wyłożyć kasę.

Moment w którym straciłem cierpliwość do tego filmu, który do tej pory nie irytował mnie jakoś mocno i względnie mi się podobał, to wspomniany pościg. Sorry ale to było kuriozalne i głupie w ten hollywoodzki sposób, który nie lubię. Już sama idea tachania rannego żołnierza i oddawania za niego życie była głupia - wiem, wiem braterstwo i te sprawy, no ale gryzło się to z obrazem. Efekty lepsze, efekty gorsze, generalnie średnio na jeża, raczej hollywoodzka średniawka.

Fajnie jest na pewno odtwórca głównej roli. Chłopu może być szkoda że urodził się tak szybko bo spokojnie mogłyby zostać gwiazdą vhs-owych akcyjniaków i być stawianym na tym samym kiedy stole co wspomniany Arnie czy Lundgren. Ten sam Vibe aktorski.

Dla mnie naciągana 4 właśnie przez aktora. Reszta do zapomnienia.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
Pelivaron napisał(a):Oglądając ten film miałem wrażenie że twórcy serwują mi jakiegoś Benny hilla w slow-mo, w takim sensie że ten robot się za nimi tak wlecze a oni mu uciekają.

Przecież to typowe dla survivali w lesie, masz masę filmów o podobnym schemacie, począwszy od tego, który ustanowił szablon czyli "The Most Dangerous Game" (1932) po "The Naked Prey" (1965), "Deliverance" (1972), "Southern Comfort" (1981) czy "Apocalypto", że wymienię tylko te najbardziej znane i najlepsze, z których każdy jest kilka półek wyżej niż film Netflixa. Niemniej zawsze w nich ktoś się za kimś wlecze a oni uciekają - w ogóle polecam te wymienione produkcje, w szczególności obraz Cornela Wilde'a (gra w nim też główną rolę), o którym w dzisiejszych czasach niestety mało się mówi z wiadomych względów, a który jest naprawdę znakomitym kawałkiem kina w stylu "Benny Hilla" :)



Pelivaron napisał(a):Już sama idea tachania rannego żołnierza i oddawania za niego życie była głupia - wiem, wiem braterstwo i te sprawy, no ale gryzło się to z obrazem.

No tyle tylko, że w sumie o tym tak naprawdę jest "War Machine" i to jest kręgosłup a także serce tego filmu - pomijając tego robota z kosmosu, który jest tutaj jedynie wytrychem fabularnym do tego, żeby była fajna akcyjka, sam obrazek jest takim pełnometrażowym filmem reklamowym dla Rangersów i pełni on podobną rolę jak kiedyś "Top Gun". Przecież sama droga, którą musi przejść główny bohater sprowadza się do tego, że po śmierci brata zamknął się w sobie i stal się odludkiem, który nie dopuszcza do siebie innych a w trakcie trwania filmu, gdy zostaje dowódcą oddziału musi zacząć z nimi działać, stopniowo się na nich otwierając. To taka typowa amerykańska propagandówka braterstwa i oddawania życia za braci broni i swój kraj, w Polsce mogliby zacząć kręcić takie kino :)
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...

Odpowiedz
Doskonale sobie zdaje sprawę z tego co tutaj piszesz i jakie podajesz przykłady. Po prostu w tym przypadku ten kuriozalny robot jest z dupy i psuje odbiór filmu - jeszcze, żeby on był jakiś fajny, a to po prostu jakiś wielki, powolny klocek, który wypuszcza rakiety i sobie cos tam skanuje. No straszna padaka.
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
Pelivaron napisał(a):jeszcze, żeby on był jakiś fajny, a to po prostu jakiś wielki, powolny klocek, który wypuszcza rakiety i sobie cos tam skanuje.

