Co tu dużo się rozpisywać â od miesięcy nie widziałem równie ślicznego, bezpretensjonalnego filmu o miłości. Historia jest z lekka bez sensu: główny bohater (zabójczo przystojny Eric Bana), na skutek pewnych zaburzeń genetycznych, jest w stanie podróżować w czasie, w przyszłość i przeszłość. Nie jest to jednak ani dar, ani jakaś specjalna zaleta ciała, gdyż nad swymi podróżami nijak nie potrafi panować i potrafi znikać ze swojego teraźniejszego życia nagle i nieoczekiwanie. Do tego podróżuje w czasie zawsze bez ubrań, więc przybywając âna miejsceâ, za każdym razem musi szukać ciuchów. Ok., jest to odrobinę zabawne, ale film jest przecież nie o tym.
Historia traktuje bowiem o miłości bohatera, do swojej żony (śliczna jak zwykle Rachel McAdams) i kłopotach, z jakimi musi zmierzyć się jego małżeństwo na skutek jego niezwykłej ułomności. Bohater podróżuje zresztą niemal wyłącznie do momentów silnie związanych z jego przeszłością, bądź przeszłością jego żony. Poznaje ją na przykład w wieku 10 lat, a sama ich miłość rozkwita z biegiem czasu i jego regularnych podróży, kiedy to odwiedza swoją przyszłą-przeszłą żonę na różnych etapach jej życia. To co w filmie chyba najciekawsze, to fakt, że film w zasadzie naszpikowany problemami związanymi z paradoksem podróży w czasie, zręcznie unika pułapek i od strony fabularnej pozwala oglądać się bez ciągłego âno ale przecież to nielogiczneâŚâ. Podróże bohatera są częste i w zasadzie łatwo się w tym pogubić, nie wiedząc do końca czy w danym momencie widzimy bohatera âteraźniejszegoâ, czy też przybywającego z przyszłości/przeszłości. Całość układa się z czasem w dość interesującą mozaikę, w finale dającą widzom zgrabną całość. Nie wiem do końca dlaczego, ale skojarzenia z âMementoâ są tu jak najbardziej na miejscu, choć oczywiście film jest zupełnie inny i o czym innym.
Jak rzekłem jest to prawdziwa historia miłosna â trzeba powiedzieć, że tak naprawdę jest to rasowy, klasyczny i pięknie opowiedziany melodramat, czyli gatunek w zasadzie dogorywający. To nie radosny i głupiutki komrom, a prawdziwa historia o autentycznej miłości, z obowiązkową tragedią w finale (jak to w melodramatach). Film zrobił Robert Schwentke, autor wybornego âFlightplanuâ sprzed kilku lat i to czuć. To zadziwiające, ale oba filmy, mimo różnicy tematycznej i gatunkowej, łączy jakiś bliżej niesprecyzowany klimat wyobcowania i odrealnienia. To łatwiej wyczuć w kinie niż opisać to w krótkim poście, ale tak jest. Niniejszym Schwentke staje się jednym z ciekawszych reżyserów których karierę będę obserwować.
âThe Time TravelerâsâŚâ jest ewenementem jak na standardy hollywoodzkiego kina: brak tu taniego sentymentalizmu, brak happy-endu wciskanego na siłę (choć bardzo âchce sięâ, żeby wszystko skończyło się dobrze, wiedząc tak naprawdę co się wydarzy w finale), brak poprawności politycznej. To kawał ślicznego, niegłupiego, nieco baśniowego kina o miłości i nie należy szukać tu czegokolwiek więcej. Podróże bohatera to po prostu podróże w czasie, nie ma w nich niczego alegorycznego, czy filozoficznego. Melodramat i już.
7/10
22-11-2009, 13:12
Miszczu AVTAKa 2014/18/22
Liczba postów: 30,727
Liczba wątków: 67
Bardzo sympatyczna bajka - naprawdę przyjemny film, a przy tym dość oryginalna historia miłosna. Często zresztą film wychodzi ponad to.
Potencjał nie został jednak wykorzystany wg mnie - samo podróżowanie w czasie Bany powinno być dla niego bardziej kłopotliwe czy nawet niebezpieczne. Niestety poza jednym aresztowaniem i jakąś skromną bójką reszta została potraktowana po macoszemu - ot podróżuje sobie i tyle.
Podobnie wątek z lekarzem - mógł być ciekawy i coś wnosić do całości, a skończyło się na dwóch czy trzech scenach, których równie dobrze mogło by nie być. No i matka - tak ważna osoba dla głównego bohatera, a mamy tylko jedną - magiczną co prawda - scenę. Mogli to zrobić mniej ckliwie, a bardziej dramatycznie. A i choć jedna próba zmiany biegu wydarzeń wyszłaby filmowi na dobre.
Także wszyscy wokół dość łatwo łykają przypadłość głównego bohatera - początkowe zdziwko, otwarte usta, a potem "ok, skoro tak". Luzik.
Wybitnie nie podobało mi się też zakończenie
Bana wiedząć kiedy i od czego umrze (notabene świetny patent z ręką na szybie) nijak nie potrafił się do tego przygotować - przecież widząc tego jelenia mógł dodać 2 do 2óch i położyć się, uchylić, cokolwiek. Ba! Jeleń się spłoszył, Bana wciąż miał sporo czasu na reakcję, a jedynie spojrzał się w stronę przeciwną
Głupie - po prostu. Nawet jeśli wg wcześniejszych słów Bany wynika, że wydarzeń nie da się zmienić, to jednak pokazana to zupełnie nie przekonująco.
Poza tym jednak naprawdę fajny, ciepły i w sumie magiczny film. Obsada dobra (świetna jest ta mała - inna od tych wszystkich Breslinów i Fanningów), bardzo ładne zdjęcia i gra świateł, ładna, stonowana muzyczka w tle, no i ciekawe, nienachalne CGI w wiadomych scenach. W wolnej chwili polecam.
7/10 i chyba sięgnę po powieść
23-11-2009, 20:07
Stały bywalec
Liczba postów: 3,408
Liczba wątków: 23
Sięgnij. Dość dawno ją czytałem , ale pamiętam, że całkiem ciekawie rozegrali tam wpływ przypadłości głównego bohatera na życie jego i jego bliskich, z córką włącznie (geny!). Na film również się wybiorę, skoro oboje polecacie.
Why are you firing wallnuts at me?
23-11-2009, 23:25
Miszczu AVTAKa 2014/18/22
Liczba postów: 30,727
Liczba wątków: 67
no w filmie jest to generalnie pokazane
córka potrafi kontrolować w miarę swoje przemieszczanie się, żona co chwila porania, ojciec prawie się do niego nie odzywa...do czasu, małżeńskie kłótnie wiadomo o co
sęk w tym, że to wszystko chwilami nieco po łebkach
24-11-2009, 04:04
Stały bywalec
Liczba postów: 3,408
Liczba wątków: 23
Cóż, obejrzałem właśnie - i określenie "po łebkach" istotnie najlepiej oddaje charakter tego filmu. Fabuła jako taka zgadza się z powieścią, ale wcięło praktycznie wszystkie szczególiki i smaczki, które w książce uwiarygadniały przypadłość głównego bohatera. Nie daruję zwłaszcza dwóch braków: ograniczenia Gomeza (w książce - super postać) do roli czwartoplanowaj oraz, jakby to powiedzieć, sporego uproszczenia sceny ślubu. No i dość mocno irytujące było niekiedy skracanie świetnych książkowych scen poprzez cięcie dialogów.
W oderwaniu od książki - całkiem przyjemna pozycja. Fajnie że nie przesłodzili, fajnie że nie próbowali za bardzo zdołować widza. Jak dla mnie jest akurat w sam raz: szczęście i tragizm zmieszane w odpowiednich proporcjach. Gdybym nie czytał książki, oceniłbym przynajmniej o punkt wyżej.
6/10
Why are you firing wallnuts at me?
21-01-2010, 02:10
Król świata.
Liczba postów: 1,667
Liczba wątków: 8
U mnie też 6/10. Napisałbym coś więcej, ale myślicie dokładnie tak samo jak ja, więc dodam, że bardzo spodobał mi się plakat. heh...
21-01-2010, 18:37
Rating: Awesome
Liczba postów: 10,313
Liczba wątków: 55
Kurka widziałem z tydzień temu i już praktycznie nic nie pamiętam. Zabrakło filmowi jakiegoś edża, "po łebkach" to rzeczywiście świetne określenie.
Rachel jest śliczna.
22-01-2010, 01:53
Lord Snow
Liczba postów: 2,983
Liczba wątków: 8
podpisuje się. Brakło kilkunastu (-dziesieciu?) minut, większego rozbudowania wątków. A tak wszystko jest przyjmowane ze spokojem, wręcz stoicyzmem. Ot choccy przybywający z przeszłości Henry mowi do Gomeza, ze zostaną wielkimi przyjaciółmi, przy czym przez resztę filmu ten drugi pojawia się ledwo dwukrotnie. Wszystko jest zbyt krótkie, po łebkach. Imo przydałaby sie też mocniejsza charakteryzacja.
Za miły klimat i brak sentymentalizmu 7/10.
22-09-2010, 23:37
Stan Marsh
Liczba postów: 2,163
Liczba wątków: 11
wujo444 napisał(a):Ot choccy przybywający z przeszłości Henry mowi do Gomeza, ze zostaną wielkimi przyjaciółmi
Gomez? Czyli w filmie ten bohater nie jest Polakiem (tak jak w książce)? Po co zmieniać coś takiego? :D
23-09-2010, 17:10
Stały bywalec
Liczba postów: 3,408
Liczba wątków: 23
On w książce nie był Polakiem, ale Rosjaninem chyba... A w filmie facet jest raptem ze trzy sceny, ech...
Why are you firing wallnuts at me?
23-09-2010, 17:14
Lord Snow
Liczba postów: 2,983
Liczba wątków: 8
Gomez pojawia się jako ksywka od słowiańskiego nazwiska ;)
23-09-2010, 21:42
Legions of the Fog
Liczba postów: 2,290
Liczba wątków: 25
Miałem chrapkę na ten film, i przyznam, że dzięki temu wątkowi właśnie mam seans za sobą. Świetny, naprawdę świetny acz - tak jak pisaliście - za krótki i "po łebkach".
Ale to, że chłop sam siebie zastrzelił to mnie zmasakrowało (albo to jego teść?) - nie mógł tego uniknąć, bo pojawił się w złym miejscu i czasie, ale za bardzo tę scenę rozciągnięto
mocne 8/10
loading podpis...
23-09-2010, 22:16
Legions of the Fog
Liczba postów: 2,290
Liczba wątków: 25
Kilka lat później - jakieś 5-6 seansów za mną. 10/10!!!
O ile za pierwszym razem czułem braki w filmie, tak teraz wszystko jest tutaj wspaniałe. Przede wszystkim tempo akcji, które istotnie jest szybkie, ale też doskonale pasuje. W żadnym miejscu nie ma dłużyzny, każda sekwencja jest wyważona i przedstawia tyle, ile jest potrzebne w danym momencie. Są sceny zabójczo szybkie z przeskokami o lata (jak sekwencje po narodzinach Alby) i są takie, które trwają nieco dłużej, aby pokazać charaktery postaci. Bana i McAdams zagrali tutaj fenomenalnie - nie wyobrażam sobie nikogo innego w tych rolach. Rachel przez całą długość film jest taka jakby nieobecna, zamyślona, może przerażona, ale dzięki jej kreacji wydarzenia nabierają zajebistego dramatyzmu. Eric gra w swoim stylu, ale właśnie ten styl leży tutaj doskonale - gdy trzeba jest zagadkowy, a w scenach ciężkich chwyta za serce. I chemią między tą dwójką jest bardzo odczuwalna. Zgrali się rewelacyjnie. Film ma też bardzo dobre zdjęcia i muzykę, montaż oraz obsadę w drugoplanową. W tej chwili to dla mnie najlepszy obraz z wątkiem o podróży w czasie. Oczywiście, polskie tłumaczenie jest z tyłka :(
loading podpis...
10-03-2019, 23:21
Stały bywalec
Liczba postów: 2,194
Liczba wątków: 15
niezły mindfuck w sumie z tego filmu wynika: połapanie się w locie z tymi przeskokami czasowymi pozwoliło mnie ruszyć kilka szarych komórek ale też się gubię i nie wiem, czy wszystko połapałem jak należy. Ma ten film jakiś magiczny flow w montażu, co sprawia że kolejne wydarzenia następują po sobie płynnie, nie czuć zastoju i przez to temat przewodni lśni w ten magiczny sposób. No, coś tutaj jest na rzeczy i wszystko gra. Miałbym kilka uwag, zwłaszcza co do charakteryzacji Henry'ego zwłaszcza po czterdziestym roku życia, lecz mniejsza o taki detal. Zasadniczo, historia jest tragiczna z tego względu, że babka ma zdefiniowaną przyszłość. Oczywiście, jest dialog czy nawet dwa o tym fakcie, ale wbrew jej deklaracji, to ona nie ma za bardzo nic do gadania. Wszystko, czego doświadcza, już nastąpiło. Ciut mnie brakuje w tej historii nacisku właśnie na ten aspekt, który notabane jest w chvj dołujący, jak się spojrzy na jej życie. No i tak, polskie tłumaczenie tytułu jest do niczego właśnie z tego względu.
Co mi się podobało i zrobiło wrażenie niemałe to montaż po narodzinach Alby: bardzo pomysłowo to wszystko zrealizowane i przy tym mocno czytelne. Ale znów: zdjęcia w tym filmie są w ciągłym ruchu, tak i przy montażu "przemijania" czasu reżyser zajefajnie podkreśla ten aspekt sposobem pracy kamery i montażem właśnie.
I Rachel nigdy, ale to nigdy, nie była ładniejsza niż w tym filmie.
Po seansie mam pewien niedosyt. Z jednej strony wszystko fajnie się zazębia i trudno mi się czepić samych wydarzeń, z drugiej jednak historia jest dość lajtowa, miłość jest na pierwszym planie, a przecież życie tej kobiety to wg mnie koszmar przez to ubezwłasnowolnienie. Może przy drugim seansie spojrzę inaczej, ale na tę chwilę dam 7+/10 i looknę na serial, który jak widzę uj3bali po pierwszym sezonie. Może tam wątek kobiety będzie bardziej rozbudowany. Czy tylko ja zauważyłem, jak ten film jest barwnie sfilmowany? Gra świateł, ruch kamery, kolory; te elementy są wręcz na baśniowym poziomie.
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”
24-07-2024, 21:38
|