Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
Sporo wâZakładnikuâ psychologicznych nieprawdopodobieństw. Już sam punkt wyjścia scenariusza trąci fantastyką: oto płatny zabójca o ksywce Vincent (dla niekumatych: takie pseudo nosi killer grany przez Cruiseâa) wynajduje sobie na chybił-trafił szofera-taksówkarza (Jamie Foxx), któremu oferuje 600 kafli do ręki w zamian za całonocny kurs po mieście. Taksówkarz nie bez wahania, ale w końcu przystaje na tę lukratywną propozycję. Oczywiście Vincent zataja przed swoim szoferem rzeczywisty cel wycieczki â to chyba jasne. Od razu mówię: gdyby to mi ktoś zamachał przed nosem wachlarzem złożonym ze studolarówek, przyjąłbym podobną ofertę bez ociągania tudzież moralnych rozterek. Problem polega jednak na tym, że ja nie wierzę, by w realnym świecie zawodowy rzeźnik angażował pierwszego lepszego taksówkarza do pomocy przy robocie. Po co komplikować sobie życie? Po co kopać sześć grobów, skoro umowa obejmuje ledwie pięć? To po pierwsze. Druga âgłupotaâ dotyczy sposobu archiwizowania danych przez Vincenta, danych â co warto podkreślić czerwonym pisakiem â o niebagatelnym znaczeniu dla jego zleceniodawców. Zamiast trzymać informacje o swoich ofiarach w głowie, Vincent trzyma je na dysku twardym laptopa. No ludzie, wyobraźcie sobie: płacicie profesjonalnemu killerowi grubą kasę za to, by ten zlikwidował w jedną noc pięciu niewygodnych delikwentów, a on nie raczy nawet zapamiętać ich twarzy, nie mówiąc już o namiarach. Toż to istna bzdura! Pozostając w tych klimatach: niedorzecznością zalatuje też scena, w której taksówkarz porywa się na heroizm i zabiera Vincentowi komputer. Cruise gawędzi sobie z mamusią naszego usłużnego szofera (sceny szpitalne: trochę śmiechu, trochę łez, generalnie, do dupy jest) i jakby na moment zapomina o laptopie. Wtedy właśnie dzielny taksówkarzyna z chronicznym niedowładem woli wpada na genialny plan kradzieży komputera. Zamiary przekuwa w czyn â chwyta teczkę i spierdala po schodach na dach szpitala. Vincent oczywiście rzuca się w pogoń za niesfornym kierowcą. Czując na plecach oddech kata (co za zajebisty frazeologizm), szofer postanawia pozbyć się laptopa. Komputer ostatecznie ląduje na jezdni pod kołami ciężarówki.
Zahaczam w tym miejscu o kwestię nieprawdopodobieństwa psychologicznego bohaterów âZakładnikaâ. Powiem wam, co ja bym robił, gdybym siedział za kółkiem tej feralnej taksówki, a na tylnim siedzeniu wiózłbym największego rzeźnika w Ameryce. Szczałbym w gacie ze strachu â oto co bym robił. Nie przeszłoby mi przez myśl strugać bohatera i porywać płatnemu zabójcy laptopa. Skupiałbym się na dwu rzeczach: a) jak przeżyć do rana; b) jak nawiać. Ale cóż â jeśli decydujemy się na pomysł współpracy zabójcy z taksówkarzem, musimy się także liczyć z wszelkimi absurdami, które z tej współpracy wypływają.
O ile sceny szpitalne są, moim zdaniem, po prostu bzdurne i w ogóle nie psują do filmu, o tyle fragment, w którym Foxx podaje się za Vincenta i w asyście napakowanych kiziorów negocjuje odzyskanie utraconych danych, jest absolutnym szczytem niedorzeczności. Foxx daje tu popis swojego pseudoaktorstwa. Żaden tam z niego wybitny artysta. Fakt, że potrafi całkiem zgrabnie markować grę, nie znaczy, iż potrafi grać. Bliżej mu do cyrkowego mima niż prawdziwego aktora. To prawda, że chłopak miał trudne zadanie: sztuką jest wcielić się w postać zwykłego człowieka w niezwykłej sytuacji. W dodatku scenariusz nie ułatwiał mu pracy. No ale bez przesady â istnieją jakieś granice. Nawiasem, dobrze, że chociaż ten kolo, co pozuje na okrutnego i dowcipnego szefa mafii, wysyła za naszym taksówkarzem swoich przybocznych. Inaczej uznałbym całe towarzystwo za kompletnie poronione.
Ostatnie 15-20 minut filmu to nieprzerwane pasmo nokautującej głupoty. Mann â i to jest z mojej strony najcięższy zarzut pod jego adresem â otóż Mann zupełnie traci kontrolę nad postaciami Vincenta i Maxa. Wszystko, co dzieje się po scenie dachowania taksówki, jest, z góry przepraszam za ordynarne słownictwo, DO-WY-JE-BA-NIA. Max, widać, pozazdrościł wojskowej przeszłości Vincentowi i w jednej chwili z ofermowatego taksówkarza przemienia się w brawurowego komandosa. Metamorfoza nie omija również Vincenta â jemu przypada rola terminatora z toporkiem, który uczepia się mknącego metra niczym tania podróbka superbohatera. Jakim cudem Mann osiągnął taki poziom niezgodności psychologicznej swoich postaci, nie potrafię powiedzieć. Jest to szczególnie dziwne, gdy spojrzy się na maestrię, z jaką parę lat wcześniej poprowadził tandem Pacino â de Niro. Cuchnie tu hollywoodzkim zgniłym kompromisem. Nie chcę się wypowiadać w cudzym imieniu, ale założę się, że wielu z was podczas seansu czuło podskórnie to, co ja â rozczarowanie. Idealny climax powinien wyglądać następująco: Cruise finalizuje kontrakt, zabija taksówkarza, po czym opuszcza Los Angeles najbliższym samolotem, a panowie policjanci zachodzą w głowę, co się tak naprawdę wydarzyło w tę pamiętną noc w mieście Aniołów (to wymagałoby zupełnie innego poprowadzenia obu postaci â o dialogach za moment). Tymczasem rzeczywiste zakończenie masakruje schematyzmem: Foxx ratuje ukochaną panią prokurator, Vincent ginie z ręki Foxxa, Foxx i pani prokurator odchodzą. Co mogłoby ewentualnie âpolepszyćâ końcowe wrażenie? 1. Pani prokurator ucieka w szpilkach. Gdyby w pośpiechu zrzuciła buty i uciekała na bosaka, uznałbym to za ruch w dobrą stronę. A tak â sposób poruszania się kobiety wręcz razi nieporadnością. Aż się prosi, żeby zdjęła te przeklęte szpile. 2. Końcowe gadulstwo Cruiseâa. Po co, zapytam retorycznie, Vincent przywołuje swoją, skądinąd świetną kwestię o bezdomnym w metrze? Żeby durnym widzom uwypuklić analogię między jego historią z początku filmu, a tym, co aktualnie widzimy? Milcząca śmierć â to byłoby coś. A tak mamy kolejną rysę na już i tak porysowanym zakończeniu.
Ktoś powie, że się czepiam. Pierdole. W końcu to Michael Mann, jeden z moich ulubionych reżyserów, i w końcu to âZakładnikâ, jeden z najbardziej inspirujących obrazów, jakie widziałem w życiu. Muszę się czepiać. Gdy partacz odstawi fuszerkę, nie ma tematu. Dyskusja zaczyna się dopiero wtedy, gdy nawali prawdziwy mistrz. Ale żeby nie było, że film Manna to zupełna klapa, będę teraz chwalił.
Postać Vincenta (z wyjątkiem ostatnich kilkunastu minut) dosłownie rozwala. Vincent pod względem fizycznym pokrywa się w stu procentach z moimi filmowymi wyobrażeniami o płatnym zabójcy. Człowiek po czterdziestce, który karierę w służbach specjalnych porzuca na rzecz bardziej dochodowej posady w sektorze prywatnym. Z postacią graną przez Cruiseâa mogą konkurować jeszcze co najwyżej dwie, trzy osoby: Neil McCauley z âGorączkiâ, Codename 47 i arcymistrz skrytobójstwa â taffer Garrett. Włosy przyprószone siwizną, kilkudniowy zarost, ciemne szkła na nosie, skromny, schludny wygląd, ekonomiczne ruchy â Vincent to chodząca perfekcja. Zakochałem się w tej postaci od pierwszego wejrzenia. Gorzej natomiast z osobowością. Przy całym swym intelektualnym wyrachowaniu i niepospolitej charyzmie, Vincent przejawia niepokojącą skłonność do rozwlekłego filozofowania. Czasami gęba mu się nie zamyka. Po jakiego grzyba wdaje się w te tasiemcowe dysputy z żałosnym taksówkarzyną? Foxx zresztą wcale nie pozostaje w tyle â miejscami pyskuje i mędrkuje lepiej niż jego pasażer. Nie wiem, czy większą winę ponosi za to scenarzysta, który zezwala obu bohaterom na nadmierne gadulstwo, czy Mann, który przed przystąpieniem do zdjęć zaaplikował sobie zbyt dużą dawkę włoskiego kina moralnego niepokoju. Jakoś nie miałem ochoty wysłuchiwać tych wszystkich âżyciówekâ autorstwa panów Cruise'a i Foxxa, choć jednocześnie przyznaję, że parę linijek w ich wykonaniu to autentyczne perełki. Tak czy siak, uważam, że quasi-filozoficznej paplaniny jest ciut za wiele.
Co jeszcze in plus?
Mann nie wartościuje postawy Cruiseâa. Za każdym razem, gdy kochający ludzkość taksówkarz karci Vincenta za amoralność, ten momentalnie zbija jego argumenty, powołując się na własny kodeks etyczny. To jest dobre zagranie ze strony Manna. W przeciwnym wypadku â gdyby tyrady Foxxa wieńczyła cisza â taksówkarskie poglądy na temat moralności uzyskałby status niezachwianych.
Postać Feniga, tego policjanta z wydziału zabójstw â świetna rola. Bardzo podobała mi się scena odwiedzin w pokoju Ramona tuż po wizycie Vincenta: kapitalna muza w tle, doskonałe prowadzenie kamery. Przede wszystkim jednak w pamięci pozostaje moment zgonu gliniarza â nie spodziewałem się takiej akcji, bardzo niekonwencjonalne posunięcie, zwłaszcza w kontekście tego, co za chwilę nastąpi. Lubię, kiedy okazuje się, że nie ma na świecie kuloodpornych policjantów.
Krótko o dwóch najlepszych, według mnie, fragmentach filmu: masakrze w zaułku i sekwencji strzelaniny w klubie. Obydwa łączy megarzeźnicki styl działania Vincenta. Oglądałem je z takim skupieniem na twarzy, jakbym co najmniej śledził popisy Davida Blaineâa. To trzeba po prostu zobaczyć. Perfekcja, z jaką Vincent posługuje się bronią, budzi respekt. Dwa strzały w mostek, jeden w czoło. - âTy, ziomal, to moja teczka?â â âTak. A co? Chciałbyś ją odzyskać?â Bez komentarza. Z kolei napierdalanka w klubie to orgazmotron na najwyższych możliwych obrotach. Ściany wyłożone wielkimi futurystycznymi ekranami, z głośników ulatnia się âRady Steady Goâ Oakenfolda, przez gąszcz tańczących przedziera się Vincent z palcem na spuście (oskarowe ujęcie â panorama pionowa, widzimy zgrabne uda panienek, nagle kobitki rozstępują się, przepuszczając Vincenta), w drugim końcu sali, na ogromnej sofie, siedzi otyły śmierdziel, obstawiony gorylami. Dziwki skaczą po nim jak małe małpki. Krwawa jatka wisi w powietrzu. Ubóstwiam każdy detal tej sekwencji, choć tradycyjnie i tu zauważyłem pewne w sumie nieistotne potknięcie. Trochę prywaty. Niedziela to dla mnie dzień szczególny: wstaję wcześnie rano, coś koło 6:00, i idę z kumplami na małą âstrzelankęâ do lasu (ASG, plastikowe kulki, kolimatory, te klimaty). Strzelamy się do 15:00, po czym wracamy do domów. Zdarza się, że dołącza do nas dwóch gliniarzy. Z pozoru nic specjalnego: zwykłe krawężniki, w dni powszednie patrolują miasto w złomiastym radiowozie. Ale gdy zobaczyłem, jak jeden z nich obchodzi się z repliką Beretki, szczena mi opadła. I już nie chodzi o to, że gość potrafi przeładować broń z zamkniętymi oczami. To banał :) Koleś potrafi przeładować broń, prowadząc ostrzał z karabinu. Wspominam o tym, ponieważ Vincent nie posiadł tej elementarnej umiejętności, znanej harcerzom od wieków. Zwróćcie, proszę, uwagę: przeładowując magazynek, przez sekundę zerka na pistolet, a co za tym idzie â traci z oczu cel. Jako były komandos powinien wiedzieć, że to niedopuszczalna nonszalancja.
Kojota przebiegającego przez jezdnię zostawiłem sobie na koniec, bo to jest, pnie i panowie, Czysta Metafizyka. Mann w komentarzu do dwudyskowego wydania âZakładnikaâ dewaluuje znaczenie zwierzęcia: âW trakcie zdjęć widzieliśmy kilka kojotów. Chciałem uwiecznić jednego z nich na taśmie. Stąd to ujęcie.â Może tak było, może nie, nie wynikam. Dla mnie ta scena pozostanie najbardziej âodrealnionymâ kawałkiem filmu. Spojrzenie Cruiseâa, muzyka, kolor nieba, ślepia drapieżnika â wszystko tworzy spójną całość. Aż trudno uwierzyć, że zadziałał tu przypadek.
05-12-2006, 23:00
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16-01-2016, 17:36 przez Mierzwiak.)
Stały bywalec
Liczba postów: 7,557
Liczba wątków: 50
Hm, spoilerujace ostrzezenie o spoilerze to dosc rzadko spotykany przypadek..
Edit: Mental, kurcze, taki obfity tekscior... - czemu nie dasz na strone?
06-12-2006, 01:35
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
Bo musiałbym usunąć "mięsko" :)
06-12-2006, 01:39
Banned
Liczba postów: 34,153
Liczba wątków: 77
Na początek powiem, że jestem w tym filmie bezgranicznie zakochany, i - co pewnie będzie bluźnierstwem dla niektórych - podoba mi się bardziej niż "Gorączka".
Jeśli chodzi Mental o wymienione przez Ciebie minusy - owszem, można się czepiać, i dobrze jest mieć ich świadomośc, ale ja akurat mam tak, że jeśli film szalenie mi się podoba, nie zwracam na takie rzeczy uwagi. Mówiłeś o laptopie - zauważ, że tego laptopa Vincent dostał na początku filmu od Stathama.
A scena w szpitalu jest fajna. Mamuśka była zabawna 
Druga sprawa - wydaje mi się że "Zakładnik" to trochę taka zabawa, a Mann jest jak najbardziej świadomy nieprawdopodobieństw którymi najeżony jest film. Nie bez powodu Vincent mówi "Połączył nas kosmiczny zbieg okoliczności".
Z plusami które wymieniasz oczywiście się zgadzam. Scena odwiedzin Feniga w pokoju Ramona - widzę że nie tylko ja ją ubustwiam (muza!). A strzelanina w klubie to dla mnie klasyka (znowu muzyka). W ogóle pod względem jakości muzyki i jej dobrania do poszczególnych scen to prawdziwe mistrzostwo.
06-12-2006, 11:42
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
Mierzwiak napisał(a):"Mówiłeś o laptopie - zauważ, że tego laptopa Vincent dostał na początku filmu od Stathama.
Nie zmienia to faktu, że płatny zabójca w ten sposób postępować nie powinien. To go dyskwalifikuje. Pewne informacje należy zapisywać, inne - zapamiętywać. Te w laptopie podpadają pod drugą kategorię.
06-12-2006, 11:52
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
MOD napisał(a):Bez jaj, Mental. MOD.
Zero poczucia humoru :)
06-12-2006, 13:02
Nowy
Liczba postów: 343
Liczba wątków: 1
Jedno male ale "skromny, schludny wyglad" <- wiesz ile kosztuje taki garnitur jak Vincent nosi ?
10-12-2006, 23:42
Banned
Liczba postów: 34,153
Liczba wątków: 77
To że garnitur jest drogi nie znaczy że nie może wyglądać skromnie i schludnie.
10-12-2006, 23:58
Nowy
Liczba postów: 343
Liczba wątków: 1
Moze zboczenie (z racji tego, ze do roboty musze ubierac sie porzadnie;p ) ale imho garnitur Vincenta na skromny nie wyglada ;-)
14-12-2006, 21:55
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
Deckard napisał(a):wiesz ile kosztuje taki garnitur jak Vincent nosi ?
Wiem, bo sam taki noszę :)
Ludzie, tu nie chodzi o cenę garderoby, tylko o wrażenie, jakie ona wywołuje - zero ekstrawagancji, stonowany odcień, klasa sama dla siebie. Swoją drogą, ale też żeście się dopierdzielili do tej marynarki - jakby nie było ważniejszych kwestii do przedyskutowania :)
14-12-2006, 22:29
Nowy
Liczba postów: 343
Liczba wątków: 1
Czegos sie trzeba uczepic 
A co mam sie spierac, ze J. Foxx jest dobrym aktorem?
15-12-2006, 00:00
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
Aktualnie zaczytuje się w prozie Gibsona. Trochę przytłacza mnie afunkcjonalna szczegółowość jego stylu, ale do rzeczy. Sekwencja strzelaniny w klubie mogłaby spokojnie znaleźć się w jednej z jego powieści. Gdy czytałem przegenialne "Światło wirtualne", dosłownie wykwitły mi przed oczami kadry z "Zakładnika". Kurde, szkoda, że Mann się pogubił pod koniec, szkoda, że Vincent tak kłapie jadaką, szkoda, że taksówkarza nie zagrał ktoś inny, szkoda, że zakończenie jest zbyt hollywoodzkie... Po prostu szkoda, bo film ma potencjał nieziemski. No i dowodzi, że jedynym gościem, który mógłby zekranizować "Hitmana", jest Michael Mann.
01-02-2007, 12:13
Dużo pisze
Liczba postów: 549
Liczba wątków: 9
Temat się troszkę przykurzył, a sobota dziś więc szmatka w dłoń.
Wspomnę jedynie o dwóch rzeczach. Zdjęcia w tym filmie należą do najlepszych jakie w życiu widziałem. Paul Cameron wykręcił po prostu numer nie z tej ziemi. Nie bez powodu pracuje facet z Mannem i Scottem - freak'ów wizualnych musi wspierać geniusz.
Druga sprawa. Mental opisał kilka ulubionych scen - z typami się całkowicie zgadzam (po wyjściu z kina przez następne kilka godzin miałem przed oczami tylko scenę z kojotami). Dopiszę jeszcze jedną... cholernie wkręcającą. Początek, Foxx zasiada do taksówki, coś tam czyści, wkłada to debilne zdjęcie wyspy koralowej, w tle nastrojowa muzyka (cały czas genialny montaż - seria arcykrótkich ujęć mówiących wszystko), rzucony jakby od biedy ochłap z ujęciem krzątających się w centrali ludzi, powrót do taksówki, Foxx chwyta za drzwi... BUM... uderzenie zamykanych wrót przerywa muzykę pozostawiając jedynie schizofreniczny dźwięk, a my spoglądamy na taksówkarza przez oko delikatnie rozdygotanej kamery. Dzieło sztuki... to estetyka filmowa jaką kocham. W większości filmów nawet wysadzenie kuli ziemskiej nie przyciąga tak mojej uwagi, a tu facet po prostu zaczyna pracę jako taksówkarz.
I was always criticized for style and content, but I enjoy trying to tell stories a different way - Tony Scott
06-10-2007, 12:02
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
Mann jako jedyny w Hollywood wskoczył w nową epokę. jego filmy to absolutny szczyt nowoczesności. a scena, o której wspomniałeś - ta z taksówką i nagłym wyciszeniem dźwięków otoczenia - rzeczywiście fenomenalna. ja osobiście najbardziej uwielbiam serie ujęć pokazujących Feniga składającego wizytę Ramonowi. przyjazd samochodu, droga po schodach, potem balkon... i ta muza w tle. po prostu kosmos.
06-10-2007, 12:25
Banned
Liczba postów: 34,153
Liczba wątków: 77
Obejrzałem dodatki z drugiej płyty - to będzie banał, ale Mann to geniusz. Nic dziwnego że aktorzy tak u niego grają. Facet przygotował Cruise'owi cały życiorys jego postaci, włącznie ze zdjęciem domu w którym Vincent się wychował (!!!). Żadna z tych informacji nie trafiła do filmu, ale jaki to wspaniały materiał do pracy nad postacią.
Mental napisał(a):ja osobiście najbardziej uwielbiam serie ujęć pokazujących Feniga składającego wizytę Ramonowi. przyjazd samochodu, droga po schodach, potem balkon... i ta muza w tle. po prostu kosmos.
jak już pisałem, też ubóstwiam tę scenę, do tego biurowce w centrum LA w tle. Orgazm!
06-10-2007, 12:35
Banned
Liczba postów: 20,755
Liczba wątków: 63
Mental napisał(a):No i dowodzi, że jedynym gościem, który mógłby zekranizować "Hitmana", jest Michael Mann.
Ech, mówiłem - albo Mann albo Fincher. To się czepiali, że znowu któryś z nich.
Mierzwiak napisał(a):Obejrzałem dodatki z drugiej płyty - to będzie banał, ale Mann to geniusz. Nic dziwnego że aktorzy tak u niego grają. Facet przygotował Cruise'owi cały życiorys jego postaci, włącznie ze zdjęciem domu w którym Vincent się wychował (!!!). Żadna z tych informacji nie trafiła do filmu, ale jaki to wspaniały materiał do pracy nad postacią.
Smack my ass and call me Judy! Fuck, WOW.  hock: Musze kupic to wydanie.  Swoją drogą tego typu zabiegi nie są niczym wyjątkowym dla dobrych scenarzystów - czy też twórców w ogóle. Alan Moore pisząc "V for Vendetta" wiedział o świecie i postaciach znacznie, znacznie więcej niż powiedziano o nim w komiksie.
PS Sprawdziłem "Collateral" - kiedyś oglądałem, teraz mam i póki co tylko przejrzałem parę scen, ale w przyszły łikend robie seans Manna - i zobaczyłem, że na samym początku przy cameo, czy też może epizod ma Jason Statham.
14-10-2007, 01:25
.
Liczba postów: 27,861
Liczba wątków: 62
Mental i reszta, nie wymieniliście sceny z wypadkiem taksówki. Max pomyka sobie gdzieś koło setki i uderza w jakiś betonowy(?) bloczek, który majestatycznie wybija taksówkę do góry, ta robi kilka fikołków i zatrzymuje się. Co robi Vincent? Wychodzi, otrzepuje się i biegnie dalej jakby po prostu zabrakło im benzyny, ma kilka zadrapań na twarzy, nie wiem na ile się znam na wypadkach, ale po takim dachowaniu z taką prędkością to się raczej umiera, a na pewno łamie kilka kości. Żeby było ciekawiej to Vincent nie był zapięty pasami, bo celował do Maxa, wiec podczas dachowania powinien zachowywać się jak piłeczka i odbijać się na przemian od dachu i foteli.
21-11-2007, 19:53
Ambasador białej rasy
Liczba postów: 37,533
Liczba wątków: 375
prawda, prawda. ostatnie 15 minut to katastrofa.
21-11-2007, 19:59
.
Liczba postów: 27,861
Liczba wątków: 62
Ktoś kiedyś powiedział że dobrze zakończyć film to jest wielka sztuka, no i jakby nie patrzeć to jest całe mnóstwo całkiem niezłych filmów, które zabija nieprzemyślana końcówka.
21-11-2007, 20:06
W tym temacie chyba spojlerów oznaczać nie trzeba?
Obejrzałem wczoraj po raz drugi, film mi się podoba, choc cierpi na "syndrom Camerona" podobnie jak Aliens czy T2.
Od początku mamy tu wszystko co być powinno, wszystko gra i buczy, Vincent sprawnie eliminuje kolejne cele, akcja się toczy, widz może się przejmowac losem Maxa taksówkarza bo postać jest fajnie budowana od samego początku. Zgrzytać zaczyna (choć na razie lekko) w momencie kiedy Max wyrzuca Vincentowi walizkę z danymi. Trochę dziwne, że facet sam nie jest w stanie zapamiętać danych o dwóch osobach i bez walizki ani rusz.. Motyw z Maxem podającym się za Vincenta jakkolwiek dośc mocno naciagany (sam Vincent stwierdza, że szanse były takie jak wygrać na loterii) tak mimo wszystko cieszy, że nasz bohater sobie tak ładnie poradził  . Potem akcja na dyskotece, bardzo ładnie sfilmowana, zgrzyta mi tylko to, że gruby żółtek przez parę minut, kiedy już wiadomo że cos się dzieje, zamiast brać nogi za pas, przetacza się po kanapie to w jedną to w drugą stronę, aż w końcu inkasuje zasłużona kulkę w czachę.
Potem świetny moment - ginie policjant, choć widz oczekuje że powinien jeszcze pożyć. A tu dwa strzały i gościa nie ma. Skojarzyło mi się to z tym co zrobiono w Alien 3 z Clemensem. Lubię takie motywy - shit happnes/life is brutal, w życiu nikt nie powie, że ten czy ten powinien przeżyć albo zginąć w jakimś momencie kuliminacyjnym. Prowadząc RPGi tez nie miałem nic przeciwko temu żeby ważną dla scenariusza postać gracza udupić na początku sesji jesli kostki tak pokazały :twisted: Takze plus za odstrzelenie gliniarza. Lubie jak odpowiednia postać ginie w odpowiednim momencie, tutaj to właśnie miało miejsce, nie lubię gdy się to dzieje za wcześnie (jak np "nasz germański przyjaciel" w Królestwie Niebieskim).
Na dobrą sprawę film powinien się skończyć w momencie gdy Max wywraca taksówkę, niechby Vincent zginął w tym wypadku i byłoby ok. Dalej niestety już nie jest ok, bo Max przechodzi taką sama metamorfozę jak Ripley w Aliens, a z filmu robi się Szklana Pułapka (nie żebym coś miał przeciwko Szklanej Pułapce  ). Mamy drugi moment, który powinien film zakończyć - tzn wtedy gdy Max strzela w łeb Vincentowi - powinien go wtedy zabić, tak po prostu, też byłoby niezłe zakończenie  Cała ta bieganina na końcu, a zwłaszcza ostatnia strzelanina trochę nie pasują do reszty filmu. Taksówkarz wyszedł cało z wymiany ognia z zawodowym zabójcą, kiedy walili do siebie z takiej odelgłości że trudno było nie trafić? Że Vincent zginał, ok, ale Max powinien przynajmniej dostać kulkę, a zresztą gdyby zginął, też nie byłoby źle.
No ale ogólnie film jak dla mnie bardzo dobry, przyjemnie się oglądało po raz drugi, trzeci raz też pewnie prędzej czy póxniej nastąpi.
Ocena - 8/10
07-01-2008, 11:38
|