The Counselor (2013)
(15-11-2013, 21:34)Strummer napisał(a): Ogólnie rzecz biorąc, taki trochę teatr telewizji z kilkoma scenami przemocy.
Ale teatr telewizji po amerykańsku czy po polsku? Tj. to się ogląda, czy się podnieca tym, że scenariusz fajny?

Odpowiedz
Zdecydowanie NIE po polsku. Teatr telewizji, czyli bardziej "Killing Them Softly"(choć "The Counselor" jest zdecydowanie od filmu Dominika lepszy), niż to co czasem na TVP Kultura w nocy leci.Oczko

Tak w ogóle to

Odpowiedz
Mefisto napisał(a):piekło dopiero po nich sięga, na ich własne życzenie.

Nie do końca ogarniam tę metaforę i nie wiem, jaka była zgodność NCFOM z książkowym oryginałem, ale w filmie Brolin sam na siebie sprowadza piekło i też na własne życzenie.

Odpowiedz
No dobra, wyjątek od reguły (pomijając fakt, że Brolin po prostu robi głupie wybory, inaczej by mu się udało).
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Właśnie wróciłem z kina. Podobało mi się i wiem co nie podoba się na pewno innym. Ale będę bronił tego filmu i na pewno jeszcze nie raz do niego wrócę. Nie nudził mnie ani przez chwilę, chwytałem każde słowo wypowiadane przez bohaterów i każde z nich wydaje mi się ważne i każda scena coś wnosi. Trochę przypomina ten film niedawne "Killing them softly", który ma podobny wydźwięk i morał. Co do aktorstwa Brada Pitta nominowałbym do Oscara. Cała reszta na przyzwoitym poziomie. 6/10
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.

Odpowiedz
Cytat:Trochę przypomina ten film niedawne "Killing them softly"

Już gorszej rekomendacji nie można dać, bo "Killing them softly" to lekko największe gówno XXI wieku, jakie widziałem. Lepiej się ogarnijcie i rekomendujcie inaczej Uśmiech

Odpowiedz
Ale to bardzo zbliżony poziom. Musze jeszcze raz obejrzeć ten film, choć jestem pewien, że nic nie przeoczyłem. Ciekawi mnie tylko czy była jakaś scena po napisach bo film kończy się tak nagle a
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.

Odpowiedz
The Counselor - hmm cóż by o nim napisać. Jestem świeżo po seansie i tak naprawdę dopiero teraz wszystko zaczyna się powoli układać. A jest się co układać, gdyż jest to film niebanalny. Nie rozumiem i chyba nigdy nie zrozumiem jakim cudem krytycy tak go zmiażdżyli. Przecież to nie jest Only God Forgives, czyli film dla ściśle ograniczonego grona. Może spodziewali się czegoś innego. Czegoś prostszego. Czegoś, co odpowie na ich pytania. Nie wiem. I nie chcę wiedzieć. Ale wiem jedno. Jest to zdecydowanie bardzo dobry film i z całą pewnością nie raz do niego wrócę.
5 najważniejszych filmów w historii kinematografii: 1. Mulholland Drive 2. Skazani na Shawshank 3. Aż poleje się krew 4. Podziemny krąg 5. 12 gniewnych ludzi

Odpowiedz
(18-11-2013, 21:21)Pitero napisał(a): Ale to bardzo zbliżony poziom. Musze jeszcze raz obejrzeć ten film, choć jestem pewien, że nic nie przeoczyłem. Ciekawi mnie tylko czy była jakaś scena po napisach bo film kończy się tak nagle a
Typowy Cormac. Wszystko co napisal się tak kończy.



Odpowiedz
Jednak zmieniłem zdanie. Tak jak przypuszczałem, to jeden z tych filmów, które im dalej po seansie, tym bardziej zyskuje. Wg mnie McCarthy na spółkę ze Scottem stworzyli dzieło wybitne, porównywalne do No Country For Old Men. Peace.
5 najważniejszych filmów w historii kinematografii: 1. Mulholland Drive 2. Skazani na Shawshank 3. Aż poleje się krew 4. Podziemny krąg 5. 12 gniewnych ludzi

Odpowiedz
(18-11-2013, 21:00)Mental napisał(a):
Cytat:Trochę przypomina ten film niedawne "Killing them softly"

Już gorszej rekomendacji nie można dać, bo "Killing them softly" to lekko największe gówno XXI wieku, jakie widziałem. Lepiej się ogarnijcie i rekomendujcie inaczej Uśmiech
Podobieństwo do KTS jest, tylko z tą różnicą, że mnie, pewnie Ciebie też film Dominika irytował, a Counselor intryguje. Ja jestem na tak i z wielką chęcią zobaczę ponownie w domu.

Odpowiedz
(20-11-2013, 00:32)Pan_Samochodzik napisał(a): Wg mnie McCarthy na spółkę ze Scottem stworzyli dzieło wybitne, porównywalne do No Country For Old Men. Peace.

Nie Uśmiech

Na początku przyznam, że krytyka filmu jest przesadzona i wynika chociaż częściowo z niewygodnej, trudnej do przyswojenia formy i powierzchownie grafomańskich dialogów. Ale problem z "Adwokatem" jest taki, że ogląda się go jak NCFOM, tyle że w wersji napisanej przez grafomana. I nie jestem pewien czyja to wina - Scotta czy McCarthy'ego. Zaraz po wyjściu z kina myślałem, że to Cormac podłożył Ridley'owi świnię. Dobra powieść, a dobry scenariusz to co innego. Już przy Sunset Limited (który mi się podobał) widać było, że McCarthy pisząc skrypty używa nieco bardziej teatralnej/poetyckiej/łopatologicznej narracji i dialogów niż robi to w swoich powieściach. Więc dla mnie to właśnie McCarthy od początku był tą najbardziej obiecującą i jednocześnie najbardziej podejrzaną częścią tego twórczego stopu. W jego książkach nie brakuje filozoficznych debat, ale nigdy nie przedstawiał ich w tak dobitny sposób. McCarthy nie byłby pierwszym pisarzem, który traci mojo czy zmienia akcenty po przejściu do innego medium.

Jedną z głównych bolączek tego filmu jest to, że w przeciwieństwie do NCFOM, który przesłanie Cormacowskiej powieści przekazywał "na sucho", jedynie za pomocą struktury samej opowieści, "Adwokat" robi to wykładając widzowi wszystko na stół w łopatologicznych dialogach, które są strasznie nierówne. Niektóre przyjemnie łechcą mózgownicę swoim poetyckim tonem i znaczeniem, inne natomiast pomimo nihilistycznej otoczki pod względem czynnika "złotej myśli" mogłyby spokojnie konkurować z cytatami Coellho.

McCarthy od zawsze zmagał się z oskarżeniami o nadmierne epatowanie nihilizmem i mizantropią (i mizoginią skoro już rzucamy oskarżeniami na "m"). Zawsze uważałem te zarzuty za idiotyczne, bo swoich depresyjnych, "bezdusznych" światów używał by tworzyć chwytające za gardło fabuły i emocje. "Adwokat" będzie jednak wodą na młyn dla tych, którzy uważają, że Cormac jest przereklamowanym fatalistą. We wszystkich jego powieściach i adaptacjach cała ta mizantropia czemuś służyła. W tym filmie natomiast jest to toporne i wygląda trochę jak wysilony nihilizm dla nihilizmu. Jakby dziadziunio Cormac nie potrafił mówić o czymkolwiek innym i po raz kolejny próbował nam łopatą wbić do głów, że "na świecie są nieźle popierdoleni, bezduszni ludzie z którymi lepiej nie zadzierać" i "chciwość nie popłaca" i coś o kobietach. Zdecydowanie coś o kobietach, ale szczerze powiedziawszy, pomiędzy dialogami wypełnionymi przemyśleniami na temat damskiej chuci, a sceną, w której Cameron Diaz pierdoli maskę samochodu niczym glonojad szybę, to trochę się pogubiłem w złotej myśli na temat kobiet.

W NCFOM wszystkie te motywy były ładnie wplecione w fabułę. Wynikały z jakiejś większej, zgrabnej całości. Geniusz tego filmu polegał na tym, że emocjonalnie czochrał mosznę pomimo minimalizmu w prawie każdym aspekcie narracji. Adwokat w porównaniu z filmem Coenów wygląda jak jakiś drukowany pamflet, w którym ktoś CAPSEM nabazgrał "ŚWIAT JEST MROCZNY I DEPRESYJNY. FIN".

Oczywiście ktoś mógłby skontrować, że przecież McCarthy nie wrzuca tutaj sprawdzonych dla siebie motywów, "ot tak po prostu i od niechcenia". Że przecież wszystko to służyło zbudowaniu tragedii Mecenasa. Tyle, że ta grecka tragedia nie do końca im wyszła. Końcówka jest naprawdę mocna, ale nie na tyle mocna by w pełni usprawiedliwić rozwleczoną, nierówną resztę.

Jasne, film jest "bezkompromisowy" (o ile bezkompromisowym można nazwać scenariusz z takimi dialogami i narracją), nie prowadzi widza za rączkę i trochę od niego wymaga. Ale za jakąś szczególną zaletę w tym konkretnym przypadku bym tego nie uznał, bo nagroda za całą tę uwagę jest dość mierna. Tak jak pisałem - końcówka wywołuje dyskomfort w mózgownicy i to jest największy plus tego filmu. W pozostałej części nie widzę niczego specjalnego.

Z drugiej strony myślę, że mógłby to być świetny film gdyby reżyser ugryzł go z innej strony. I tutaj doszukiwał bym się winy po stronie Scotta. Można się podśmiewywać z "kwiecistości" dialogów, ale jednak jest to McCarthy więc sporo z użytego w filmie języka może się podobać. Trzeba to tylko wziąć w ramy jakiejś konwencji. Nie traktować tych konwersacji w 100% dosłownie i spojrzeć na ten film nie jak na tradycyjny thriller/sensację, a bardziej jak na nieco teatralną przypowieść/moralitet.

Problem w tym, że ten film stoi w rozkroku pomiędzy jednym a drugim, Przez co nie działa do końca jako przypowieść, (bo jedynie naprawdę mocna, iście Cormacowska końcówka ma tu jakikolwiek emocjonalny power, a wszystko co do niej prowadziło jest "do zapomnienia"), natomiast jako tradycyjna sensacja, jest po prostu kiepski, nudny, fragmentaryczny i rozwleczony. Scenariusz Cormaca wymagał chyba nieco mniej dosłownego podejścia. Jakiejś konwencji, jakiejś zabawy formą. Czegokolwiek, byle tylko nie przedstawiać tego jako normalnej fabuły.

To nie jest zły film. Na pewno nie tak tragiczny jak sądzą niektórzy, bo choć spora część krytyki ma swoje uzasadnienie, to myślę, że za tak chłodne przyjęcie na świecie częściowo odpowiada róweniż fakt, że jak wszystkie Cormacowe fabuły, "Adwokat" nie próbuje sobie zaskarbić sympatii widzów łatwością w odbiorze czy jakimiś podnoszącymi na duchu zagrywkami. Ale jest zdecydowanie nierówny i twórcy albo chcieli podskoczyć wyżej własnej dupy, albo jest to przypadek, w którym reżyser nie zrozumiał/nie docenił scenariusza. Ogólny pomysł jest spoko - przypowieść pokazana na skontrastowaniu światów bogaczy w ładnych garniakach mieszkających w loftach za grube miliony i ludzi z Cormackowskiego piekła, czyli meksykańców z karteli, którzy Cię zgwałcą i odrąbią łeb jeżeli wyniuchają słabość. Ale wykonanie tego wszystkiego trąci myszką. Adwokat za dużo wymaga od widza, a za mało daje w zamian, jednocześnie popełniając kilka błędów po drodze. Ten film to taki ułomny, spłodzony przez rodzeństwo kuzyn NCFOM.
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.

Odpowiedz
Adwokat to ktoś jak my. Dlatego nie ma imienia. Z miłości do kobiety swojego życia zrobi wszystko. Ofiaruje jej największy diament, a jeśli go na niego nie stać to potrafi nawet wstąpić na drogę grzechu. A jak raz wstąpisz na ta drogę nie ma już odwrotu. Nawet gdy chcesz się wycofać, poniesiesz konsekwencje, skrzywdzisz tylko siebie i swoich najbliższych. Ten film to przestroga dla wszystkich, łącznie z tobą drogi Mentalu Uśmiech nie przekraczaj granicy grzechu choćby o 0,1 milimetra, bo to nigdy sie nie opłaca.
I can see your conciliation. I wanna see your conciliation.

Odpowiedz
Cytat:Ten film to przestroga dla wszystkich, łącznie z tobą drogi Mentalu Uśmiech nie przekraczaj granicy grzechu choćby o 0,1 milimetra, bo to nigdy sie nie opłaca.

ok

Odpowiedz
Proteus, pozwolę się z Tobą nie zgodzić, chociaż szanuję Twoje zdanie i cieszę się, że podparłeś je argumentami, które w Twojej opinii są zasadne. Bo dla większości jedynym argumentem przemawiającym na jego niekorzyść jest to, że jest nudny. Nie wiem, czego się spodziewali. Pain & Gain?
Moja przemowa nie będzie tak długa i kwiecista jak Twoja, gdyż nie znam tylu słów, jednak powtórzę kilka zasadniczych kwestii, może już oklepanych, które mnie do filmu Scotta przekonują.
Przede wszystkim nie jest to film sztampowy, robiony pod publiczkę. Wydaje mi się, że i Scott i wszyscy aktorzy wiedzieli w co "wchodzą" i zapewne spodziewali się głosów krytyki. Pomimo tego, w moim odczuciu, byli w pełni świadomi efektu końcowego i że nie każdemu może się on spodobać.
Kolejna sprawa, ten film może się dla niektórych wydawać ciężki, chociaż dla mnie aż taki nie był - pewnie dlatego, że wiedziałem czego się spodziewać. Niektórych mogą razić dialogi, podobno są one zbyt filozoficzne. Nie wiem, ja tego nie zauważyłem, a przyznam że przyłożyłem do nich należytą uwagę. Czy to, że każdy z bohaterów, wygłasza ważne kwestie w kwestiach życia jest czymś złym? Moim zdaniem nie. Tym bardziej, że to przecież McCarthy i tak miały wyglądać.
Co jeszcze przemawia do mnie na plus? Ano też to, że na nie wszystkie pytania uzyskujemy odpowiedzi. Tutaj nic nie jest powiedziane wprost. Każdy musi podczas seansu sam sobie pewne rzeczy dopowiadać i je interpretować. Cormac wierzy w inteligencję widza. Być może pochopnie, ale taki on już jest.
Co do zakończenia, to uważam, że jest ono świetne. Grzech jest wyborem i kto go popełnił, musi ponieść konsekwencje. Nie ma happy endu (też zarzut niektórych osób), bo go być nie może. Taki już jest ten świat.
Co do NCFOM, było ono spokojne, niewiele się działo (chociaż gdy już się działo, to na całego), mogło się dłużyć. Adwokat idzie krok dalej pod tym względem. Czy to źle? To już pozostaje do własnych przemyśleń. Na pewno nie jest to film dla każdego, jednak myślę, że warto mu poświęcić te dwie godziny, bo takich filmów nie kręci się zbyt często. A szkoda...
5 najważniejszych filmów w historii kinematografii: 1. Mulholland Drive 2. Skazani na Shawshank 3. Aż poleje się krew 4. Podziemny krąg 5. 12 gniewnych ludzi

Odpowiedz
Cytat:Nie wiem, czego się spodziewali. Pain & Gain?

Tak, dokładnie, tego się spodziewali.

Odpowiedz
Cieszę się, że w końcu się w czymś zgadzamy.
5 najważniejszych filmów w historii kinematografii: 1. Mulholland Drive 2. Skazani na Shawshank 3. Aż poleje się krew 4. Podziemny krąg 5. 12 gniewnych ludzi

Odpowiedz
(20-11-2013, 20:41)Pan_Samochodzik napisał(a): Bo dla większości jedynym argumentem przemawiającym na jego niekorzyść jest to, że jest nudny. Nie wiem, czego się spodziewali. Pain & Gain?

Zależy kogo masz na myśli. "Przeciętnego widza"? Możliwe. Krytycy byli jednak dużo bardziej konkretni w swoich zarzutach i adwokatowi nie dostało się jedynie za to, że "jest nudny" (a potrafi być).

Cytat:Przede wszystkim nie jest to film sztampowy, robiony pod publiczkę. Wydaje mi się, że i Scott i wszyscy aktorzy wiedzieli w co "wchodzą" i zapewne spodziewali się głosów krytyki. Pomimo tego, w moim odczuciu, byli w pełni świadomi efektu końcowego i że nie każdemu może się on spodobać.

Pisałem już o tym i zgadzam się. Ale to, że film nie jest robiony pod publiczkę samo w sobie nie wystarczy. Potrafię to docenić, a i czasami ta bezkompromisowość wychodzi scenariuszowi na dobre (jak chociaż w końcówce), ale to nie oznacza, że będę filmowi bił pokłony tylko dlatego, że jest inny formą od zwykłego blockbustera.

Pisałem już, że krytyka Adwokata jest przesadzona i przynajmniej częściowo wzięła się z tego, że niektórzy widzowie nie dali temu filmowi szansy i nie skupili się na tym co oferuje z powodu niewygodnej formy i powierzchownej grafomanii. Ale to nadal nie wymazuje tego, jak wadliwy jest to film. Że wymaga od wiedza wiele, ale payoff jaki daje w zamian nie jest niewiadomojakim aj-waj. NCFOM też sporo wymagał od widza, też nie podawał mu wszystkiego na tacy i też nie był wesoły w wymowie, a mimo tego był nieporównywalnie bardziej emocjonujący i bardziej napięty. Do tego, coś mi się wydaje, że w przypadku "Adwokata" może nastąpić taki reverse effect, że Ci którym film się spodobał, mogą teraz celebrować go jak jakieś niezrozumiałe arcydzieło, tylko dlatego, że był częściowo niedoceniony i "nie pod popcornową publiczkę".


Cytat:Niektórych mogą razić dialogi, podobno są one zbyt filozoficzne.

Przede wszystkim są zbyt nachalne oraz czasami w skrajnych przypadkach po prostu banalne. W dodatku zdarza się tam też puste filozofowanie, nie wnoszące do filmu nic. Oczywiście nie chcę przesadzić, nie chcę zgrywać jakiegoś zarozumiałego cynika, który parska śmiechem przy każdym tekście wychodzącym poza ramy zwykłego dialogu i zahacza o filozofię czy czasem nawet poezję. Zwłaszcza, że osobiście często podobają mi się takie dialogi i tak czy siak to nadal jest Cormac, więc na każdy tekst, który trącił myszką, przypadał również taki, który mógłbym sobie powtarzać po seansie. Zresztą podobne dialogi podobały mi się w Cormacowskim "Sunset Limited" (choć filozoficzne rozkminy bohaterów tamtego filmu też nie były jakoś szczególnie odkrywcze), ale tam cały film miał z góry nałożoną teatralną narrację i formę, która świetnie współgrała z tymi dialogami. Sprawiała, że nie raziły i pasowały, wyglądały jakby były na miejscu, miały większego powera. I tutaj wracam do kwestii tego, że "Adwokat" działałby lepiej, gdyby Ridley nie przedstawił go tak dosłownie, jako sensację stylu zerowego.

Cytat:Co do NCFOM, było ono spokojne, niewiele się działo (chociaż gdy już się działo, to na całego), mogło się dłużyć. Adwokat idzie krok dalej pod tym względem. Czy to źle? To już pozostaje do własnych przemyśleń.

Z tym nie zgadzam się kategorycznie Uśmiech NFCOM nawet w "spokojnych" momentach, w których nic specjalnego się nie działo, nie był nudny. Ten film swoim "napięciem", swoją surowością i klimatem przyciągał uwagę widza od początku do końca. Nawet w relatywnie "cichych" kawałkach, zawsze było coś na czym widz mógł zawiesić myśli. Adwokat natomiast był w wielu momentach po prostu nudny, fragmentaryczny, rozwleczony. Ten film za dużo wymaga od widza, a za mało daje w zamian. Na pewno nie jest to tak, że Adwokat bierze formę NFCOM i idzie z nią "o krok dalej". On bierze tę samą formę, ale wykonuje ją w bardziej nieporadny sposób.
Fuck the cavalry and the committee that recieves 'em.

Odpowiedz
Cytat:Cieszę się, że w końcu się w czymś zgadzamy.

W końcu? To zabrzmiało, jakbyśmy co najmniej ze 100 postów razem wymienili na tym forum, a ja cię nie znam, człowieku.

Odpowiedz
Proteus, nie chcę się długo rozpisywać, bo nie za bardzo mam teraz czas. Jednak zgodzę się z jednym. Jest to film inny, niż większość tego co widzimy w kinach. I dlatego jednym on podejdzie, a innym nie. Oczekiwania jednych zostały spełnione, a innych nie. Jest to sytuacja podobna, jak w przypadku Only God Forgives. Jedni będą ten film wywyższać pod niebiosa, a drudzy go niemiłosiernie zjadą i zaczną wyzywać od pseudointelektualnych gniotów. Mnie OGF nie poniosło, chwilami wręcz nudziło, jednak nie skreślam tego filmu i kiedyś z chęcią obejrzę go po raz kolejny. I na tym właśnie polega ambitne kino. Nie daje prostych odpowiedzi. I cieszę, się, że takie powstaje, bo inaczej zdani bylibyśmy na same Pacifici Rimy i inne, temu podobne tytuły (wiecie jakie).
Tak więc stwierdzam uroczyście: dla mnie Adwokat obok Spring Breakers zostają najlepszymi filmami, jakie w tym roku gościły w naszych kinach!
Peace

PS. Mental, weź nie bądź taki. Ranisz mnie. Ja tylko szukam przyjaciół....
5 najważniejszych filmów w historii kinematografii: 1. Mulholland Drive 2. Skazani na Shawshank 3. Aż poleje się krew 4. Podziemny krąg 5. 12 gniewnych ludzi

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  








Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości