Birdman (reż. Alejandro González Iñárritu)
Tak, to jest między innymi film o Mike'u. To jest film o relacji pomiędzy sztuką i popkulturą, o tworzeniu, o istocie aktorstwa, o Rigganie oczywiście i jego kryzysie, który jest przedstawiony poprzez odniesienie się do tych wszystkich pojęć. Więc, jeżeli dana scena mówi coś o Mike'u, to mówi także o głównym bohaterze.

Odpowiedz
A co i w jaki sposób osobowość Mike'a mówi nam o Rigganie? Że Mike jest naprawdę inny, albo nie wie który Mike jest prawdziwy - ten sceniczny czy ten realny? To że Riggan ma problemy z określeniem kim i jaki jest i co jest rzeczywiście realne, to my wiemy i bez sceny dachowej Mike.

W ogóle tekst Mike z próby "Nie wiem kiedy jestem prawdzwy" podany na poważnie uważam za mocno dęty. Jest to tak klasyczna gadka, że o jej wykorzystanie aż się prosiło w filmie o aktorze przeżywającym kryzys. Wraz z rodzeniem ról, stawaniem się postacią i tym podobnymi perełkami stanowi stały repertuar filmów o aktorach ( "Tropic Thunder" ostatnimi czasy, tam Downey Jr. i Ben Stiller mieli równie poważny, jak nie poważniejszy kryzys niż Keaton ).

Ten film jest w takim samym stopniu filmem o relacjach między popkulturą a sztuką wysoką jak "Obywatel Kane" jest filmem o tym jak prasa nas dezinformuje.

Zdaje się że zaczynam coraz bardziej rozumieć Oleszczyka, to teatralne zadęcie, wspaniała forma, świetne dialogi mają tworzyć wrażenie że jest to film o rzeczach wzniosłych. Sztuka przez duże S. Aż dziw że tak dużo ludzi daje się na to nabrać podczas kiedy szyderstwo z "wielkiej sztuki aktorskiej" wyłazi z co któregoś tam kadru.

Nie kupuję tego wszystkiego na poważnie. Ten film szczęśliwie jest tragifarsą. Inna opcja jest taka że ja widzę groteskę tam gdzie jej nie ma i wtedy tego okrutnie pretensjonalnego gniota ratuje jedynie montaż i zdjęcia, bo aktorzy też zawiedli jako że styl ich gry wyraźnie nie przystawał do emploi postaci.
myś gryźli, proud to be a member of Forum KMF Film.org.pl since Jan 2015.

Odpowiedz
(10-02-2015, 23:22)myś gryźli napisał(a): Zdaje się że gadka dotyczyła głównie problemów scenariusza i do tego się odnosiłem.

Nie stary, Ty przeskoczyłeś rekina o dobre sto jardów, rozpieprzając proste w sumie kino na jakieś abstrakcyjne czynniki pierwsze, godne podobnych bredni na temat "dlaczego Mona Lisa się uśmiecha i czemu akurat do mnie". Po prostu przeartyzowałeś sam film, przy okazji, jak widzę, nie raz i nie dwa nie wiedząc w ogóle o czym jest.

(10-02-2015, 22:23)myś gryźli napisał(a): Nie trzeba w kółko pokazywać Riggana z córką, żoną, kochanką, a nawet konkurencją w sytuacji kiedy te spotkania w zasadzie niczego nowego do postaci nie dopisują.

Oczywiście, że dopisują profesorze - jak nie do Riggana per se, to do innych postaci oraz, ogółem, do relacji między nimi, które potrafią (uwaga, uwaga!) zmieniać się w czasie trwania historii.

Cytat:Wątki poboczne a Riggan - jako "zanurzenie" bohatera w środowisku.

Chyba musisz wyjaśnić to "zanurzenie", bo z tego co piszesz wynika, że scenariusz jest zły, bo ukazuje świat w jakim bohater egzystuje. No po prostu ROTFL.

Cytat:Portretowanie światka wokół Riggana jest lekko z czapy kiedy dochodzimy do rodziny.

...ponieważ?

Cytat:Wątki żonino- kochankowe to sprawa po wierzchu, niby są istone ale wcale nie są - rozbicie na dwie postacie zamiast jednej sercowych spraw bohatera może miało wzmocnić poczucie chaosu w jego życiu, ale jest tylko mało potrzebnym mnożeniem postaci.

No to patrz, tak jak w życiu - po rozwodzie twoja żona niby jest istotna, ale już nie jest znacząca. Czy miało to wzmocnić poczucie chaosu? Raczej pokazać w jakim punkcie w życiu Riggan się znajduje. Namnożenie postaci? Biorąc pod uwagę, że kochanka i tak gra w tym przedstawieniu, to wychodzi na jedno. A żona musi być - raz, co by przywołać przeszłość z nieco innej perspektywy, a dwa, iż rzuca to też światło na córkę i w ogóle na to, jak to u Rigganów jest/było. Poza tym - o ile dobrze pamiętam, bo film widziałem kilka miechów temu - scena z żoną, to bodaj jedyny moment spokoju bohatera. Więc tak, to wszystko jest potrzebne, nawet jeśli niektórzy tutaj miszczowie scenariopisarstwa uważają inaczej.

Cytat:z pewnym zdziwieniem przyjąłem do wiadomości fakt, że dla wielu osób ten film nie jest komedią. Dla mnie zawsze był tragifarsą

Tragifarsa =/= komedia - taki pyś, jak Ty, co to używa wielu skomplikowanych słów, powinien chyba takie rzeczy wiedzieć. Poza tym nie, ten film nie jest stricte komedią - jedynie bywa śmieszny/farsą/groteskowy czy nawet swego rodzaju satyrą.

Cytat:Nie da się im przypisać bergmanowskiej czy kieślowskiej zadumy nad życiem

WTF?

Cytat:Czy te postacie są realistyczne?

Tak. Słyszałem, że na jednym z seansów w Meksyku, Birdman wyszedł nagle z ekranu i zaczął mordować. Bożesz...

Cytat:Nie , ale są wiarygodne. Pewnie dlatego ludzie angażują się, kibicują itd.

Wow - to Twój pierwszy film w życiu czy jak? Bo takimi wnioskami wgnieciesz zaraz w ziemię Kapitana Oczywistego, a to przechuj jest.

Cytat:Podstawa scenariusza czyli śmieszno - żałosne historia: facet o ego władcy galaktyki, przechodzący kryzys wieku średniego postanawia zaryzykować wszystko żeby znowu zaistnieć

To nie jest podstawą tego filmu akurat - już Ci ktoś napisał co jest.

Cytat:Świeżość pomysłu

Ale Birdman nie miał być żadną świeżością pomysłu, czy nawet, o zgrozo!...

Cytat:łamanie stereotypów i zasad scenopisarstwa tylko próba zamęczenia widza.


To nie o to tu chodziło. Birdman zachwyca przede wszystkim formą, plastycznością i znakomitym rytmem, który świetnie wykorzystuje ograne schematy. Tcha świeżego ducha w ograną opowieść.

Cytat:Tu szafują kawiorkiem zbyt obficie.


Czyli zarzucasz scenariuszowi, że ma zbyt dobre dialogi. Nie ogarniam tego.

Cytat:Umiejętność zaskoczenia w obrębie sceny

No tak, bo każdy film to zaskoczenie w obrębie sceny. Chyba pomyliłeś Inarritu z Shyamalanem. Albo myślisz, że pomyliłeś Inarritu z Shyamalanem i to miało być śmieszne. Nie jest nawet tragifarsą.

