28-07-2009, 21:09
|
Public Enemies (2009)
|
|
Ale to było dawno temu. Ostatnie 3 filmy to "gangsterka", sensacja. I kolejny taki ma być. Co za dużo to niezdrowo.
O tym, że Mann mógłby spróbować nakręcić film w zupełnie innym gatunku. Na przykład komedię, To ponoć najtrudniejsze.
28-07-2009, 21:19 Cytat:Sam wybierz co Ci bardziej odpowiada. Jeszcze nie wiem, co mi bardziej odpowiada. Stąd drugie pytanie - czy Mann często umieszcza podobne sceny w swoich filmach? W sensie - zamiast realistycznej motywacji, mamy w nich "wycieczkę" do wnętrza bohatera? Mnie wspomniana scena z PE dość zaskoczyła, bo podobnych przedtem chyba nie ma. Gdzieś wyczytałem, że Mann lubi eksponować modernistyczną i alienującą bohaterów architekturę. Początek PE wyglądał jak potwierdzenie tego, a potem - niespodzianka - głównie wiele planów bliskich, z dziwnych kątów, skoncentrowanych na postaciach. Widać Manna tym razem architektura nie interesowała. Przynajmniej nie jako uzupełnienie emocji bohaterów. Nie powiem, w filmie, w którym ważny jest motyw patrzenia w oczy ginącego kompana, wielość ujęć skoncentrowanych na twarzach jakoś nie dziwi.
Na razie nie mam podpisu, ale na pewno wymyślę coś błyskotliwego...
28-07-2009, 21:26 Phil napisał(a):Dlaczego miałby kręcić komedię, skoro wyraźnie mu to nie pasuje, ot tak żeby się sprawdzić? Bezsens ;].Moment ze słynnej rozmowy w Gorączce, gdy Pacino mówi Yeeeah (odpowiadając na pytanie De Niro czy normalne życie to grill przed domem) zjada połowę komedii świata. A przynajmniej ja się nigdy nie mogę powstrzymać od śmiechu gdy to wypowiada. 28-07-2009, 23:36
Mann ma już zaklepane parę projektów, wiec chłopcy przestańcie marzyć:)
Frankie Machine (o emerytowanym zawodowym zabójcy) The Texas Killing Fields (western) Damage Control (o dopingu w sporcie) wybierajcie:) 28-07-2009, 23:36
wszystko na to wskazuje. zwłaszcza że dion beebe (collateral, miami vice) został niedawno zakontraktowany na stanowisku operatora kamery przy frankim machine.
[ Dodano: Sro Lip 29, 2009 01:20 ] Karaluch napisał(a):czy Mann często umieszcza podobne sceny w swoich filmach? W sensie - zamiast realistycznej motywacji, mamy w nich "wycieczkę" do wnętrza bohatera? obejrzyj to się dowiesz ok, serio: Mann to zatwardziały behawiorysta z ciągotami lirycznymi. z wyjątkiem manhuntera, gdzie quasi-oniryczne sekwencje są na porządku dziennym, i ewentualnie motywu z wilkiem w zakładniku, nigdy nie kręcił scen, balansujących na pograniczu jawy i snu (w 'informatorze' mamy ewidentne halucynacje wywołane upojeniem alkoholowym + stanem przedsamobójczym). wracając do PE: dla mnie scena przechadzki po komisariacie wydobywa tę cechę charakteru, którą dillinger próbuje ukryć, ale niezbyt mu to wychodzi - próżność. Karaluch napisał(a):Gdzieś wyczytałem, że Mann lubi eksponować modernistyczną i alienującą bohaterów architekturę. alienującą architektura? kto takie blubry płodzi? pomyśl: w jaki sposób architektura ma alienować płatnego zabójce albo złodzieja? przecież ci ludzie już z racji wykonywanej profesji są dostatecznie wyobcowani ze wszystkich tradycyjnych struktur społecznych. jeśli architektura ma tu kogokolwiek alienować/przytłaczać, to chyba jedynie widza. poza tym sorry, ale ja nie znajduje u Manna żadnych socjologiczno-sztampowych komentarzy z cyklu "wysoki budynek z aluminium i szkła = dehumanizacja, wyobcowanie bla bla bla". nie ta liga. gość uwielbia filmować nowoczesną zabudowę śródmieścia, a od "historyczności" (albo szerzej: przeszłości) ucieka jak najdalej może. widać to wyraźnie w postaciach, które faworyzuje w swojej twórczości - milczą one o tym, co było w ich życiu, czasu przeszłego używają niechętnie i z obrzydzeniem wręcz. to chyba jedna z wielu nieuświadomionych do końca przyczyn, dla których tak bardzo osobiście odbieram niektóre filmy tego pana - sam też nie noszę wracać pamięcią do tego, co było, nie przeglądam rodzinnych albumów etc. było, minęło. [ Dodano: Sro Lip 29, 2009 02:04 ] nawiasem, dzisiaj po raz trzeci zawędrowałem do kina na wrogów publicznych. super szczegół wychwyciłem, możecie mi pogratulować - winstead, ruszając w pogoń za dillingerem i hamiltonem, tuż przed oddaniem pierwszego strzału, zrzuca kapelusz - po prostu ściąga go z głowy i odrzuca na bok. niby nic, a cieszy. a motyw z chowaniem się za drzewem jest fantastyczny: w typowych filmach takiej sceny nie znajdziecie - chodzi o ujęcie, gdy dillinger stoi plecami do drzewa i zmienia magazynek ... w tle widać biegnącego agenta, dillinger wychyla się (powtarzam: wszystko kręcone w jednym ujęciu, operator robi jedynie delikatny unik, żeby na chwilę zakryć dalszy plan pniem drzewa), patrzy, a gościa już nie ma. oglądałem tę scenę trzykrotnie i za każdym razem czułem się tak samo zdezorientowany jak bohater grany przez deppa. i epilog. pewnie zaraz przyjdzie freak i będzie szydził, że ckliwe i melo-melo, ale mnie końcówka wrogów po ludzku poruszyła. Mann zagrał tu na strunie, na której lubi brzdękać Eastwood. żal mi tej baby, no. sposób, w jaki winstead zakomunikował jej ostatnie słowa dillingera - normalnie jakby stwierdził: "sorry, kochana, ale zabujałaś się w niewłaściwym facecie. musiałem go zabić. takie życie. chcesz fajkę?" reasumując: film jest niepełny, lekko wykastrowany. jak wyjdzie dvd z director cutem, to dam mu 10/10. 28-07-2009, 23:55 Mental napisał(a):dla mnie scena przechadzki po komisariacie wydobywa tę cechę charakteru, którą dillinger próbuje ukryć, ale niezbyt mu to wychodzi - próżność. Sam fakt wejścia do komisariatu jak najbardziej, ale scena przechadzki po biurze to już zupełnie inny temat, takie memento w wydaniu niezwykle intensywnym. Po prostu zapowiedź losu Dillingera która on widzi, ale nie wiemy czy rozumie. Być może nie. 29-07-2009, 08:06 Mental napisał(a):z wyjątkiem manhuntera, gdzie quasi-oniryczne sekwencje są na porządku dziennym, i ewentualnie motywu z wilkiem w zakładniku, nigdy nie kręcił scen, balansujących na pograniczu jawy i snu Nie nazwal bym tych sekwencji onirycznymi. To po prostu taki rodzaj chwytu, poprzez ktory rezyser ukazuje widzowi jakie emocje targaja w danej chwili bohaterem. Najbardziej wyraznym przykladem takiego patentu stosowanego przez Manna jest chyba Informator i scena, w ktorej Crowe jedzie samochodem i obserwuje plonacy samochod. Oniryzm? Nie, bo przeciez ten samochod plonie w rzeczywistosci. 29-07-2009, 09:59
Klimat oniryczny jest. Tak samo jak życiu, czasami widzisz/czujesz coś w sposób niezwykły, oniryczny, trudny do zrozumienia. Każdemu to się chyba zdarza.
29-07-2009, 10:10 Jakuzzi napisał(a):Nie nazwal bym tych sekwencji onirycznymi. dlatego nazwałem je quasi-onirycznymi:) jakuz, czytaj uważnie zamiast trollować:) strukturalistycznie rzecz ujmując te sceny funkcjonują dokładnie na takiej samej zasadzie jak inne sceny u Manna - mamy dwa obiekty: człowieka i dajmy na to płonący samochód i na drodze wolnych skojarzeń dopowiadamy sobie, jaka zachodzi między nimi zależność. to jest ulubiony sposób Manna na obrazowanie wrażeń psychicznych i sugerowanie nastrojów poprzez niebanalne zestawienie dwóch różnych "przedmiotów" (równie dobrze może to być człowiek na tle architektury itp). stąd też zgadzam się, że: Jakuzzi napisał(a):To po prostu taki rodzaj chwytu, poprzez ktory rezyser ukazuje widzowi jakie emocje targaja w danej chwili bohaterem. [ Dodano: Sro Lip 29, 2009 11:33 ] Solo napisał(a):ale scena przechadzki po biurze to już zupełnie inny temat, takie memento w wydaniu niezwykle intensywnym. dla mnie akurat scena przechadzki po biurach wydziału ds dillingera to wręcz mount everest próżności. wyraz jego twarzy, gdy ogląda zdjęcia - jakby gość sycił się samym faktem, że został na scenie ostatni. znamienny jest moment spojrzenia na fotografie billie. nawet się nie zatrzymał, ledwo przebiegł po niej wzrokiem. 29-07-2009, 10:28 Mental napisał(a):la mnie akurat scena przechadzki po biurach wydziału ds dillingera to wręcz mount everest próżności. wyraz jego twarzy, gdy ogląda zdjęcia - jakby gość sycił się samym faktem, że został na scenie ostatni. Nie, zdecydowanie nie. Początek to i owszem, gdy mówie dziewczynie że pójdzie z nią na posterunek, to widać. Ale sam spacer po wydziale, całkowicie wyludnionym, dziwnie pustym (przecież tam powinna pracować kupa ludzi), skąpanym w miękkim świetle, to jak spacer Dillingera po przedsionku krainy umarłych, jakby wizja najbliższej przyszłości. Zgadzam się, że przejście od pełnego realizmu do oniryzmu jest tutaj bardzo płynne, niemniej jest właśnie tak jak napisałem. Fajna rzecz wyszła Mannowi. 29-07-2009, 10:41
ten spacerek jest jak jego życie - od sukcesów, przez zacieśniającą się obławę, smierci współpracowników, aż po wpadniecie na policjantów
Im częściej na mnie kamieniem rzucicie,
sami złożycie stos - - stanę na szczycie. Grastroskopia - Bortal dobrze wpływa na trawienie gier 29-07-2009, 10:47 Solo napisał(a):całkowicie wyludnionym, dziwnie pustym (przecież tam powinna pracować kupa ludzi) i pracowała, ale akurat niemal wszyscy siedzieli w jednym pokoju przy radiu, żeby wysłuchać meczowego komentarza. komisariat nie był wyludniony, bo nagle gliniarze się zdematerializowali dla klimatu. Solo napisał(a):jak spacer Dillingera po przedsionku krainy umarłych interpretacja jest jak dupa - każdy ma własną i twoja wcale nie musi być mniej wiarygodna od mojej. przy czym dla mnie takie postawienie sprawy jest zbyt wydumane. ja tu widzę jedynie gościa, który opromieniony (złote pasma światła na twarzy) sukcesem (różnie można go zdefiniować) przechadza się po muzeum własnego życia, które trwało 1 rok. w przeciągu tego roku (kluczowego dla historii usa) rząd zmuszony był zbudować od podstaw nową instytucje do ścigania przestępstw federalnych. ja, dillinger, byłem jednym z tych, którzy do tego doprowadzili. 29-07-2009, 11:02 Cytat:alienującą architektura? kto takie blubry płodzi? Ja Posadziłem posta, a potem znów przeczytałem fragment fragmentu o Mannie i wyszło, że jest tak, jak piszesz. Cała ta "alienująca" architektura to po prostu normalne środowisko życia i działania bohaterów, warto ją wyeksponować, by przytłoczyć widza, z postaciami nie ma to nic wspólnego. Fragment fragmentu był z książki "Fifty contemporary filmmakers". Żeby było śmieszniej, autor artykuliku uznaje Manna za jednego z czołowych postmodernistycznych reżyserów. Z tym że: (...) Mann`s work depends on some of the realist conventions both of the plastic arts and the European cinema to create an elegy for civilisation as it enters the realm of postmodernity. Czyli postmodernista, ale z daleka od innych twórców uznawanych za postmodernę, nie posługuje się też ich metodami, można jednak uznać, że mówi coś ważnego o samej epoce.
Na razie nie mam podpisu, ale na pewno wymyślę coś błyskotliwego...
29-07-2009, 12:39
Ja właśnie wróciłem z seansu i na świeżo mogę jedynie powiedzieć, że mnie niemiłosiernie ten "kinowo-telewizyjny" film wynudził. Na tę chwilę ciężko mi jest powiedzieć cokolwiek pozytywnego. Jestem trochę zły, bo mogłem jednak zostać w domu i obejrzeć coś na DVD. Nie wiem, czym to było spowodowane, ale podejrzewam, że użyciem cyfrówki. W ogóle to do tego filmu nie pasowało i co chwilę się łapałem na tym, że ten zabieg mnie tak właściwie irytował. W "Collateral" to może i zadziałało, ale w "Public..." zdecydowanie nie. A na dodatek, ile można oglądać tych bliskich planów - zawrót głowy.
22.04.2011
30-07-2009, 01:10
Kolejna tendencyjno-banalna opinia w stylu "nie podobalo mi sie, bo kamera jak w W11".
![]() (ile jeszcze takich sie pojawi?...) 30-07-2009, 08:45 |
| Podobne wątki | |||||
| Wątek: | Autor | Odpowiedzi: | Wyświetleń: | Ostatni post | |
| Public Enemies (2009) | Mental | 661 | 90,786 |
17-07-2009, 00:29 Ostatni post: Glut |
|
| Użytkownicy przeglądający ten wątek: |
| 1 gości |


ok, serio: Mann to zatwardziały behawiorysta z ciągotami lirycznymi. z wyjątkiem manhuntera, gdzie quasi-oniryczne sekwencje są na porządku dziennym, i ewentualnie motywu z wilkiem w zakładniku, nigdy nie kręcił scen, balansujących na pograniczu jawy i snu (w 'informatorze' mamy ewidentne halucynacje wywołane upojeniem alkoholowym + stanem przedsamobójczym). wracając do PE: dla mnie scena przechadzki po komisariacie wydobywa tę cechę charakteru, którą dillinger próbuje ukryć, ale niezbyt mu to wychodzi - próżność. 





