Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,532
Liczba wątków: 375
jedyny film singera, do którego regularnie wracam.
jedyny film singera, który mam na dvd.
jedyny film singera, w którym zakochałem się od pierwszego wejrzenia i z każdym kolejnym dniem kocham coraz bardziej.
rok produkcji: 1995
obsada: marzenie - byrne, spacey, del toro, s. baldwin, kevin pollack i inni.
scenariusz: wybitny. żadna tam adaptacja znanej i cenionej powieści. oryginalne rękodzieło spod pióra niejakiego christophera mcquarrie. bez przesady ta sama pólka zajebistości co se7en. nie wiem, czy to przypadek czy może efekt zamierzony, ale odnoszę wrażenie, że podobieństwa między obydwoma filmami nie kończą się wcale na postaci kevina spacey'ego.
dialogi: soczyste mięso, zawsze uderzające w sedno, bardzo szybkie, krótkie zdania. można słuchać bez końca. mój faworyt:
My name is Kobayashi. I work for Keyser Soze.
najlepsza scena: nasza wesoła kompania stoi za weneckim lustrem. mają odczytać na głos z kartki zdanie "Hand me you keys, you fuckin' cocksucker", żeby świadek po drugiej stronie mógł rozpoznać sprawcę. glina za szybą wywołuje baldiwna: "Number 2, step forward." baldwin wychodzi przed szereg i mówi... zresztą zobaczcie sami (spojlerów brak): . jestem autentycznie bezsilny wobec tej sceny - podobno aktorzy improwizowali.
podsumowanie: film bez wad, majstersztyk, 10/10.
03-06-2009, 16:57
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-02-2016, 19:29 przez Mierzwiak.)
(+) (+)
Liczba postów: 1,590
Liczba wątków: 19
A to mój faworyt:
Keaton always said, "I don't believe in God, but I'm afraid of him." Well I believe in God, and the only thing that scares me is Keyser Soze.
Ten film to fenomen, nie przychodzi mi do głowy nic w podobnym stylu co by było równie oszałamiające.
A co do Singera, to nie wiem jak gość mógł później kręcić jakieś *-***(cenzura:). Na szczęście zrehabilitował się trochę Walkirią. Warto też zapoznać się z innym jego filmem: Apt Pupil.
03-06-2009, 17:09
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,532
Liczba wątków: 375
Cytat:Ten film to fenomen, nie przychodzi mi do głowy nic w podobnym stylu co by było równie oszałamiające.
w istocie tak właśnie jest.
uprzedzając bieg zdarzeń: w tym topicu milczymy o x-menach.
03-06-2009, 17:12
A potem ten matoł zrobił "X-Menów"...
03-06-2009, 17:33
Stały bywalec
Liczba postów: 3,030
Liczba wątków: 36
Jeden ze sprawców nagłego zalewu twistów we współczesnym kinie(i to nie tylko sensacyjnym) ale od większości późniejszych naśladowców różni się tym, że nawet znając końcową przewrotkę fabularną przy późniejszych seansach bawimy się równie udanie jak za pierwszym razem. Zasługa to tego, że oprócz kapitalnego twistu na koniec zostaliśmy obdarowani wyborną grą aktorską i świetną reżyserią. Co ciekawe, wielce specyficzna kreacja Benicio była jego własnym pomysłem wynikającym z tego, że w scenariuszu jego postać miała znikomą ilość linii dialogowych, więc postanowił w inny sposób zapaść widzom w pamięci. Singer mu na to pozwolił ale nie powiadomił o tym reszty ekipy, więc początkowo jego każde kolejne wystąpienie budziło niemałą konsternację na planie.
Na co jeszcze warto zwrócić uwagę, to na fakt, że zakończenie to nie tylko motyw z kaleką, który okazuje się wcale tym kaleką nie być. Moment jego spaceru po wyjściu jest cholernie filmowy i zapadający w pamięci, ale przy kolejnych seansach najciekawsze w tym jest to, że w finale lwia część tego co słuchaliśmy/oglądaliśmy to był zwykły bullshit. Razem z policjantem byliśmy traktowani jak łosie z którymi się pogrywa i opowiada bajkę do poduszki, wymyślając miejsca, nazwiska i fakty na poczekaniu. Wszakże niemalże cała konstrukcja fabularna to jest zabawa Kinta, który widząc, że jego oponent ma już od dawna ustaloną wersję wydarzeń do której stara się wszystko dopasować, wykorzystuje to, wodząc frajera za nos. Najpierw stopniowo przekonuje go do tego, że się myli, żeby na koniec tym mocniej utwierdzić go w jego przekonaniu o winie Keatona. I jak się okazuje, że to była bujda, to kumaty widz zaczyna się zastanawiać ile z tego co widział było jedynie kreacją sprytnego Kinta i wbrew pozorom nie jest to w pełni oczywiste nawet po kolejnych seansach. Fajne, produkt wielokrotnego użytku a to nieczęste w filmach opartych na końcowych twiście.
03-06-2009, 17:38
Stały bywalec
Liczba postów: 13,331
Liczba wątków: 77
W sumie nic dodać nic ując. DZIEŁO, zachować dla potomnych. Warto zapamiętać i wbić do głowy, że film jest made in 1995 :) A co to oznacza, ten chyba każdy wie.
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
03-06-2009, 17:40
Tyler Durden napisał(a):najciekawsze w tym jest to, że w finale lwia część tego co słuchaliśmy/oglądaliśmy to był zwykły bullshit.
To nie do końca tak. Nie lwia częśc, tylko wszystko. Dokładnie wszystko to jedna wielka zmyła, dopasowana do kilku nieistonych szczegółów które zna policja.
I to mnie walnęło po seansie, bo czegoś takiego wcześniej w kinie nie widziałem. Nie widziałem filmu, który w finale powiedziałby mi, że tak naprawdę to nie wiem nic, dokładnie tylko tyle ile na samym początku mi pokazano. Że dałem się oszukać. Tutaj mógłbym się wkurzyć, że po co mi film, który nie daje nic i jeszcze wyprowadza w pole. I to jest tutaj najlepsze - ale jak to wyprowadzenie w pole jest zrobione...
Jeśli miałbym "Usual..." do czegoś porównać, to zdecydowanie do "Memento", gdzie bohater na początku filmu, (dla nas na końcu, albo odwrotnie, jak kto woli) jest w podobnej sytuacji jak my, widzowie, po projekcji "Usual..." - nie wie nic i jest mu z tym tak bardzo dobrze. :)
03-06-2009, 17:54
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,532
Liczba wątków: 375
zacytuje klasyka: For the first time ever, you and I are in total agreement.
;)
03-06-2009, 18:50
Też czuję wstręt. :)
03-06-2009, 19:18
Banned
Liczba postów: 3,333
Liczba wątków: 35
"The biggest trick the devil ever pulled on the world was convincing it that he doesn't exist"
i tyle. nie ma co pieprzyć to trzeba oglądać <ok>
03-06-2009, 21:34
Stały bywalec
Liczba postów: 3,408
Liczba wątków: 23
Rewelacyjny film, który oprócz oczywistych atutów w postaci aktorstwa i reżyserii oferuje jeszcze cwaną grę z widzem. interesujące (chociaż nie jestem pewien, czy celowe) studium odbioru opowieści - czy to filmowych, czy ksiażkowych. w finale reżyser kpi z widzów w żywe oczy: wszystko, co zobaczyliście, było ściemą. Ale i tak wracamy do tego filmu. od przebiegu fabuły bardziej cenimy emocje czy zabawę, którą opowieść może nam dostarczyć. w finale jesteśmy w punkcie wyjścia, wiemy niewiele więcej, niż na początku, jednak jest to opowiedziane w taki sposób, że przy następnym seansie i tak dajemy się - po raz kolejny - oszukać. naprawdę mocny debiut Singera.
A, również polecam forumowiczom Apt Pupila. jedna z najbardziej niedocenionych adaptacji Kinga, jakie widziałem.
Why are you firing wallnuts at me?
04-06-2009, 08:00
Nowy
Liczba postów: 166
Liczba wątków: 1
"Public Access" to debiut Singera, "Podejrzani" to jego drugi pełnometrażowy film. Oprócz intrygi i końcowego twistu jest jeszcze jedna rzecz, o której nikt nic nie mówi. To postać Keysera Soze. Nie przypominam sobie, żeby w innym filmie tak skrupulatnie, precyzyjnie i niespiesznie został zbudowany mit postaci, która na ekranie się nie pojawia. Widz sam już nie wie z czym ma do czynienia, czy to człowiek czy półbóg, zjawa czy koszmar. Fakt faktem, jest w tej postaci coś nadludzkiego, coś niewytłumaczalnego. Świetnie pasuje tu tekst Agenta Beara "Może to symbol, oznaka czasów kiedy nazwisko miało jakieś znaczenie." Nie wiem jak to jest, ale w każdym innym filmie próby budowania mitu postaci na reakcjach normalnych ludzi kończą na wiarygodności dramatycznej wiewiórki. Tu jest inaczej, a muzyka Ottmana bardzo w tym pomaga.