Cytat:Analogie do współczesności

Nie wiem, jak głęboko trzeba mieć kij w dupie, by cały czas czepiać się tego, że w jakimś tam dialogu, ktoś tam wspomniał obecną gwiazdę czy film [pozdro military] - no po prostu rozkłada to screen story na łopatki. Co innego, gdyby były odniesienia do Iliady albo Casablanci - wtedy Birdman żyłby wiecznie w naszych umysłach!

Bo jeśli zarzucasz odgórnie, że film opiera się na (w domyśle) Batmanie-Keatonie, to już brak mi słów. Równie dobrze mógłbyś zarzucać to każdemu filmowi z ówczesną/aktualną gwiazdą w obsadzie (choćby Wszystko o Ewie). I za każdym razem polegniesz, jak Krzyżacy pod Grunwaldem. A ja tam będę potem chodził i pchał dzidą niedobitków w dupsko.

Cytat:To tani trick

[Obrazek: bill-hader-kristen-wiig-fake-laugh.gif]

Dave. Stop, Dave.

Cytat:Uchodzi przy animacjach Pixara, przy filmie "aspirującym" to jest raczej żenua.

Och, co za zbieg okoliczności - to tak samo, jak Twój post :)

Cytat:Rozstrzelany bo niektóre wątki są po prostu zbędne do budowania historii, niczemu nie służą

Ty wiesz najlepiej, dziadku.

Cytat:Teatralność sama w sobie nie jest wadą ale w połączeniu z nadmierną ilością "wszystkiego dobrego" nie czyni ze scenariusza "Birdmana" czegoś naprawdę dobrego,

I vice versa - nie czyni go złym, jeśli jest dobrze, ponadprzeciętnie zapodany. Może dlatego, mimo tego przegadania i "teatralności", to jest kino pełną gębą - fantastycznie zrobione po prostu. A Ty - i paru innych - doszukujecie się tu jakiegoś Jamesa Joyce'a czy Hemingwaya (swoją drogą też przereklamowane chłopaki, a Stary człowiek i może ostro przynudza - no, ale tym się dzieci zamęcza, choć połowa nie ogarnia jeszcze wtedy o co kaman).

Cytat:Gdyby ten film nie był tak świetnie formalnie zrobiony, a przede wszystkim tak dobrze zagrany, to z gołym scenariuszem nigdzie by nie wywoływał ochów i achów.

Argument, który mogę równie dobrze odnieść do Godfathera, Casablanci, Przeminęło z wiatrem, Czasu Apokalipsy... może dlatego film ocenia się, jako całość i chwali za wrażenia, jakie na nas wywarł, emocje, jakim nas poddał i wszystko to, czym do nas przemówił, a nie szuka dziury w całym i bawiąc się w kiepskiego filozofa bierze scenariusz pod lupę i z akcentem godnym angielskiego lorda wylicza: "ta scena mi się nie podoba, albowiem kwiatek był w niej zbyt czerwony"; "z kolei druga scena od końca jest mało wiarygodna, gdyż żaden szanujący się gentleman nie użyłby takiego słowa", etc.

Stąd nagonka na Oleszczyka, który przekreśla film tylko dlatego, że ma odmienny światopogląd i zamiast napisać wprost, że jest gejem/gimbazą/polskim krytykiem/genderem czy innym chujem, próbuje ubrać swoje mało wyważone stwierdzenia w piękne słowa, zamiast po prostu napisać, że boli go dupa, bo zjadł nie tego pączka co trzeba. Stąd też teraz Ty prowokujesz innych swoimi teoriami (bo na Crova nikt już raczej poważnie nie reaguje ;).

pozdro-pochwa
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
Cytat:To że Riggan ma problemy z określeniem kim i jaki jest i co jest rzeczywiście realne, to my wiemy i bez sceny dachowej Mike.

Może i wiemy, ale takie sceny jak ta dopełniają ładnie tą wiedzę.

Cytat:( "Tropic Thunder" ostatnimi czasy, tam Downey Jr. i Ben Stiller mieli równie poważny, jak nie poważniejszy kryzys niż Keaton ).

Serio?

Cytat:Ten film jest w takim samym stopniu filmem o relacjach między popkulturą a sztuką wysoką jak "Obywatel Kane" jest filmem o tym jak prasa nas dezinformuje.

Skoro tak uważasz... Ja tam mogę wyciągnąć z filmu bardzo dużo na ten temat - np. obserwowanie jak ta kiepska sztuka grana przez Riggana zmienia się w czasie przedpremier i czym staje się w finale. Dzięki pijanemu Mike'owi i Rigganowi w majtkach wzbudza zachwyt, który ma raczej więcej wspólnego ze śledzeniem Pudelka niż z kontemplowaniem dzieł van Gogha. Ale potem główny bohater zaczyna się coraz bardziej utożsamiać z przedstawieniem i te banalne teksty o miłości zyskują jednak autentyzm dzieła sztuki. A potem następuje finał i krytyczka spuszcza się nad spektaklem, bo Riggan zrobił to, co zrobił :)

I choć w filmie Mike jest pokazany jako lepszy aktor, to właśnie Riggan wynosi spektakl na wyższy poziom, paradoksalnie dlatego, że mało gra, a po prostu jest sobą. To fascynujące, że ten problem przenosi się na inną płaszczyznę - Norton jest lepszym aktorem niż Keaton, ale Keaton jest autentyczny i stanowi o sile Birdmana, choć może bardziej utożsamia się z Rigganem niż go kreuje?

Cytat:bo aktorzy też zawiedli jako że styl ich gry wyraźnie nie przystawał do emploi postaci.

Że co? Nie zgadzam się z tym, ale jeżeli nawet dostrzegasz coś takiego, to bardzo dobrze. W końcu Birdman jest o aktorstwie, o graniu jako kłamstwie i o prawdzie życia (albo na odwrót).

Cytat:W ogóle tekst Mike z próby "Nie wiem kiedy jestem prawdzwy" podany na poważnie uważam za mocno dęty.

Na papierze może i brzmi to pretensjonalnie i nadęcie, ale w filmie każda potencjalna pretensja jest gaszona przez ten mocno ironiczny charakter całości.

Odpowiedz
Apropo tego co o scenariuszu mówił Crov. Po części się zgadzam.
Nie chodzi o "regułki z podręcznika pisania scenariusza".

"Birdman" jest podany bardzo chłodno, w sposób wbrew temu co się dzieje na ekranie bardzo odarty z emocji. Możnaby przyrównać pod tym względem - z lekką przesadą - do "Foxcatcher".
Mamy poruszającą w założeniu historię która przez scenariusz nie porusza. Miałem wrażenie, że sama opowieść byłaby nużąca gdyby nie świetna reżyseria - efektowna praca kamery - i gdyby nie Keaton z Nortonem.
Film byłby moim zdaniem lepszy, gdyby udało mu się zawrzeć emocje i trochę lepiej wniknąć w odczucia, emocje i motywacje głównego bohatera.

Bo odnoszę trochę wrażenie, że dużo osób podwyższa mu ocenę przymykając oczy na wady właśnie ze wględu na to ciągłe ujęcie i Keatona/Nortona. Dlatego osobiście obniżyłem ocenę z 10- do 9/10.

