przypadkiem natrafiłem na slasherowy serial w 13 odcinkach.
Harper's Island, bo taki nosi tytuł, dzieje się na tajemniczej wyspie podczas przygotowania do wesela. Siedem lat wcześniej maniakalny morderca w wyszukany sposób mordował ludków, a żywot - jakże bujny - zakończył od kul miejscowego szeryfa. Po tym czasie cała rodzinka zjeżdża się na ślub Trish (Katie Kasidy) i Henry'ego (Christopher Gorham) i zaczynają sobie ginąć w wyszukany sposób.
Serial jest słabo-fajny i, choć nie skończyłem go oglądać (odcinek 7 za mną) wiem, że ta tendencja średniości zostanie przełamana i będzie lipa wraz z 13-tym odcinkiem. A sprawa ma się tak:
Wprowadzenie do historii jest bardzo klimatyczne, wręcz obiecujące. Postaci, trendy wymuskani młodzi ludzie (babki to modelki, faceci to modele), ale aktorsko są przekonywujący i dobrze dobrani do swoich ról. Można powiedzieć, że wszystko jest cliche, bo po prostu jest. I tu pierwszy zarzut. O ile klimat i fabuła na początku wciąga, to w każdym odcinku odsłaniane są nieudolności na stanowisku reżyserskim i montażowym. Pierwszy pan kreuje napięcie poprzez skoki w lokacjach/akcji dosłownie jak w serialu Moda na Sukces (Sic!), drugi zapomniał/przysnął (?) jak się montuje dynamicznie i wiele, bardzo wiele scen kończy się, na zasadzie "to chyba już utnę tę scenę", czemu towarzyszą dziwaczne najazdy kamery na ziemię, kamienie, niebo, drzewko. To główna bolączka od strony technicznej -i oczywiście największym bólem jest cięcie sceny (to chyba naleciałość z bloków reklamowych w uesej), aby po sekundzie powrócić do tejże sceny/akcji.
Niby to sprawy techniczne, jednakże mocno wpływają na odbiór serialu. A jest co odbierać, bo i pomysłowość mordercy jest wysokich lotów, sceny trupów, latających członków, zmasakrowanych ciał mogą się podobać i są ukazane sugestywnie, ale i efektownie. Zagadka natomiast rozwija się powoli (to akurat plus) i kolejni podejrzani wyłaniają się z kapelusza na malutkiej wyspie. Scenografie zostały dopracowane, makeup i charakteryzacja także, w zasadzie na każdej płaszczyźnie technicznej (za wyjątkiem w/w montażu i kulejącej reżyserki) film prezentuje się bez zarzutu. Zaś co się tyczy zagadki i morderstw, to o ile pod kątem efektowności czy scen gore jest w porządku (jak na serial), to kolejne głupotki zaczynają irytować. I tu ciekawostka - spodziewałem się tego więcej, bo zostałem przyzwyczajony do tego, że jak ktoś zginie w takim filmie, to zaraz robi się nagle lekko i wesoło - a tu nie, jest coraz gorzej a obraz paranoi zaczyna wirować w zawrotnym tempie.
Słowo o obsadzie. Katie Kasidy mogła by być moją żoną, ale że tyle dziewucha pracuje, to sobie odpuszczę, no nie? Śliczna, że ło matko. Ale gra także dobrze - wyciska z postaci ile się da. Kolejni aktorzy wypadają bledziej, oj znacznie bledziej (choć to nadal dobry poziom), ale z kolei dwie kolejne kreacje pozwalają poczuć klimat: siostra Katie w osobie Elaine Cassidy oraz malutka i zarazem FENOMENALNA Cassandra Sawtell - dziewczynka po prostu rozsadza ekran swoją charyzmą a przy tym jest bardziej tajemnicza niż cała wyspa Harpera. Protagonista w postaci Dunn'a to drewno i
miło będzie popatrzeć na jego zgon
A teraz najgorsza wada filmu: Jak to zwykle bywa w tego typu produkcjach opowiadających o małomiasteczkowej społeczności, jest sobie setka trupów i JEDEN szeryf. Nie wiem, może jest jakieś prawo w USA nakazujące samodzielne krucjaty i śledztwa, ale wg mnie to gruba, bardzo gruba przesada. Ginie trzynaście osób w tak okrutnych męczarniach a szeryf nawet nie zadzwoni po jakieś wsparcie? Tym bardziej, że zagrożenie jest dosłownie za rogiem.
Będę to dalej oglądać - liczę na fajerwerki, choć im bardziej się akcja rozkręca, klisze zaczynają kłuć w oczy.
Martini, wątek o wyspie już był, więc połączyłem oba :)
loading podpis...