04-06-2009, 10:21
pernikovy tatko
Liczba postów: 3,369
Liczba wątków: 30
Gdy obejrzałem pierwszy raz, dałem tylko 8. Potem przez parę tygodni dochodziło do mnie jakie dzieło obejrzałem-teraz wystawiam mu murowaną dychę. Więcej już nic nie napiszę, bo musiałbym się po was powtarzać.
: )
Dziś obejrzałem 2 raz i znów zostałem koncertowo zrobiony w ch..a. Well done, mr. Singer
08-05-2010, 11:23
Stały bywalec
Liczba postów: 12,508
Liczba wątków: 29
Ale super film!
Świetne wprowadzenie z refleksami światła na wodzie kończące pierwszym spotkaniem Keysera Soze (nawet głos miał inny niż prawdziwy, tak pogrywa Singer). Mimo, iż widz wciąż jest wodzony na manowce, to w kilku momentach widać subtelne wskazówki zdradzając jego prawdziwe oblicze i jego plan. Z aktorstwa zaskakujący dla mnie był Stephen Baldwin, którego wcześniej znalem z gównianych komedii. W dodatku te dialogi i sceny zabijania. Kurde, nie umiem pisać o dobrych filmach.
PS. Teraz wiem, skąd wzięto końcówkę "Scary Movie" :) (aha, tam twist był jeszcze lepszy)
14-09-2015, 13:35
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-09-2015, 13:36 przez OGPUEE.)
Banned
Liczba postów: 34,153
Liczba wątków: 77
Możecie mnie zbanować, znienawidzić i wysyłać listy z pogróżkami, ale... spłynęło to po mnie całkowicie. Intryga jak dla mnie beznadziejna, bo opiera się na wierze reżysera, że po pierwszej scenie ja, widz, będę chciał wiedzieć "jak to się stało?!", tylko że ja nie chciałem tego wiedzieć, bo pierwsza scena nie pokazała mi kompletnie nic ciekawego. Jakiś gostek, którego twarzy nie pokazano zabija innego gostka, o którym nic nie wiem. Phi, no i? A że cała reszta filmu bierze się z właśnie z wyjaśniania jak doszło do tego wydarzenia, wskazówka Give-A-Fuck-O-Metru przez cały seans wskazywała ZERO. Twist? Sorry, ale jest debilną grafomanią, twistem dla twistu, ale przynajmniej wiem już skąd inspirację czerpały te wszystkie filmy próbujące zaskoczyć podobnie rozegranymi woltami. MEH!
21-02-2016, 19:28
Stały bywalec
Liczba postów: 12,508
Liczba wątków: 29
(21-02-2016, 19:28)Mierzwiak napisał(a): ale przynajmniej wiem już skąd inspirację czerpały te wszystkie filmy próbujące zaskoczyć podobnie rozegranymi woltami. MEH!
Nie zapominaj o pierwszym "Scary Movie".
Do twistu nie mam żadnych zastrzeżeń i jak wspomniałem dali subtelne wskazówki, iż z bohaterem Kevina Spaceya jest coś nie tak. (odpycha bez problemu Kujana chorym ramieniem, klnie pod nosem, gdy pojawia się nazwisko Keysera Soze czy to gapienie się w ścianę)
21-02-2016, 22:14
Captain Skullet
Liczba postów: 20,308
Liczba wątków: 128
Z braku pomysłu co oglądać, odpaliłem dzisiaj na Netflixie. Jakos tak po 20 minutach przypomniało mi się, że już kiedyś widziałem ten film i że za pierwszym razem kompletnie mi nie podszedł. 20 minut później stwierdziłem że i tym razem wcale nie jest lepiej, bo film totalnie przelatywał gdzieś obok, więc wyłączyłem w cholerę no i tyle z oglądania tego dzieła.
28-01-2021, 03:25
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28-01-2021, 16:05 przez Gieferg.)
Stały bywalec
Liczba postów: 2,992
Liczba wątków: 0
Wreszcie jakaś bratnia dusza!
Oglądałem ten film jakieś 8-10 lat temu i wynudziłem się konkretnie. Jest tam też jedno z najbardziej przewidywalnych "zaskakujących" zakończeń, które od początku było dla mnie boleśnie oczywiste. Potem wszedłem na Filmweb, żeby poczytać opinie, i zobaczyłem, że ludzie dzielą się głównie zachwytami, jak to końcówka ich zmiotła. Dziwny jest ten świat.
28-01-2021, 14:30
There Can Be Only One!
Liczba postów: 10,907
Liczba wątków: 15
Heh mam to samo, okropnie naciągany film - nie rozumiem fenomenu.
28-01-2021, 15:01
Captain Skullet
Liczba postów: 20,308
Liczba wątków: 128
Jak tylko padło nazwisko Soze, przypomniałem sobie twista i odechciało mi się oglądać.
28-01-2021, 15:18
|