Myś napisał(a):Zdaje się że zaczynam coraz bardziej rozumieć Oleszczyka, to teatralne zadęcie, wspaniała forma, świetne dialogi mają tworzyć wrażenie że jest to film o rzeczach wzniosłych. Sztuka przez duże S. Aż dziw że tak dużo ludzi daje się na to nabrać podczas kiedy szyderstwo z "wielkiej sztuki aktorskiej" wyłazi z co któregoś tam kadru.

Przestań już się wiecznie powoływać na tego Oleszczyka. On nie jest żadnym wyznacznikiem słusznej opinii.

Myś napisał(a):Ten film jest w takim samym stopniu filmem o relacjach między popkulturą a sztuką wysoką jak "Obywatel Kane" jest filmem o tym jak prasa nas dezinformuje.

Nie? Ile seansu i uwagi poświęcił "Obywatel Kane" dezinformacji prasy a ile "Birdman" poświęcił relacjom między popkulturą a sztuką? Toć w Birdmanie to jest osią fabularną, wokół której wszystko się obraca, a "Obywatel Kane" skupia się na wielu innych wątkach w tym przede wszystkim na tytułowym bohaterze - któremu wątek "dezinformacji prasy" ani nawet sama prasa nie spędza snu z powiek.

Myś napisał(a):( "Tropic Thunder" ostatnimi czasy, tam Downey Jr. i Ben Stiller mieli równie poważny, jak nie poważniejszy kryzys niż Keaton )

Że jak?

Myś napisał(a):Inna opcja jest taka że ja widzę groteskę tam gdzie jej nie ma i wtedy tego okrutnie pretensjonalnego gniota ratuje jedynie montaż i zdjęcia, bo aktorzy też zawiedli jako że styl ich gry wyraźnie nie przystawał do emploi postaci.

Już nawet aktorzy zawiedli? Utrzymując cały film na swoich barkach (wspomagani przez montaż)?

Odpowiedz
O, super, dochodzimy do momentu, w którym scenariusz wini się również za brak emocji, chociaż jest to rzecz czysto subiektywna, a jednak podajesz ją jako fakt w sposób równie irytujący, co cudze opinie o Jupiterze którego nie oglądałeś.

Co dalej, "argument" w postaci nudy? Czekam, na pewno stać cię na jeszcze mniej.

Odpowiedz
Mierzwiak napisał(a):O, super, dochodzimy do momentu, w którym scenariusz wini się również za brak emocji, chociaż jest to rzecz czysto subiektywna, a jednak podajesz ją jako fakt w sposób równie irytujący, co cudze opinie o Jupiterze którego nie oglądałeś.

No teraz to odkryłeś Amerykę. Rzecz czysto subiektywna na forum filmowym, kto by pomyślał, że coś takiego istnieje.
A jeśli irytuje Cię inna opinia od Twojej to problem masz Ty, a nie ja. ;)
I by the way niezbyt mnie obchodzi co Cię irytuje a co nie.

Na szczęście Ty operujesz tylko naukowymi faktami i czystym obiektywizmem.

Argument o subiektywiźmie uważam za jeden z najtańszych. Ostatnio właśnie w ten sposób widziałem jak fani "Kac Wawy" bronili swój film.
"To czysto subiektywne! Wszystko jest czysto subiektywne!"

Wracając do tematu - ten chłód scenariusza i zresztą samych zdjęć jest chyba najczęstszym zarzutem wobec "Birdmana". Przez który u wielu widzów nie wywołuje emocji i miejscami nuży.

Mierzwiak napisał(a):Co dalej, "argument" w postaci nudy? Czekam, na pewno stać cię na jeszcze mniej.

To co napisałem było mniej ogólnikowe. Na pewno stać Cię na mniej agresywne prowadzenie dyskusji.

Odpowiedz
Jeśli nie zauważyłeś co zrobiłeś, to cię oświecę:

od opartej na obiektywnych konkretach dyskusji na temat scenariusza Birdmana, jego wątków, postaci, podejmowanej tematyki przeskoczyłeś do chłodu i braku emocji.

WTF?

I te chłodne zdjęcia, serio? W filmie, w którym kamera praktycznie cały czas przyklejona jest do bohaterów i unika typowo filmowych zabiegów jak panoramy miasta czy zimne, minimalistyczne, statyczne kadry? Brednie, brednie, więcej bredni.

Odpowiedz
myś gryźli napisał(a):Pierwszy jak się okazuje nie znaczy ostatni,
no nie ostatni. i o to właśnie chodzi że ujęcie finałowe brzmiałoby ciut inaczej gdyby nie zaznaczone wcześniej skłonności córki do igrania z wysokością.

myś gryźli napisał(a):a o stosunku do córki więcej mówi sam Riggan, moim zdaniem tę scenę można było spokojnie pominąć bez żadnej szkody dla budowania postaci w filmie.
no, przepraszam, ale riggan nie ma pojęcia jak córka go odbiera i czego od niego oczekuje. myślisz ze to nieistotne dla filmu? czy że to jej wszystko jedno czy riggan sprzeda jej domek by sfinansować gażę mike'a i odnieść sceniczny sukces?

myś gryźli napisał(a):Ta, ale to nie jest film o Mike'u.
tzn. że sceny bez riggana są kompletnie niepotrzebne? c'mon...




Odpowiedz
Mierzwiak napisał(a):od opartej na obiektywnych konkretach dyskusji na temat scenariusza Birdmana, jego wątków, postaci, podejmowanej tematyki przeskoczyłeś do chłodu i braku emocji.

No dobrze.

Scenariusz jest analizą postaci - stąd pewna niespójność, przeskakiwanie z wątku na wątek i wrażenie "spontaniczności" wydarzeń, choć zapewne są bardzo precyzyjnie zaplanowane.
Bohater chce się zabić, co jest skwitowane najpierw żartem a potem lataniem przez miasto. I tak jest z wieloma momentami.
Przeskakiwanie z wątku na wątek, postaci na postać, w połączeniu z tym klimatem groteski i dystansu do postaci, doprawionym sporą dawką ironii odbiera napięcie, poczucie wysokiej stawki albo emocje.
Bohater sam nie wie czego chce (kusi go i bycie artystą i bycie blockbusterowym gwiazdorem), a jego zachowania są skryte pod maską sarkazmu, obojętności i szaleństwa. Wszystko zaprawione muzyką która nie ma na celu budowania napięcia ani wzmocnienia emocji. Ona tylko podkreśla bałagan.

Zabrakło paru bardziej ludzkich momentów, w których kamera na dłużej skupiła się na głównym bohaterze i na serio spróbowała pokazać jego emocje. Żeby trochę podbudować dramatyzm - dałoby się to zrobić subtelnie. I żeby widz mógł się z nim choć trochę bardziej utożsamiać, bardziej mu kibicować. Nie poprzez palenie zioła, lot przez miasto, albo gadanie z człowiekiem-ptakiem.

Również przed występami możnaby nieco podbudować napięcie.

Uważam, że można było to spokojnie zrobić nie zmieniając klimatu całego filmu. Bo tak mamy taki groteskowy, odrealniony film o filmie/sztuce.
Ale - jednocześnie nie ma w nim dużych emocji, nie ma dużego napięcia, ani nie jest zabawny. Nie wynagradza też tego jakąś odkrywczą puentą, albo interesującymi przemyśleniami.

Pozostaje bardzo ładne opakowanie z dość słabym nadzieniem.

Mierzwiak napisał(a):I te chłodne zdjęcia, serio? W filmie, w którym kamera praktycznie cały czas przyklejona jest do bohaterów i unika typowo filmowych zabiegów jak panoramy miasta czy zimne, minimalistyczne, statyczne kadry? Brednie, brednie, więcej bredni.

"Chłodne zdjęcia" to nie tylko minimalistyczne, statyczne kadry. Chodzi o dobór barw, dystans wobec bohaterów, a do tego jeszcze poczucie jest wzmacniane muzyką i elementami które wcześniej wymieniłem.
Stąd widz może odczuwać bijący ze scen "chłód" i dystans do postaci, z którymi nie może się utożsamiać.

Odpowiedz
(11-02-2015, 11:23)Capt. Nascimento napisał(a): "Chłodne zdjęcia" to nie tylko minimalistyczne, statyczne kadry. Chodzi o dobór barw, dystans wobec bohaterów
Toż napisałem, że zdjęcia w tym filmie NIE SĄ zdystansowane poprzez to, że kamera przez 99,9% czasu jest niemalże jedną z postaci. Dobór barw? Dawno nie widziałem tak naturalnie wyglądającego filmu i ostatnie co bym powiedział, to że korekcja barwna podkreśla tu jakikolwiek chłód.

Odpowiedz
Nic nie poradzę na to że mam taki a nie inny stosunek do scenariusza. Widzę to tak a nie inaczej bo taką mam optykę i szlus. Nie bedę dopatrywał się w filmie z przeciętnym dla mnie scenariuszem, świetną stroną techniczną i dobrym aktorstwem dzieła wiekopomnego, które jest głębokie jak Rów Mariański.

Manie scenariuszowe Crova są mi obce, ja po prostu zgadzam się z nim w tym konkretnym przypadku

Na Oleszczyka się nie powołuje tylko stwierdzam że faceta rozumiem bo i ja widzę te mielizny, wtórność, artystowskie zadęcie. Jedyna różnica między nami to ta że on kompletnie olał dobre rzeczy w tym filmie, czego moim zdaniem zawodowy krytyk filmowy nie powinien robić.

Sorry Mefisto nie będę się odnosił analitycznie to Twojego polemicznego postu, bo i tak już mi tu zarzucono że dzielę włos na czworo. Może tylko do tych grzybków i kawiorków - dobre dialogi to nie jest 100% dobroci scenariusza ( i zniosę tę obrazę że to z podręcznika scenopisarstwa ).

Za parę lat zacznę się z pełną złośliwością dopytywać czy zrobiliście sobie przyjemność powtórnymi seansami, a obecnie opuszczam ten wątek żeby straszyć w innych ( no nie wiem jak zniesiecie moje przyczepianie się do 'Wishplash' ).
myś gryźli, proud to be a member of Forum KMF Film.org.pl since Jan 2015.

Odpowiedz
Cytat:Raz czy dwa sie usmiechnalem. ;)
No i może to jest sedno Twojego problemu z filmem? Nie kwestionuję Twojego obiektywizmu, bo argumentujesz spójnie i logicznie, ale mam wrażenie, że odbiór filmu trochę rzutuje na analizę. No ale przyjmijmy, że drążysz, bo szukasz sedna problemu. Moim zdaniem winnym nie jest scenariusz. Szczgólnie, że na tyle, na ile znam teorię to Birdman spełnia najważniejsze warunki - jest konflikt, jest motywacja bohatera.

Cytat:Scenariuszowe zasady mają zastosowanie, tak jak zastosowanie ma np. struktura filmowa czy podział na akty i nie widzę w tym niczego uwłaczającego, by stosować się do niektórych z nich.
Ale nikt przecież nie sugeruje, że to uwłaczające. Wiesz, nawet ci wszyscy teoretycy scenariopisarstwa często przyznają, że zasady, na które się powołujesz można uznawać tylko za pewnego rodzaju ramy, najprostszy przepis, rodzaj narzędzia głównie dla początkujących. Nawet nie wiem, czy w Birdmanie są te słynne trzy akty. I właśnie o to chodzi. Nie chce widzieć struktury. Za to znam dziesiątki filmów, gdzie warsztat i zasady są nazbyt widoczne. Nie oznacza to oczywiście, że nie ma dobrych scenariuszy napisanych według zasad, bo oczywiście nie są to w większości jakieś wymysły, teorie dla teorii, tylko wiadomo, klasyczne reguły opowiadania historii nie tylko w filmie.

Wspominasz o Mona Lisie i proporcjach. Pomyśl o Birdmanie jak o dziele powiedzmy Picassa.;) Niby piszesz, że nie podchodzisz do zasad na kolanach a jednak trochę podchodzisz. Usilnie przykładasz do skryptu "teorię" jako jedyne słuszne narzędzie oceny. Jasne, że łamanie zasad dla samego łamania nie jest jeszcze wartością, ale bądź konsekwentny, nie skreślaj też automatycznie analizowanego tekstu jeśli nie spełnia ogólnych reguł, skoro już tak pseudo-akademisko drążymy.

Co do relacji rzemiosło-sztuka, warsztat to jedno a bycie niewolnikiem warsztatu to co innego. No, ale już pisałem, że ja nie widzę w Birdmanie jakichś karygodnych błędów wartsztowych. Nie widzę też spejalnie potrzeby naprawiania skryptu poprzez wpasowywanie go w reguły, których spełnienia Tobie najwyraźniej brakuje.

Cytat:Ale o tym mowie. Dużo sie o tym wspomina - monologi Birdmana przeciez tez to podkreslaja. Ale w jaki sposob riggan chce osiagnac cos wartościowego? Co robi w filmie takiego, ze widac, ze chce osiagnac cos wartosciowego? Gdybyś film ogladal bez dzwieku - widziałbyś, że Riggan chce zrobić cos wartościowego?
Jezu, Crov, dlaczego miałbym gadany film oglądać bez dźwięku?! I dlaczego sugerujesz taki eksperyment przy analizie scenariusza, który w każdym filmie przecież składa się głównie z dialogów?

Cytat:Bo dla mnie ogólnie rzecz biorąc pragnienia obu bohaterów są niemal identyczne. I jeden, i drugi chce być znakomity i doceniony za to, co robi. Z tym, ze jeden z nich walczy o to, by być znakomitym, poświeca swoj czas, zdrowie psychiczne i życie towarzyskie, a drugi jest Majkelem Kitonem, który chodzi i jęczy. "Whiplash" mowi bardzo podobne rzeczy o bohaterze bez potrzeby mówienia o tym.
Masz rację, ale to inne filmy, nie? Jasne, że Anderw jest bardziej zdeterminowany, ma większą świadomość celu i środków, które go do niego doprowadzą a Riggan się miota, gubi, sam nie wie czego chce. Ale to słabość bohatera a nie scenariusza.

No i a propos rzeźbienia. Riggan zainwestował kasę, chciał wywalić aktora bez względu na wypadek, podjarał się Nortonem mimo jego zachowania, poćwiczyli trochę, biega w gaciach po ulicach. Mało?;) Ty byś chciał, żeby usiadł i reżyserował sztukę? Doskonalił warsztat? Bez słów najlepiej pewnie, co?;)

Cytat:Jest roznica miedzy mowieniem o stawianiu wszystkiego na szali, a stawianiem wszystkiego na szali. Hajs nie odgrywa tutaj roli, bo tak naprawde chodzi przeciez o zdrowie psychiczne i samoocene Riggana. Zreszta hajs wlozony w sztuke jest ledwie wspomniany, o ile pamietam, a co sie stanie, jezeli sztuka nie zarobi? Riggan wyląduje na bruku? Umrze w rynsztoku? Nie wiadomo, a scenariusz nawet nie probuje powiedzieć co sie stanie. (Przestaną mu przysyłać czeki za kasową trylogie Birdmana?) Co sie stanie ze zdrowiem psychicznym Riggana jezeli sztuka sie nie uda? Tez nie wiadomo - jego birdmanowe schizy nie wydają się miec zadnej korelacji ze stanem sztuki.
Dlaczego Ty to wszystko musisz wiedzieć? Poza tym, wydaje mi się, że jest to jasno powiedziane - Riggan wpompował w sztukę ostatnie pieniądze, jest na granicy bankructwa, rozważa pożyczkę pod hipotekę domu dla córki. Nie wiem, może tantiemy za trylogię to grosze. Jak się nie uda to straci kasę, nie zdobędzie lub straci resztę szacunku innych i przede wszystkim szacunek do samego siebie.

Cytat:Nie chodzi o uzupełnianie wątku Riggana par excellence. Chodzi o to, by uzupełniał jakoś przesłanie filmu. Bo o czym jest "Birdman"? O tym, ze aktorzy są popieprzeni? Spójrz na przykład na "Heat". Film jest długi, skomplikowany, ale jest jasny. Jednym z dwóch głównych wątków tego filmu jest wątek relacji głównych bohaterów z kobietami - i jezeli jakies wątki nie dotyczą częsci sensacyjnej, to dopełniają właśnie wątek relacji. Val Kilmer nie ma nic wspólnego w tym filmie z Alem Pacino, ale jego wątek również opowiada o relacjach damsko-męskich w tym świecie.
Nie wiem, dlaczego sugerujesz, że Birdman jest o tym, że aktorzy są popieprzeni. Serio odniosłeś takie wrażenie?
Zabawne, bo pomyślałem o Heat wcześniej, jako o przykładzie filmu, który w ramach dosyć ogranej konwencji pozostaje świeży i właśnie jak piszesz skupiony na określonym temacie. Super. Ale każdy dobry skrypt musi być o jednym? W Birdmanie jest postać Riggana z kilkoma problemami i scenarzysta wchodzi w jego mały świat, na kilka dni i przygląda się jemu i jego otoczeniu. Jasne, jest to podporządowane jednemu ujęciu i może gdyby nie to ograniczenie, historia byłaby bardziej skupiona na jednym a pewne wątki wyglądałyby inaczej, ale na chuj drążyć?;)

Cytat:
Cytat:Moim zdaniem, ten chaos, o którym piszesz a ja go za bardzo nie widzę a przynajmniej mi nie przeszkadza pasuje do formy i historii.
Temu nie przecze. Ale ja nie uznaje tego za zaletę. Tak samo nie uznaje 'naturalnosci' scenariusza Boyhood za zalete, choc dopelnia formę i historię. ;)
Mam nadzieję, że rozumiemy się, że w Birdmanie o inną "naturalność" mi chodziło i po prostu nie mogłeś się powstrzymać przed uszypliwością pod adresem Boyhood. Dla pewności, mi tam się akurat podoba to, że na przykład Norton nie dopełnia Riggana, nie jest jakimś jego przeciwieństwem lub odwiecznym rywalem. To co ty uważasz za niekonsekwencję i brak spójności dla mnie jest ucieczką przed schematem a jednocześnie pasuje do reszty.

Obejrzałem Urwany film i sorry, ale część zarzutów każe mi wątpić w Twoja bezstronność.;) Jesteś pewien, że nie hejtujesz bo Innaritu pośmiał się z lubianego przez Ciebie gatunku? Wygląda na to, że nie chodziło tylko o superbohaterów, bo to. Swoją drogą, nie wiem w czym problem. Też tam widzę trochę prywaty, ale nie przekroczył granicy dobrego smaku. No, ale wracając do UF - Birdman mógłby równie dobrze być bohaterem kina akcji. No mógłby. I co z tego?

No i kwestia teatralności. Powtarzasz, że jedno ujęcie celowo dystansuje Ciebie od bohaterów i ich losów i robi to na tle "skutecznie", że staje się wadą, nie wierzysz, że to jest coś realnego. A cięcia by to urealniły? Dla mnie takie podejście wzmacnia poczucie, że jestem tam z bohaterami a jednocześnie pozwala uniknąć właśnie teatralności typowej choćby dla filmów zrobionych na podstawie sztuk, choćby ostatnich filmów Polańskiego oraz takich rzeczy jak Last Man on Earth.



Odpowiedz
(11-02-2015, 09:22)Capt. Nascimento napisał(a): "Birdman" jest podany bardzo chłodno, w sposób wbrew temu co się dzieje na ekranie bardzo odarty z emocji. Możnaby przyrównać pod tym względem - z lekką przesadą - do "Foxcatcher".
Mamy poruszającą w założeniu historię która przez scenariusz nie porusza.

Bzdura jak mało która. Raz, że Foxcatcher jest celowo zimny, a dwa - co widzisz poruszającego w Birdmanie? To tak różne od siebie przykłady, że aż boli. Stać Cię na więcej.

Cytat:Miałem wrażenie, że sama opowieść byłaby nużąca gdyby nie świetna reżyseria - efektowna praca kamery - i gdyby nie Keaton z Nortonem.

No ale TO WSZYSTKO składa się na Birdmana. Nie rozmawiamy tu o projekcie jaki nie powstał, albo o jakiejś alternatywnej rzeczywistości, lecz o Birdmanie z Keatonem i Nortonem, efektowną pracą kamery i świetną reżyserią. D'oh!
Równie dobrze mógłbym napisać, że przez cały seans Godfathera miałem wrażenie, że gdyby nie Brando, to opowieść byłaby [wstaw dowolny przymiotnik].

Cytat:Film byłby moim zdaniem lepszy, gdyby udało mu się zawrzeć emocje i trochę lepiej wniknąć w odczucia, emocje i motywacje głównego bohatera.

Już bardziej bełkotać nie idzie. Motywacje bohatera są podane na tacy, emocji jest od groma, a że nasz bohater to nie postać anime, to i brak tu nadekspresji.

Cytat:Dlatego osobiście obniżyłem ocenę z 10- do 9/10.

Obniżasz ocenę, bo zdaje Ci się, że inni nie widzą wad, które Ty widzisz? Remce opadajom aż do kutasa.

Myś napisał(a):Zdaje się że zaczynam coraz bardziej rozumieć Oleszczyka, to teatralne zadęcie, wspaniała forma, świetne dialogi mają tworzyć wrażenie że jest to film o rzeczach wzniosłych. Sztuka przez duże S.

Gówno prawda. Jedyna sztuka przez duże S w tym filmie, to.. cóż, sztuka teatralna Riggana. Ale tylko Riggan zdaje się sądzić, iż tym właśnie będzie i to nie nią film stoi - to rasowa zabawa w kino przez duże K. Naprawdę nie wiem, jak ślepym trzeba być, żeby tego nie widzieć i powoływać się ciągle na jakieś napuszenie, podczas gdy Inarritu wręcz zdaje się śmiać z tego niekiedy.


(11-02-2015, 11:23)Capt. Nascimento napisał(a): Zabrakło paru bardziej ludzkich momentów, w których kamera na dłużej skupiła się na głównym bohaterze i na serio spróbowała pokazać jego emocje.

eee - chociażby większość scen z rodziną? Na serio nie czułeś emocji, kiedy córka mu nawrzucała? Bez kitu nie zobaczyłeś nieco innej twarzy bohatera w rozmowie z żoną? Może już pora do okulisty?

Cytat:Żeby trochę podbudować dramatyzm

...to pewnie jebnąłbyś tradycyjną ścieżkę dźwiękową - najlepiej na organy. Ech...

Cytat:dałoby się to zrobić subtelnie

Subtelność, to ostatnie czym epatują Twoje uwagi odnośnie filmu.

Cytat:I żeby widz mógł się z nim choć trochę bardziej utożsamiać, bardziej mu kibicować.

Czyli niby że co miałoby tam jeszcze być? Nieuleczalna choroba? Przygarnięty kucyk? Bo nie ogarniam - zwłaszcza, że już ktoś tu narzekał na mnogość postaci i puste, nic nie wnoszące wątki.

Bez kitu - czytając niektóre z Waszych stwierdzeń, mam wrażenie, że zwyczajnie nie zasługujecie na oglądanie filmów, bo nie potraficie czerpać z nich przyjemności i funu. Zawsze tylko drążenie dziury w całym. Dupstep w Miasto 44 - płacz. Nijakie planety w Interstellar - lament. Chujowy skrypt Birdmana - łkanie. Z domu w ogóle wychodzicie bez żyletek czy już nie ma ratunku?

Cytat:Również przed występami możnaby nieco podbudować napięcie.

Z niecierpliwością czekam co wymyślisz w tym temacie - dajesz!

Cytat:Uważam, że można było to spokojnie zrobić nie zmieniając klimatu całego filmu.

Chuj. Ja uważam, że Birdmana należy spalić i zrobić od początku. Zamiast Keatona - Paddington, a zamiast Nortona - jednorożec. Może kurwa wtedy coś w Was pęknie.

Cytat:Bo tak mamy taki groteskowy, odrealniony film o filmie/sztuce.

I to źle, ponieważ....?

Cytat:Ale - jednocześnie nie ma w nim dużych emocji, nie ma dużego napięcia, ani nie jest zabawny. Nie wynagradza też tego jakąś odkrywczą puentą, albo interesującymi przemyśleniami.

Więc bez kitu nie wiem za co to 9/10 dajesz. Bo z tego co piszesz, to jest na maks trójeczkę. Zero emocji, nie szczelają się i w ogóle nuda panie.

(11-02-2015, 13:25)myś gryźli napisał(a): Nie bedę dopatrywał się w filmie z przeciętnym dla mnie scenariuszem, świetną stroną techniczną i dobrym aktorstwem dzieła wiekopomnego, które jest głębokie jak Rów Mariański.

Pierwsze słyszę, że ten film jest głęboki i wiekopomny. Na pewno jest ponadprzeciętny, formalnie genialny, co w dzisiejszym kinie już zasługuje na uznanie. Ale lepiej skopać od podstaw.

Cytat:Może tylko do tych grzybków i kawiorków - dobre dialogi to nie jest 100% dobroci scenariusza ( i zniosę tę obrazę że to z podręcznika scenopisarstwa ).

Obrazę? Wierz mi, że zauważysz, kiedy do niej dojdzie z mojej strony. :)
Co do dialogów - nigdzie tak nie napisałem, że to 100% dobroci, niemniej w filmie "gadanym" jest to duża siła.

Cytat:Za parę lat zacznę się z pełną złośliwością dopytywać czy zrobiliście sobie przyjemność powtórnymi seansami

Po co czekać parę lat? Seansiki z pewnością będą w tym roku jeszcze przynajmniej dwa :)
Don't play with fire, play with Mefisto...
http://www.imdb.com/user/ur10533416/ratings

Odpowiedz
(11-02-2015, 17:51)PropJoe napisał(a):
Cytat:Raz czy dwa sie usmiechnalem. ;)
No i może to jest sedno Twojego problemu z filmem? Nie kwestionuję Twojego obiektywizmu, bo argumentujesz spójnie i logicznie, ale mam wrażenie, że odbiór filmu trochę rzutuje na analizę. No ale przyjmijmy, że drążysz, bo szukasz sedna problemu. Moim zdaniem winnym nie jest scenariusz. Szczgólnie, że na tyle, na ile znam teorię to Birdman spełnia najważniejsze warunki - jest konflikt, jest motywacja bohatera.
Na reszte odpisze potem, bo nie mam za duzo czasu, by wdac sie w glebsza i madrzejsza dyskusje, ale... Kurva ;) Toć od poczatku pisalem, ze gdyby film mi się zajebiscie podobał, wzruszył, rozbawił i sprawil, ze caly czas siedzialem w napieciu to bym pewnie nie myslal o wadach scenariusza (inna rzecz, ze sa ludzie, którym film się podobał, ktorzy mowia, ze nie śmiali sie na tym filmie i nie nazawliby go komedia - nawet czarna - osobiscie tez uwazam, ze momentow do smiania jest tyle, by policzyc je na palcach jednej reki). Już trzeci raz w tym temacie pisze: ja nie pisze o scenariuszu, bo sobie kupilem podrecznik "Jak napisac scenariusz filmowy" chwile przed seansem i doznałem olśnienia, tylko dlatego, że próbuje zrozumieć, dlaczego film mnie nie zaangażował i nie poruszył. :) I jak widac to nie jest tylko moja przypadłość, bo coraz wiecej widze opinii znacznie bardziej letnich niż wśród forum KMF i krytyków.

BTW, jaki jest konflikt w Birdmanie?

Odpowiedz
(11-02-2015, 19:44)Crov napisał(a): BTW, jaki jest konflikt w Birdmanie?
Riggan kontra Riggan.

Napisałbym coś więcej ale ugryzę się w palce :)

@Mefisto: sam miałem przywołać Ojca Chrzestnego i Brando, ale to było zbyt oczywiste. I owszem, z tego pisze Nascimento wywnioskowałbym, że daje filmowi maks 5/10; taka jazda po filmie i 9/10? No ale to forum KMF, więc chyba nikogo nie powinny dziwić takie rzeczy.

Odpowiedz
Crov, no wiem wiem, że pisałeś, dlaczego drążysz. Wspomniałem, że rozumiem dlaczego. Ale jednak mam wrażenie, że czepiasz się wszystkiego i w większości wykorzystujesz do tego narzędzia z podręcznika. Keaton się snuje i marudzi, nie ma motywacji, nie wiesz, co i dlaczego chce osiągnąć, dlaczego to dla niego ważne itd. Innymi słowy, nie twierdzę, że scenariusz jest bez wad i być może one są winne temu, że film Cię nie zaangażował bardziej, ale trudno zrozumieć, dlaczego aż tak wydawałoby się oczywistych rzeczy nie widzisz.

Może właśnie problem leży w odbiorze, bo dla mnie to przede wszystkim komedia, film czysto rozrywkowy z kilkoma poważnymi tematami podejmowanymi jednak z dużym przymrużeniem oka. No i skoro Ciebie film prawie nie śmieszył to tutaj widzę przyczynę tak różnego odbioru.

A konflikt, tak jak pisze Mierzwiak, Riggan vs. Riggan. Pisałem o tym wyżej.

Kapitana nawet nie próbuję zrozumieć. ;)


Odpowiedz
Crov napisał(a):Ładnie zazębiają to troche jak powiedzieć, że w "Die Hard" fakt, że McClane jest policjantem i do tego umie strzelać się ładnie zazębiają. ;) To wszystko o czym mowisz to klisze idealnie wcisniete (albo wycisniete) w stereotyp podstarzałej gwiazdy. Zapomniales dodac, ze jeszcze Riggan ma znamiona alkoholizmu, tez sie ladnie zazebiajace z kliszą udręczonego artysty. :) Nie szukając daleko - w tym samym roku Chris Rock wydał film o wlasciwie identycznym motywie: popularny aktor chce być brany na poważnie, jest sam (z rodziną nie tak rozbitą, choc tez, ale w nieszczęśliwym, sztucznym związku), starzeje się, wygrał walke z alkoholizmem, a teraz chce udowodnić wszystkim, ze jest powaznym aktorem i wypuszcza film o czarnych niewolnikach. Nie dlatego, ze Innaritu i Rock to dwa genialne umysly, ktore mysla podobnie, tylko, że to największy banał.

Niby tak, tylko że praktycznie wszystko jest kliszą - pojedynek mistrza i ucznia z "Whiplash" to też klisza. Ja się ogólnie upieram, że sensem robienia filmów nie jest wymyślanie jakichś zajebiście oryginalnych historii i postaci (bo to praktycznie niemożliwe), ale opowiadanie o tych kliszowych postaciach tak, żeby było inaczej, ciekawiej, z innej perspektywy - nie CO, tylko JAK. Weźmy takie "Blue Ruin", które zaczyna się od kliszy starszej niż malowidła naskalne, a potem idzie w nieco innym kierunku (i ma oryginalnego, jak na tematykę, bohatera).

Having said that, zgadzam się, że poszczególne elementy pasują do kliszy udręczonego artysty, ale po pierwsze - powtarzam to któryś raz - BIRDMAN NIE JEST FILMEM O ARTYŚCIE :). A w każdym razie nie jest nim przez co najmniej dwie trzecie czasu trwania. No bo czy film o Keatonie (albo o Valu Kilmerze np.) nazwałbyś filmem o artyście? Jak dla mnie nie. To jest film o upadłym celebrycie, który chwyta się wszystkiego, co może zmienić jego ciulową sytuację. Ale to tak na marginesie.

Idąc dalej tropem jakości scenariusza - pisałem wyżej, że liczy się dla mnie nie sam temat, ale sposób, w jaki twórca go ugryzie. I tu moim zdaniem jest clue geniuszu tego filmu, bo wszystkie te wątki, o których piszemy, które byłyby strasznie kliszowe, gdyby je potraktować tradycyjnie, odżywają, kiedy się je przedstawi w sposób, w jaki zrobił to Inarritu, w taki sposób, by wszystko się ze sobą przeplatało. Taka choćby scena z taksówką, która moim zdaniem jest najlepszą w filmie, to też przecież zasługa scenariusza, a nie samej tylko realizacji.

Cytat:Wlasciwie na ten punkt odpisalem juz PropJoe. Wszystko o czym piszesz to prawda... na, nomen omen, papierze. Riggan traci kontakt z rodziną... ale żona przyjacielsko go wspiera. Riggan zatrudnil córke, zeby miec z nia kontakt, ale nie probuje z nia nawiazac kontaktu, tylko mowi, ze byl slabym ojcem. Riggan jest zapomnianą gwiazdą, ale scenariusz pokazuje nam, że wszyscy go pamiętają (podjarka Birdmanem 4, zdjęcie w pubie, szał na Tajms Skłer) zamiast pokazac, ze ludzie maja go w dupie.

Wszystko, co piszesz, to niby prawda, ale tylko... na pierwszy rzut oka ;). Żona go wspiera, ale widać po niej, że robi to co najwyżej z litości czy sentymentu. Jeśli chodzi o córkę, to akurat tu bym się nie czepiał, bo Riggan wyraźnie stara się spędzić z nią choć chwilę, mimo że ma mało czasu - zagaduje do niej po powrocie z rozmowy z Nortonem, wyraźnie stara się nawiązać z nią jakiś kontakt. Jeśli chodzi o to, że wszyscy go pamiętają - cóż, dwie osoby zwracają się do niego po autograf, a jeden japoński nerd jara się Birdmanem 4; nie powiedziałbym, że wszyscy go pamiętają :). Natomiast szał na Times Square - cóż, gdyby Val Kilmer przebiegł w gaciach po Times Square, to też byłby szał, i Ty też byś się o tym dowiedział, mimo, że jesteś x tysięcy kilometrów dalej. Nie zmienia to faktu, że Kilmer jest stary, gruby, zapomniany i grywa w chujowych filmach, których nikt nie ogląda :)

Cytat:Cel Riggana nie jest w ogole jasny w końcówce. Kompletnie też nie kupuje twojej interpretacji tego. Abstrahujac od faktu, ze sam stwierdziles, ze Riggan zatrudnił Sam by być blisko niej (chęć udowodnienia jej czegoś jest dla mnie dość jasna, choć bardziej z powodów poza filmowych, sam ją dopisuję - Riggan jest uwazany za porażke, wiec chcialby by corka nie widziala w nim porażki), wiec byloby to jasne od poczatku, to nie rozumiem absolutnie w jaki sposob nagle stanie się de facto sensacją na chwile miało udowodnić córce cokolwiek z tego, co mowisz. To mialoby sens, gdyby Riggan ostatecznie po prostu zagrał tę role bez proby samobojczej, sztuka zebrała słabe albo mieszane recenzje, ale gdyby Sam zobaczyła w jego ojcu serce, pasje i talent w tej roli. Wtedy, gdyby Sam doceniła go za to, co zobaczyła pomimo negatywnych recenzji, byłoby jasne, ze Riggan chcial tylko jej. A tak nie jest. Wrecz przeciwnie, powiedzialbym nawet, ze lepiej rozumiem zakonczenie - Riggan stosuje odjebke za oknem, bo zdaje sobie sprawe, ze pusta milosc mediów to coś, w co wierzy nawet jego córka. ;)

Sorry, ale Twoja interpretacja nie ma za bardzo sensu - gdyby było tak, jak mówisz, to córka byłaby zajarana w momencie, kiedy się dowiedziała, że jej ojciec stał się znowu na chwilę bożyszczem mediów, a nie w momencie, w którym się zabił :). Chyba że wychodzisz z założenia, że córka jest tak popierdolona, że patrzy z uśmiechem na trupa własnego ojca. Ale nic wcześniej na to nie wskazywało. Nic też nie wskazywało na to, że córka wierzy w wartość pustej miłości mediów. W każdym razie trudno tak interpretować kilka wypowiedzi, w których mówi po prostu o tym, że żeby być popularnym, trzeba istnieć w internecie.

Moja interpretacja jest dość prosta: dla mnie Birdman, który odzywa się w głowie Riggana, to nie tyle zwykłe wspomnienie dawnego sukcesu, co takie niespełnione poczucie, że potrafi się więcej, niż może się pokazać (stąd telekineza i umiejętność latania, czyli rzeczy, których nie widzą inni). A jako że córka jest jedyną osobą, na której Rigganowi naprawdę zależy, to chodzi mu przede wszystkim o to, żeby właśnie jej to udowodnić. W finale Riggan, owszem, prawie się zabija, ale osiąga jednocześnie sukces artystyczny i wraca do popularności, a córka traktuje go już jako kogoś bardziej ludzkiego (na co wpływ ma być może to, co mówił jej Mike).
Cytat:Nie wiem, ale Carver chyba jest mocno cenionym pisarzem. Gadanie wprost do widzów, monologi, to przecież jest coś typowego dla teatru, wiec nie wiem o co chodzi. ;) Szekspir jest tego pełen. To, co mowisz to fajna interpretacja, ale ja kompletnie jej w filmie nie czuje. Scenarzysta nie pokazuje tej sztuki w całości, a nikt nigdy nie kwestionuje jej jakości (Mike mowi przeciez o tym, jak trzeba szczerze zagrać, bo Carver "wychlewał" sobie flaki pisząc). Juz sam fakt, ze Mike mowi, ze Riggan przypisał sobie najlepsze linijki znaczy, ze jednak są dobre teksty w tym tekscie.

Nikt poza Nortonem nie kwestionuje jej jakości, ale weź pod uwagę, kto otacza Riggana - kochanka, aktorka, która jara się jak dziecko, że w ogóle może zagrać na Broadwayu, menadżer, który się na tym nie zna i Mike. A ten ostatni mówi otwarcie, co myśli, w dodatku podczas prapremiery - że Riggan spieprzył scenariusz, żeby samemu mieć najlepsze kwestie, i że całość nie jest autentyczna. Zresztą już podczas pierwszego spotkania krytykuje (delikatnie, ale jednak) sposób, w jaki Riggan napisał scenariusz ("cztery razy mówisz to samo; skróć to do jednej linijki"). Riggan sam jest reżyserem i scenarzystą, więc trudno, żeby na scenie był ktoś inny, kto mógłby mu wytknąć chałturę.
Cytat:Nie, Grzechu, nie chcialbym, zeby bylo jasno POWIEDZIANE. :) Ten film za dużo mowi, a za mało pokazuje. Co to znaczy, ze bedzie slabo? Jak bedzie mial problemy z erekcja to będzie słabo, ale dlaczego mialoby mnie to obchodzić? Ten bohater nie robi nic, co pokazuje, ze mu naprawde zalezy na czymkolwiek. A jezeli jemu nie zalezy to dlaczego mnie mialoby?

No ale jak nic nie robi? Wywala ostatnie pieniądze, żeby zatrudnić dobrego aktora, prawie nie wychodzi z teatru, stara się zażegnać wszystkie konflikty. Co jeszcze miałby robić? Natomiast skutki ewentualnej porażki są takie same jak w "Whiplash" - nie są jasno wyłożone (sam przecież nie chcesz, żeby były jasno wyłożone :) ), ale wiadomo, jak to się mniej więcej skończy, skoro Riggan już przed premierą ma rozdwojenie jaźni, znamiona alkoholizmu i skłonności samobójcze.
"to że gej sobie nie może wziąć ślubu to jest sprawa kościoła" - vast

Odpowiedz
Mefisto napisał(a):Już bardziej bełkotać nie idzie. Motywacje bohatera są podane na tacy, emocji jest od groma, a że nasz bohater to nie postać anime, to i brak tu nadekspresji.

Wyjaśniłem konkretnie dlaczego tak jest, ale najwyraźniej nie czytasz. Albo masz problem z połączeniem ze sobą dwóch zdań.

Mefisto napisał(a):Obniżasz ocenę, bo zdaje Ci się, że inni nie widzą wad, które Ty widzisz? Remce opadajom aż do kutasa.

Nie, obniżam ocenę bo zdaje mi się, że właśnie w ten sposób ją zawyżyłem tuż po seansie. ;)

Mefisto napisał(a):eee - chociażby większość scen z rodziną? Na serio nie czułeś emocji, kiedy córka mu nawrzucała? Bez kitu nie zobaczyłeś nieco innej twarzy bohatera w rozmowie z żoną? Może już pora do okulisty?

Mefisto napisał(a):...to pewnie jebnąłbyś tradycyjną ścieżkę dźwiękową - najlepiej na organy. Ech...

Mefisto napisał(a):Czyli niby że co miałoby tam jeszcze być? Nieuleczalna choroba? Przygarnięty kucyk? Bo nie ogarniam - zwłaszcza, że już ktoś tu narzekał na mnogość postaci i puste, nic nie wnoszące wątki.

Chodzi o tonację filmu.

A mówiłem o scenie skupionej tylko i wyłącznie na głównym bohaterze. Na jego MOTYWACJI/ODCZUCIACH. Ok, nie do końca dogaduje się z córką, rozwiódł się z żoną... relacja z żoną nie została poza tym zarysowana więc who cares. Gdy córka mu nawrzucała miałeś te specyficzne ujęcia tuż przed twarzą, a potem zapalił sobie zioło.

Film słabo buduje dramatyzm postaci, napięcie i emocje. I tak jest zdaniem wielu widzów. Powiesz teraz, że oczywiście tak nie jest, bo Ty wiesz lepiej i Twoje zdanie jest czystą prawdą, faktem naukowym.

Mefisto napisał(a):Z niecierpliwością czekam co wymyślisz w tym temacie - dajesz!

Mało to jest dobrych trików? Film Innaritu idzie swoim torem, zapominając o tych elementach. Ma swój klimat zgodny z tym chaotycznym soundtrackiem, który wielu widzów odrzuca od opowiadanej historii.

Mefisto napisał(a):Bez kitu - czytając niektóre z Waszych stwierdzeń, mam wrażenie, że zwyczajnie nie zasługujecie na oglądanie filmów, bo nie potraficie czerpać z nich przyjemności i funu. Zawsze tylko drążenie dziury w całym. Dupstep w Miasto 44 - płacz. Nijakie planety w Interstellar - lament. Chujowy skrypt Birdmana - łkanie. Z domu w ogóle wychodzicie bez żyletek czy już nie ma ratunku?

Brednie. Znowu najbardziej kretyński argument świata czyli "filmy są po to żeby czerpać z nich fun, a nie oceniać" - używany przy obronie największych filmowych gniotów.

Poza tym każdy odczuwa filmy po swojemu. Nie ma jednej obiektywnej prawdy. Ktoś lubi taki gatunek, ktoś inny. Komuś nie przeszkadza kicz (Miasto 44), albo Nolanizmy (Interstellar).

Wiesz, że dałem Birdmanowi 9/10, a mimo to gadasz o płaczu. Wtf?
Film nie jest dla mnie idealny, ale ma miejsce w top10 roku i uważam go za rewelacyjny.

Ps. mógłbyś zacząć gadać jak człowiek, a nie jak naburmuszony gimbus. W co drugim zdaniu wrzucasz rozmówcy za to, że ośmielił się mieć inne zdanie od Twojego.

Odpowiedz
Naucz się cytować, to nie moje wypowiedzi.

Odpowiedz

Digg   Delicious   Reddit   Facebook   Twitter   StumbleUpon  






Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  DIGGER (2026) reż. Alejandro G. Iñárritu Spoilerowo 0 177 22-02-2026, 14:09
Ostatni post: Spoilerowo
  Bardo (Netflix, 2022) - reż. Alejandro González Iñárritu Kryst_007 12 1,992 22-11-2022, 22:16
Ostatni post: Kryst_007
  The Revenant (2015) reż. Alejandro González Iñárritu Szaman 357 71,792 31-07-2016, 10:47
Ostatni post: Gieferg
  [oddzielony] The Revenant (2015) reż. Alejandro González Iñárritu Arahan 0 491 14-07-2014, 10:32
Ostatni post: Arahan



Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości