Nie twierdze, że film jest zły, wręcz przeciwnie, ale no gdyby nie Sly to prawdopodobnie bym go nie obejrzał.
11-02-2016, 11:53 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-02-2016, 11:54 przez szopman.)
|
Rocky / Creed
|
|
Nie dało im do myślenia, że większość ludzi obejrzało film dla Sly'a i że w sumie tylko jego rola została jakoś bardziej doceniona i zauważona?
Nie twierdze, że film jest zły, wręcz przeciwnie, ale no gdyby nie Sly to prawdopodobnie bym go nie obejrzał.
"Y es que eso es y, creo, será siempre el cine: una manera maravillosa de soñar" J. Potau
11-02-2016, 11:53 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-02-2016, 11:54 przez szopman.)
Ja bez Rocky'ego sequelu nie obejrzę, tylko ta rola mnie poruszyła, dała do myślenia, motywowała. Jordan jak dobrze by nie grał, był po prostu chłopakiem z kasą któremu najwyraźniej się nudziło, trudno tutaj porównywać tą postać z Rocky'm który robił co mógł by przetrwać i tutaj jego historii był ciąg dalszy. Bez niego to nie będzie miało sensu, bo po prostu sama w sobie postać nie ma takiej charyzmy, takiego charakteru i nie wzbudza takiej sympatii i motywacji jak Rocky grany przez Sly'a, toteż... brak SLy'a, brak mnie na widowni.
11-02-2016, 11:59
U mnie to samo. Bez Sly'a, który za 17 dni otrzyma za Creeda Oscara, kolejnej części nie oglądam.
11-02-2016, 15:28
To się może nazywać Creed, ale to nadal Rocky VII i wiadomo kto jest powodem, dla którego się to ogląda. Kolejny film albo będzie Rockym VIII albo dla mnie nie istnieje, ale trudno mi uwierzyc, by ktoś uznał, że jest sens ciągnąć to bez Sly'a.
11-02-2016, 15:31 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-02-2016, 15:31 przez Gieferg.)
No ja za to uważam, że trzeba dać odpocząć Rocky'emu. Był idealnym łącznikiem między jedną serią a drugą, teraz wypadałoby ładnie rozwinąć postać Adonisa. Sly mógłby powrócić finalnie w Creedzie 3, ale i tak uważam, że po raz kolejny kręcić "ostatni film z Rockym" jest bezsensowne bo tak ładnie zakończono jego historię najpierw w 2006 roku, a teraz w Creedzie.
11-02-2016, 16:05
Fakt, że Rocky'ego nie ma co dalej kręcić, ale...
Cytat:teraz wypadałoby ładnie rozwinąć postać Adonisa Pytanie brzmi - po cholerę? Z góry wiadomo, że w drugim filmie, jeśli takowy powstanie, Creed sięgnie po tytuł mistrzowski. And who gives a fuck, really? Żadna z niego interesująca postać, jesli występuje z Rockym - spoko, może być, ale czy ktoś naprawdę chce go oglądać solo? Creeda obejrzałem dla Slaja, było fajnie, ale tylko i wyłącznie za jego sprawą, jesli odpadnie, nie widzę powodu by się tym dłużej interesować. 11-02-2016, 16:12 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11-02-2016, 16:14 przez Gieferg.) Cytat:Creeda obejrzałem dla Slaja, było fajnie, ale tylko i wyłącznie za jego sprawą, jesli odpadnie, nie widzę powodu by się tym dłużej interesować.No widzisz, ja obejrzałem głównie z ciekawości jak rozwiną dalej historię. Teraz też jestem ciekawy. Swoją drogą możnaby na przykład wprowadzić więcej postaci z oryginalnej serii… Mr T? ;] 11-02-2016, 16:31
Lundgren ostatnio bardziej na topie :D
"Y es que eso es y, creo, será siempre el cine: una manera maravillosa de soñar" J. Potau
11-02-2016, 16:55
Kontynuacja "Creeda" bez Sylwka miałby sens, gdyby Adonis nie był tak jałową postacią. Chyba każda postać w tym filmie była ciekawsza od niego.
11-02-2016, 16:59
Obejrzałem, chociaż nie jestem zbytnim fanem serii, doceniam właściwie tylko jedynkę, a reszta to zaledwie fajne filmy. W każdym razie Creed to żadne cudo, taka tam sobie historyjka o kolejnym próbującym wejść na szczyt bokserze, całkiem nieźle zrealizowana i zagrana, jednak wiele nie zostanie w mojej pamięci. Zachwytów na Stallonem nie rozumiem, nominacja do Oscara jeszcze ok, trochę naciągana, ale sama statuetka to byłoby przegięcie. Ode mnie 6/10.
09-03-2016, 10:46
Dziwne te mega-pochlebne recenzje. Film jest niezły, ale bez szału. Do tego czuć od samego początku, że jest robiony na siłę i bez świeżych pomysłów. Nieślubny syn adoptowany przez zdradzoną żonę? Serio?
Głuchnąca śpiewaczka? Serio? Rocky walczący z chorobą? Serio? Wtórne i naciągane - mieliśmy już Rockego-trenera i Rocky'ego chorującego. Do tego odpalono wszystkie stare postaci... Ba, nawet tą Marie postanowili pominąć? Za grosz nie ma to klimatu starszych części choć udaje, że jest jedną z nich. 6/10 Klasyfikacja 1. R3 2. R1, R2 3. RB 4. R4, Creed 5. R5 O ile do wszystkich poprzednich (może z wyjątkiem 5) mam ochotę wracać to tu... nie ma do czego. Ani jednej sceny zapadającej specjalnie w pamięć.
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man. 15-05-2016, 18:15 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-05-2016, 18:18 przez shamar.)
Chyba tak ale głównie dlatego, że jest bardziej dynamiczna i o ile pamiętam - oglądałem ja jako pierwszą za dzieciaka a 1 i 2 mnie wtedy strasznie nudziły. Poza tym jest tu mocna scena z Mickeyem, "Eye of the Tiger", Lang Maczuga i dodatkowo jako pozytywny wraca Apollo. Więc... Chyba tak. 1 i 2 są lepsze ale tą będę stawiał jako ulubioną.
Lepiej zajrzyj na poprzednią stronę, gdzie padają "recenzje" typu "Creed to najlepsza część serii" czy "jedna z najlepszych". Nie wiem, jaki oni film oglądali ale nie ten co ja, przed chwilą. Przecie ten beznamiętny film to jest popłuczyna po "R. Balboa", żeby daleko nie szukać.
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man. 15-05-2016, 18:46 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-05-2016, 18:47 przez shamar.)
CREED
Odbiór tego filmu może troche popsuło mi to, że przed kilkoma tygodniami powtórzyłem sobie WARRIORA, który z CREEDEM wygrywa pod praktycznie każdym względem. CREEDA chwali się za emocjonujące przedstawienie tematu problemów ojcowskich i choć jest to dobry motyw i coś co daje filmowi jakiegoś dramatycznego kopa, jednak i tak absolutnie przegrywa to na każdej płaszczyznie z przedstawieniem rodzinnych problemów w WARRIORZE. Jeżeli emocjonalnymi kręgosłupami obu filmów jest motyw ojcowskiego opuszczenia i rodzinnej rywalizacji, to w CREEDZIE jest on jedynie widmem które wisi nad filmem przez większość seansu tylko po to by w końcowej walce zostać nagle podkreślone nieco łopatologicznym tekstem o że bohater "chce udowodnić, że nie jest pomyłką". Natomiast w WARRIORZE jest dużo lepiej nakreślony i przedstawiony przez serię świetnie rozegranych i emocjonujących scen w których nie ma za grosz fałszu czy gromkopierdności. CREED potrafi podnieść pompę, ale żaden moment w tym filmie nawet nie zbliża się do poziomu emocji chociażby sceny w której Hardy pojednuje się ze swoim ojcem w pokoju hotelowym. Problemem ze sportowymi feel-good stories jest to, że są autentycznie wzruszające, ale często robią to w sposób, który jest w równym spotniu podnoszący na duchu co tandetny i Paulo Coelhowaty. Melodramatyczne przemowy o sile woli itp. Człowiek podchodzi do czegoś takiego z nieco protekcjonalnym nastawieniem: "głupi jesteś filmie, ale wzruszasz serducho i podnosisz pompę, więc cie lubię". Seria ROCKY jest w tej kategorii mistrzem. WARRIOR natomiast wyróżnia się tym, że choć ogólnie jest to ten sam typ historii używającej sportu jako pretekstu dla opowiedzenia bardzo osobistej historii, tak jednak w przeciwieństwie do innych filmów tego typu, robi to bez uciekania się do tandetnej łopatologii czy tekstów rodem z self-help books. WARRIOR po ponownym seansie okazuje się być zaskakująco dobrze napisanym filmem. Te wszystkie emocjonujące sceny pomiędzy członkami rodziny Conlonów były nie tylko fantastycznie zagrane ale i dobrze napisane. Dialogi w tych scenach są on point, nie ma w nich fałszywej nuty czy ciężkiej scenopisarskiej ręki. Sprawia to, że wątek rodzinny w WARRIORZE jest nie tylko dużo mocniejszy niż w CREEDZIE (bo tak jak pisałem wcześniej - jest on dużo wyraźniej wyeksploatowany i mocniej nakreślony), ale tez jednocześnie bardziej subtelny. Tommy Conlon nie wali żadnych komunałów o swoich problemach i nie musi w ostatniej minucie dosłownie wyjaśniać widzowi swojej motywacji, a mimo tego wyraznie widzimy jego cierpienie. Ba, nawet sceny walk są lepsze w WARRIORZE, choć to już jest jak kopanie leżącego. Tak wiem, CREED miał tę swoją środkową walkę kręconą niby na jednym ujeciu, ale w przypadku tej sceny to był bardziej techniczny gimmick, który w żaden sposób nie podnosił emocjonalności sceny, ani nie wpływał na lepsze przekazanie energii i dynamiki walki wręcz. Natomiast końcowa walka to już był typowe dla tej serii przerysowanie, gdzie każdy cios i montażowe cięcie wyglądały teatralnie I niepotrzebnie wyolbrzymione. WARRIOR ze swoją próbą okiełznania dynamiki MMA wypadł dużo lepiej. Film zagrany też był lepiej. Sly wyszedł dobrze i poczciwie, ale nie oszukujmy się, jakby to był Oscar to tylko z powodów sentymentalno-karierowych. Nolte był równie dobry jeżeli nie lepszy, a Hardy to w ogóle zupełnie inna liga niż Adonis. Miało być o CREEDZIE a było bardziej o Warriorze. Oglądajcie Warriora bo dobry
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.
05-06-2016, 20:54 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05-06-2016, 21:17 przez Proteus.)
Jak znów napiszesz, że Rocky IV to "shit i nieporozumienie" to jesteś dla mnie martwy.
10-06-2016, 20:54
Ech, te dzieciaki...
10-06-2016, 22:13 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10-06-2016, 22:13 przez Gieferg.)
Gieferg,
nie napisałbym, że to "shit" czy nieporozumienie, ale napewno należy do jednej z tych gorszych cz. cyklu (o ile nie jest najgorszą).
"Y es que eso es y, creo, será siempre el cine: una manera maravillosa de soñar" J. Potau
11-06-2016, 05:29 (11-06-2016, 05:29)szopman napisał(a): Gieferg, Gorsze są tylko 5 i "Creed" więc tak czy srak jest 3cia od końca, na 7 filmów :)
welcome to prime time bitch!
Kenner, just in case we get killed, I wanted to tell you, you have the biggest dick I've ever seen on a man. 11-06-2016, 20:03 |
|
|
| Podobne wątki | |||||
| Wątek: | Autor | Odpowiedzi: | Wyświetleń: | Ostatni post | |
| Rocky Balboa | Predator895 | 83 | 18,244 |
20-12-2013, 16:24 Ostatni post: Mental |
|
| Użytkownicy przeglądający ten wątek: |
| 1 gości |