Nie no, jasne, rozumiem o co ci chodzi, mi osobiście jego dizajn przypadł do gustu ale to pewnie dlatego, że kiedyś zagrywałem się w "Metal Gear Solid" na kolejnych plejakach i on te mechy dosyć mocno przypominał, widać ewidentnie na czym się w jego przypadku wzorowano. Dodatkowo też podobał mi się ten patent ze skanowaniem powierzchni w poszukiwaniu zagrożenia - wiadomo, też nie jest to nic nowego - ale w tym przypadku fajnie mi to grało z jego taką właśnie lekko klockowatą prezencją i ascetycznością w wyglądzie, ruchach czy zachowaniu. No i nie zapominajmy, że jest to, jak dowiadujemy się na końcu filmu,
co w całkiem sensowny sposób tłumaczy czemu robił to co robił i w jaki sposób to robił. Jak widać każdemu siądzie co innego bo w sumie wszystko to co ci się w jego przypadku nie podobało działało na jego korzystny odbiór przeze mnie :)
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...

Odpowiedz
(18-03-2026, 00:32)slepy51 napisał(a):
shamar napisał(a):I wstawiłeś właśnie TO ujęcie, gdzie to wygląda jak KUKŁA na dowód moich słów.

No co ty, a ja myślałem że to prawdziwy wilkołak :O

[Obrazek: tumblr-b24bd93104546f3084df296653c549d8-...0-540.webp]

Nie wiem, na moje to on wygląda zajebiście ale co ja się tam znam. A już na pewno lepiej i bardziej "żywo" niż oscarowy "An American Werewolf in London":


Jeszcze brakowało, żeby zaczął gadać. Jak z jakiejś baśni dla dzieci. Nie mogę skojarzyć tytułu ale chyba jakaś adaptacja "Kapturka"
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
Już był jeden wilk co gadał i to nawet z sensem:



:)
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...

Odpowiedz
Właśnie. Dokładnie z tym mi się to kojarzyło.
Chyba czas na powtórkę. Bo skleroza.
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
(25-12-2024, 00:28)simek napisał(a): The Thomas Crown Affair - świetny film, do tego mam wrażenie że dzisiaj nie do powtórzenia (tym bardziej ciekawy jestem remaku z Brosnanem). Teoretycznie nie powinno się to udać, bo filmy o bohaterach właściwie idealnych zazwyczaj słabują, a tutaj wyszło znakomicie i sam nie wiem dlaczego, zapewne to czar i autentyczność w byciu samcem alfa Stevena McQueena pomogły.
Dobrze że takie filmy istnieją: dosyć proste opowieści o zajebistym złodzieju, które nie są żadnym moralitetem, nie pokazują pułapek czekających na zbyt pewnego siebie bogola, tylko po prostu pokazujące jak chłop bawi się życiem, a widz razem z nim. 8/10 i serduszko.

Swoją drogą ten film to kolejny dowód na to jak kilka dekad temu ludzie szybciej się starzeli: McQueen ma tutaj raptem 37 lat, a przecież wygląda jak nobliwy, mocno doświadczony facet pod pięćdziesiątkę. Gdyby porządnie ogolić, ostrzyc i umalować Pitta czy Clooneya, to wyglądaliby młodziej niż McQueen wtedy.

Właśnie skończyłem oglądać (na Prime Video jest, ale niebawem znika, więc jakby ktoś chciał obejrzeć to ma okazję) i ostatnia rzecz, którą mogę napisać o tym filmie to, że widz dobrze się bawi razem z McQueenem :D Sorry, ale ja na tym filmie mocno przysypiałem i w zasadzie nie licząc pierwszych 20 minut, to wynudziłem się jak mops. 

W tym filmie totalnie nic się nie dzieje i dzisiaj to bardziej bym traktował jako ładną wizytówkę tamtej epoki, a nie porządny heist-movie z elementem romansu w tle. Do pewnego momentu działały też te zabawy z montażem i dzieleniem ekranu, ale później był to taki sam meh jak wszystko inne w tym filmie. Popisówka, w której Jewison chyba bardziej zainteresowany jest fajnym pokazaniem kadru niż wszystkim innym. Fabuła i postacie nudne, dramaturgia leży, stawki emocjonalnej brak - film niedawno skończyłem, a pamiętam z niego scenę na plaży, jak jeździli po niej czerwonym autkiemf, pierwsze wejście Faye i scenę otwierającą.  

Jeszcze apropo Faye to rakieta zacna to była. Nie widziałem za dużo jej filmów z lat 60. i 70., ale z tego co widziałem to tutaj wyglądała najlepiej, miała taki niegrzeczny bitch-look. Podobało się mnie to.

PS nie wiem czy wiecie, ale kręcona jest obecnie nowa wersja z laureatem Oscara, niejakim Michaelem B. Jordanem. Jordan sam też reżyseruje. Z dobrych informacji natomiast - w obsadzie jest też Adria Arjona :) 
We don’t play finals, we win them - Sergio Ramos.

Odpowiedz
Czarny będzie kradł?
I to już afrospołeczeności nie będzie przeszkadzać jako rasowe steretypy?
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
Bo będzie kradł w dobrej wierze :)
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
(19-03-2026, 15:14)slepy51 napisał(a): Dodatkowo też podobał mi się ten patent ze skanowaniem powierzchni w poszukiwaniu zagrożenia - wiadomo, też nie jest to nic nowego - ale w tym przypadku fajnie mi to grało z jego taką właśnie lekko klockowatą prezencją i ascetycznością w wyglądzie, ruchach czy zachowaniu.
Mnie to skanowanie tylko bawiło i wybijało z filmu. Mój odkurzacz skanuje mieszkanie sprawniej niż ten klocobot. U Predatora to przynajmniej dawało jakąś przewagę bo widział ciepłotę ciała przez ściany , a tutaj chowają się za skałą i jakby typowi noga nie wystawała to by ich nie zobaczył. Komedia. W ogóle to wyglądało jakby ich gonił ktoś z zamkniętym oczami, otwierał tylko raz na jakiś czas żeby się zorientować w terenie i znowu zamykał. Taka ciuciu babka.

Odpowiedz
Good luck, have fun, don’t die (2026) to luźniejsza wersja 12 Małp/Terminatora z dość topornym komentarzem dot. społeczeństwa i uzależnienia od socjali i w ogóle internetu, która sprawdziłaby się jednak lepiej jako miniserial albo jakiś trzygodzinna potężna antologia. Potencjał na coś naprawdę wyjątkowego nie został po prostu wykorzystany, zbyt wiele elementów jest tylko wspominanych, sugerowanych, ledwo napoczętych - "niedosyt" to w sumie doskonale pasujące tu słówko, o, tak powiem.

Bo w teorii wszystko tutaj gra. Sam Rockwell jako podróżnik w czasie daje radę jako spajający całość element, jest odpowiednio ekscentryczny (ale bez przesady) i poważny (ale znów, bez przesady), ale już z gromady npców wyrózniają się niestety tylko Juno Temple w roli matki której syn zginął w szkolnej strzelaninie (w ogóle jej wątek wydaje się być najbardziej dopracowany i sensowny, mam nawet wrażenie, że sprawdziłby się jako pełnometrażowy dramat/horror) oraz Hayley Lu Richardson jako harująca na przyjęciach dla dzieci wynajęta księżniczka (z alergią na wifi przy okazji) także ma całkiem fajną historię i znów, pasowałoby na własny pełen metraż albo chociaż na ciekawsze rozwinięcie, podobnie jak duet Betz i Pena będący nauczycielami walczacymi z armią nastolatków-zombie uzależnioncych od tiktoka, bo reszta... no, jest.

Pętla czasowa to też fajna zmiana, bo nie jest niezależna i Rockwell ma nad nią pełnie władzy, ale znów to teoretycznie jest zaleta, bo całościowo ogranicza się do śmieszkowych wzmianek typu "ty giniesz tak i tak, ciebie nie lubię bo coś tam coś tam, ty masz w kieszeniach to i to, to jest moja XYZ noc z kolei, zaufajcie, mi wiem co robię..." i tak dalej, i tak dalej. Nie przeszkadza aż tak bardzo, ale jak wspomniałem, czuć ten niedosyt, co w połączeniu z finałem ociekającym absurdem jest raczej ciężkostrawne... co boli, bo i twist ma sens, i kilka klocków wpada na właściwe miejsca pod koniec filmu, i już ostatnie minuty naprawdę dają czadu, więc naciągane 7/10 tylko.

A mogło być dużo, dużo lepiej!

Odpowiedz
[Obrazek: Revenge_on_the_Highway_.jpg]

"Silent Thunder" aka "Revenge on the Highway" (1992) - czyli "TIR morderca" :)
A Niemce dały tytuł "Trucker II" bo "RoadGames" nazwali "Trucker". Ale chuj mają te filmy wspólnego, oprócz tego samego aktora tropiącego ciężarówkę.

A więc ojciec tropi ciężarówkę, która potrąciła jego syna. W międzyczasie posuwa swoją nową, starą żonę. Emocje jak na grzybobraniu. Film telewizyjny.

6/10
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
Wzięło mnie na blaxploitation - w końcu mamy "progres", więc "trzeba" nadrabiać.

Across 110th Street - Jak dla mnie to bardziej oldskulowy kryminał z rasowymi wątkami niż czarny nurt kina jako taki, co nie zmienia faktu, że to solidna rzecz. Dobra obsada, świetny soundtrack i ta charakterystyczna dla lat 70., niepodrabialna atmosfera ulicy robią swoje. Nawet głupotka w finale - dodajmy iż zwieńczonym proroczym ujęciem w kontekście kulturowym - nie razi.
7+/10

Black Caesar - To mógłby być pewnie gangsterski klasyk, gdyby nie iście komiksowy sznyt i miejscami cyrkowa realizacja (zwłaszcza w finale), która pcha całość w rejony niezamierzonej parodii. Do tego Fred Williamson jest bardziej drętwy ode mnie i ma gigantyczny kij w dupie. Oczywiście całość już tonie w elementach rasowych, więc mamy tu tak dobrze znany z obecnych produkcji absolutnie negatywny obrazek białych, którzy są idiotami dającymi rozstawiać się po kątach jak małe dzieci przez naszego drewnianego herosa (i białe kobiety gotowe niańczyć mu dzieci za kawałek czarnej pyty). Są tu co prawda dobre sceny i pomysły, ale całościowo rzecz poniżej średniej krajowej.
4/10

Hell Up in Harlem - Sequel do powyższego, wysmażony na szybko z uwagi na sukces kasowy poprzednika. Ponieważ w oryginalnym zakończeniu tamtego dzieła czarny Pinokio ginie, więc już początek nie ma tu sensu, ale to akurat najmniejszy problem tego cudeńka, które jest na poziomie produkcji ZF Skurcz - i nie, nie przesadzam. Kuriozalnie złe jest tu naprawdę wszystko, choć wisienką na torcie pozostaje atak czarnych na wyspę białych, gdzie nie działa absolutnie nic i spuentowane jest to wziętym z absolutnej dupy kontekstem rasistowskim. Film idealny do alkoholu, bo tylko tak można docenić jego walory rozrywkowe. Paradoksalnie sam Williamson wypada tu lepiej.
2/10

Coffy - Klasyka przez duże K(KK). Pam Grier jest świetna, fabuła też w miarę solidna i - co należy wyróżnić w tego typu kinie - psychologicznie dopracowana. Finał jest pod tym względem naprawdę dobry - szczególnie, gdy zestawimy to z obecnym feminizmem na dużym ekranie. Zresztą w ogóle jest to dość stonowana rzecz pod względem światopoglądowym. A poza tym to, tak po prostu, spoko film i tyle.
7/10

Sheba, Baby - Znowu Grier, niestety tym razem w fabule o dwie klasy niższej. Dziewczyna to nadal dynamit, ale bondowska intryga i takie też postaci zupełnie nie pomagają. Przeciętna realizacja dopełnia całości, którą ogląda się w miarę bezboleśnie, choć nie jest to film na miarę poprzednika, Foxy Brown czy nawet Cleopatry Jones, które powstały w międzyczasie.
5/10

Truck Turner - Naprawdę przyjemny miks detektywistycznej przygody z humorem i kina akcji. Isaac Hayes ma luz, którego brakowało Williamsowi, a fabuła jest naprawdę pomysłowa i bardzo, bardzo rozrywkowa. Realizacyjnie też trudno się tu do czegoś przyczepić, a sceny pościgu pozazdrościć mógłby niejeden "biały film". Kolejnym plusem jest ponownie bardzo dobry, dziś będący wszak klasyką samą w sobie, soundtrack. Jedynym większym mankamentem może być fakt, że pierwsza połowa filmu jest nieco lepsza od drugiej, ale niejako wynagradza to finał z bardzo oryginalną sceną śmierci.
7/10
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
[Obrazek: 7987673_1.3.jpg]


Dark Side of the Moon (1990)

Obietnica: Horror SF w kosmosie: Załoga promu kosmicznego zmaga się z tajemniczą usterką. Dryfując ku ciemnej stronie Księżyca, odkrywa statek widmo.
Spełnienie: o ja pierdolę. Ktoś tu próbował miksować "Aliena" i kilka innych filmów gatunku. Zaledwie kilku bo gdzie im do mistrzów od "Galaxy of Terror". Jak wyszło?
Fatalny scenariusz, marne aktorstwo, pomysły rodem z czarnej dziury dupy, do tego średni (najpewniej) budżet. Mamy tu taki niedorzeczny miks (dam w spoilery bo może jakiś masochista zechce kiedyś obejrzeć):


[Obrazek: 19246_1.jpg]
i androidkę, która
Czy to ma jakieś plusy? Ano ma, ewidentnie niektóre pomysły zainspirowaly powstanie bardzo dobrego "Event Horizon".

2+/10
welcome to prime time bitch!

Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man.

Odpowiedz
(25-03-2026, 15:36)shamar napisał(a): [Obrazek: 7987673_1.3.jpg]


Dark Side of the Moon (1990)

Obietnica: Horror SF w kosmosie:  Załoga promu kosmicznego zmaga się z tajemniczą usterką. Dryfując ku ciemnej stronie Księżyca, odkrywa statek widmo.
Spełnienie: o ja pierdolę. Ktoś tu próbował miksować "Aliena" i kilka innych filmów gatunku. Zaledwie kilku bo gdzie im do mistrzów od "Galaxy of Terror". Jak wyszło?
Fatalny scenariusz, marne aktorstwo, pomysły rodem z czarnej dziury dupy, do tego średni (najpewniej) budżet. Mamy tu taki niedorzeczny miks (dam w spoilery bo może jakiś masochista zechce kiedyś obejrzeć):


[Obrazek: 19246_1.jpg]
i androidkę, która
Czy to ma jakieś plusy? Ano ma, ewidentnie niektóre pomysły zainspirowaly powstanie bardzo dobrego "Event Horizon".

2+/10

ewidentnie niektóre pomysły zainspirowaly powstanie bardzo dobrego "Event Horizon".

THIS!

Poza tym, to akurat taki klasyk VHS z tych bardziej znanych "space horrorów". I myślę, że 90% starszaków to pamięta. 
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  ALARM! NADCHODZI KOLEJNY REMAKE! czyli wszystko o remake'ach Mierzwiak 1,244 242,947 14-04-2026, 18:15
Ostatni post: shamar
  Pętla czasowa czyli motyw dnia świstaka w filmach Craven 91 23,785 07-08-2025, 14:13
Ostatni post: shamar
  Prekognicja, czyli oceń film, który zaraz obejrzysz military 77 28,193 04-03-2017, 00:43
Ostatni post: Juby
  Dłuższa piłka, czyli coś dla kino maniaków od kino maniaków wika 3 4,446 02-12-2013, 19:10
Ostatni post: Bucho
  Prawdziwy film, czyli istota kina Bodzio 22 8,743 07-08-2011, 20:23
Ostatni post: MauZ
  Starocie filmowe, czyli trochę klasyki Eorath 44 17,344 20-12-2010, 19:03
Ostatni post: szopman
  Krótka piłka, czyli mini-recenzje military 6,447 721,663 11-04-2009, 16:35
Ostatni post: Negrin
  Parada banału, czyli wpływ formy filmu na odbiór fabuły;) Mental 167 31,152 26-03-2008, 09:55
Ostatni post: D'mooN
  [oddzielony] Krótka piłka, czyli mini-recenzje 0 324 Mniej niż 1 minutę temu
Ostatni post:



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości