![[Obrazek: 51jvfx1131lss500dl0.jpg]](http://img242.imageshack.us/img242/9581/51jvfx1131lss500dl0.jpg)
jeżeli jesteście aktualnie zajęci byczeniem się na plaży, pracą na rzecz powstrzymania globalnego ocieplenia albo płodzeniem dzieci, to rzućcie to wszystko w cholerę i OBEJRZYJCIE TEN FILM. scenariusz 'Long weekend' - diabelnie błyskotliwy w puencie i porażająco inteligenty w treści - stawia na konfrontację: z jednej strony mamy bezkarność (a raczej lekkomyślność) dwójki głównych bohaterów, z drugiej - cierpienie matki natury, która nie śpieszy się z wymierzeniem kary. pewnie myślicie sobie: no fajnie, kolejny eko-horror albo historyjka z cyklu "kiedy zwierzęta atakują", emitowana na kanale national geographic w godzinach najniższej oglądalności. nic bardziej mylnego. sam byłem zaszokowany tym, co zobaczyłem - spodziewając się rzetelnego miksu survivalu z animal attack, nalałem do szklanki kefiru, po czym rozsiadłem się wygodnie przed telewizorem i włączyłem play na pilocie. niezobowiązujący nastrój rozluźnienia trwał... bo ja wiem... 10 minut?
'Long weekend' to podręcznikowy przykład "zapomnianego arcydzieła", filmu w każdym szczególe wybitnego, który jedynie z powodu jakiegoś okrutnego zrządzenia losu nie jest wymieniany na jednym wydechu obok największych przedstawicieli gatunku. to nie jest klasyczny horror, mało tego, historia pozbawiona jest niemal wszystkich typowych dla kina grozy elementów: nie ma krwi, nie ma gore, nie ma przytłaczających ciemności, drzwi nie skrzypią, muzyka - jak na złość - niczego nie chce zasugerować, a obsada liczy sobie raptem dwie osoby. jak to smakuje? co to w ogóle jest?
dwoje mieszczuchów, Peter i Marcia, zasuwa dżipem po australijskich wertepach. cel podróży: odludna plaża gdzieś nad morzem. powód: pragnienie rozniecenia obumierających małżeńskich uczuć. po drodze zdarza się kolizja - pod koła wpada kangur. torbacz ginie na miejscu. od tego miejsca poczynając, wydarzenia fabularne nabierają osobliwego obrotu. bohaterowie słyszą... nie wiem, jak to nazwać - "płaczące zwierzęta"? ja na serio nie żartuję - w życiu nie zarejestrowałem tak odstręczających odgłosów. z owym tajemniczym "zawodzeniem" miesza się inny wywołujący ciarkodreszcz dźwięk, mianowicie skomlenie/wycie cierpiących i konających zwierząt. w ogóle udźwiękowienie tego filmu to kosmos nieprzebyty - bez jaj jakiś poważnie walnięty człowiek odpowiadał za sample. tak czy owak, zapomnijcie o zjawach nadprzyrodzonych, jadowitych tarantulach, krokodylach-zabójcach oraz innych wyciągniętych z elementarza gatunku anomaliach. 'Long weekend" prezentuje szereg krańcowo nienormalnych zjawisk, których nawet nie podejmę sie opisać. już nie tyle z powodu spojlerowego zagrożenia, co w trosce o własne zdrowie psychiczne. rzecz jasna, występują w filmie Egglestona ataki zwierząt na ludzi, ale nie są one, po pierwsze, sprowokowane przez jakiś abstrakcyjno-symboliczny gniew natury, po drugie zaś, ich bezwzględność i perwersyjność przewyższa wszystko, co dotychczas widziałem w temacie. jeśli zaś chodzi o finał, to odebrał mi on mowę - jest po prostu kapitalny.
kilka zdań o aktorstwie i realizacji. oto przed nami klasyczna low-budżetowa produkcja, a dwa główne pampry nic sobie z tego faktu nie robią, jeno odwalają mistrzowski kawał aktorskiej roboty. byłem oniemiały niebotycznym poziomem ich zaangażowania. do czego mógłbym je przyrównać? pamiętacie występ Sally, tej dupeczki z TCM? pamiętacie jej determinacje, kiedy rzuciła się przez okno, kalecząc się na odłamkach szkła? pamiętacie autentyzm jej zachowania, kiedy biegła przez las i uderzyła się o wystający konar? Marcia i Peter przedstawiają dokładnie tę samą szkołę aktorstwa, ale w nieporównywalnie bardziej wyciszony sposób, oparty na mimice, gestach i spojrzeniach wypełnionych strachem. robią to samo, co Marilyn Burns, lecz w milczeniu. szczerze mówiąc, też bym milczał, gdybym miał takie przygody jak bohaterowie filmu. krzyk to banał w sytuacji, gdy natura "poluje".
technicznie mamy do czynienia z dominacją długich ujęć panoramujących i szerokim kątem widzenia. hipnotyczną moc filmowania można w pełni odczuć dopiero przy okazji korzystania z dobrodziejstw nośnika dvd i cudownie odrestaurowanego obrazu. to właśnie operatorka decyduje o unikalnej atmosferze filmu. pod względem klimatu 'Long weekend' przypomina bowiem dryfowanie na środku oceanu - umierasz z pragnienia, mimo że otaczają cię miliardy ton wody. ale woda jest słona, niezdatna do picia. ten sam makabryczny paradoks zagęszcza atmosferę u Egglestona. w każdej chwili możesz uciec, nic cię nie ogranicza. ale nie uciekasz, bo wiesz, że ścieżki na bezdrożach - wydeptane przez nie wiadomo kogo - prowadzą wszędzie i nigdzie zarazem.
o czym jest 'Long weekend'? według mnie to w pierwszej kolejności upiorne studium natury ludzkiej. bohaterów trudno polubić: Peter bardziej kocha własnego psa niż zonę, a Marcia to cyniczna egoistka. arcydzieło Egglestona można spokojnie uznać za punkt zwrotny dla całego gatunku. pomimo że 'Teksańska masakra' Hoopera uważana jest powszechnie za wybitne osiągnięcie w swojej dziedzinie i jeden z najważniejszych filmów lat 70-tych (z czym absolutnie się zgadzam), to jednak brak mu wyrazistej idei. scenariusz TCM przez lata obrósł tłuszczykiem, ale był to tłuszczyk "z zewnątrz": Wietnam, zabójstwa prezydentów, afery polityczne, zagrożenie nuklearne. dzisiaj trzeba naprawdę nie lada wysiłku, żeby skojarzyć obraz Hoopera z tamtymi wydarzeniami. 'Long weekend" nie potrzebuje takiej nadbudowy. oglądając go, nie opuszczało mnie wrażenie, że oto reżyser mówi do mnie o czymś niebagatelnym, wybierając jednocześnie najlepsza formę kamuflażu: horror.
08-08-2008, 03:52






